Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Powrót do strony głównej działu Kultura


Krzysztof Zanussi

Dziecinne pytania

Kiedy dorosłemu człowiekowi ktoś zarzuci, że ten zadaje dziecinne pytanie, to w spostrzeżeniu tym jest przygana. Człowiek ma obowiązek wyrastać z krótkich majteczek i dźwigać przykre trudy dorosłości. Tylko dzieciom wolno zadawać pytania zasadnicze. Później ten przywilej pozostawiamy filozofom, przy czym trzeba spostrzec, że w naszym stuleciu niewielu filozofów z niego korzysta. Urok sokratejskiej rozmowy i pytania „po co” i „dlaczego” ustąpiły nudnym analizom języka i wielopiętrowym konstrukcjom, zbudowanym na ruchomym piasku niepewnych założeń. Stąd na co dzień filozofią zajmują się tylko małe dzieci i ci nieliczni dorośli, którzy zachowali duszę dziecka. (O nich co tydzień na niedzielnej mszy u warszawskich wizytek mówi ksiądz Twardowski, wygłaszając kazanie o sprawach najważniejszych, sformułowanych najprościej).

Do dziecinnej prostoty i wiary jest wiele odniesień w świętych księgach, ale życie praktyczne poucza, że dziecinność jest przykrym niedostatkiem wynikającym najczęściej z niedojrzałości człowieka. W rezultacie dziecinność to przywiązywanie nadmiernej wagi do nieważnych spraw i niedostrzeganie najważniejszych. W dojrzałym czy raczej już podeszłym wieku pojawia się termin zdziecinnienie, czyli regres od dojrzałości. Zdziecinniali staruszkowie mają dziecinne problemy i należy ich traktować z pobłażaniem.

Mimo wymienionych powyżej zastrzeżeń chciałbym skorzystać z wakacji i zanurzyć się w sferę pytań zupełnie dziecinnych, odczuwając zdziwienie wobec rzeczy, z którymi obcuję od dziesiątków lat. To zdziwienie to echo dzieciństwa, przypomnienie czasów niewinności i absolutnej niewiedzy, kiedy pytaliśmy po raz pierwszy. (Dorosłym rzucamy czasem gniewne słowo — co pan dziecko, żeby o to pytać?). Otóż ja bym chciał zapytać o pieniądze. Co to są te brzydkie papierki i te cyferki na wydruku z banku. Ktoś uczył mnie kiedyś, że to praca; takie małe kawałki naszej pracy zaklętej w cyferki traktowane jak lód z zamrażalnika. Wyjęty topi się w rękach, a w zamrażalniku może czekać. Wiem, że są inne wartości, na przykład energia elektryczna czy ciepło płynące z pieca, które bardzo trudno jest zatrzymać czy oddać na przechowanie, a wymieniać je natychmiast, tak jak pracę, bywa niewygodne.

Kiedy robimy wymianę coś za coś, praca za pracę, usługa za usługę, wszystko w zasadzie jest jasne. Ja urąbię drewna i przyniosę wodę, a pani zaszyje mi dziurę w koszuli albo usmaży naleśniki. (Narażam się feministkom przypominając tradycyjny podział roli między mężczyzną i kobietą. Mogę więc napisać nowocześniej: w zamian za to, że kobieta ułoży trochę kamieni na podjeździe, ja ugotuję zupę). Jeśli transakcja nie nastąpi od razu, chciałbym moją pracę zamrozić do przyszłej wymiany i wtedy potrzebny jest mi ten wymiar cyfrowy, który jest zanotowany na obiegowym banknocie albo na koncie w moim banku.

Dziecinne zdziwienie ogarnia mnie wtedy, kiedy przykład prostej pracy zawodzi. Spotkałem niedawno w Dolinie Krzemowej znakomitego matematyka z Polski, który w poczuciu wielkiego poświęcenia zdecydował się sprzedać parę lat życia, by uzbierać pieniądze potrzebne mu na dalsze życie, w którym będzie mógł się zajmować tym, co najbardziej lubi, a więc pracą czysto naukową. Sprzedane życie polegało na tym, że pracował za duże pieniądze rozwiązując jakieś zagadnienia, które go zupełnie nie interesowały, były natomiast niezbędne dla jakichś wielkich firm komputerowych, a te płaciły mu krocie. On te krocie odkłada na koncie, czyli zamraża do wymiany na spokojne i dostatnie życie, kiedy wróci do swej naukowej pracy. Po kilku latach wyrzeczeń cel został osiągnięty. Za setki godzin przepracowanych w znoju nad nieciekawym zagadnieniem mój rozmówca otrzymał sowitą zapłatę. I zbierając się, żeby radośnie powrócić do kraju, zgłosił do agencji sprzedaży swój domek w San Jose, który nabył na kredyt, kiedy zaczynał pracę (kredyt oczywiście spłacił co do grosza). Przy sprzedaży okazało się, że suma uzyskana za domek jest większa, niż oszczędności z trzech lat pracy, ponieważ na rynku nieruchomości w San Jose nastąpiła niesłychana hossa i mój matematyk zrozumiał, że zamiast ciężko pracować trzy lata, poświęcając swoje myśli i ogromny talent jakiejś firmie, mógł tylko kupić domek, spłacić zaciągnięty nań kredyt ścinając trawę u sąsiadów, a całą resztę czasu przeznaczyć na wolne myśli lub na opalanie. Patrząc z boku na to miłe w końcu wydarzenie (człowiek wraca dwa razy bogatszy niż się spodziewał) mam wrażenie, że nie rozumiem, czym jest pieniądz. I stąd moje dziecinne pytanie, na które szukam dorosłej odpowiedzi. Co to znaczy, że wartość jakiegoś drewnianego domku na przedmieściu pomnaża się parokrotnie w przeciągu lat i dlaczego w innym miejscu można stracić tak samo wielkie pieniądze. Czemu praca zatrzymana w lodówce niespodziewanie topnieje albo niespodziewanie się pomnaża?


opr. JU/PO

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: życie polityka rodzina felieton bieda pieniądze USA poziom życia Zanussi