Powiadają, że wojna bliska o krok będzie znacząco inna od poprzednich. Zapewne, ale cóż z tego, kiedy przygotowanie się chrześcijan do śmierci – niezależnie od chwiejnych okoliczności całego dramatu historii – nie zmienia się i zawsze polega na tym samym.
Akela spojrzał nieco smutnie, nieco jednak z dumą na zebranych tego wieczoru w jego domu wędrowników. Znali się dobrze od lat wczesnej młodości. Wychowali całe zastępy wilczków do godnego życia, mimo, że w pokomunistycznej Polsce, na szarych ulicach polskich miasteczek, łatwiej było o wyznanie wiary w przeciętność niż o heroizm. Łatwiej o złodziejaszka, kombinatora, drobnego cwaniaczka, z czasem marzyciela – youtubera, nieletnią galeriankę lub zetkę, niż o patriotę. Mimo to, nigdy nie przestali służyć bez zysku, za darmo, po godzinach studiów, a nieraz po ciężkiej, całodziennej harówce.
Akela potarł dłonią dobrze poszarzałą już plakietkę „Semper Parati", którą szył mu na mundurze jego przyjaciel i wzór moralny – harcerz orli. „Nawet przez głowę mi nie przeszła myśl, że zbierzemy się kiedykolwiek nad tematem godnego przygotowania się chrześcijanina do śmierci – zaczął tonem pewnym, świadom jak zawsze do czego zmierza w przemówieniu – proszę, to przekażecie wilczkom podczas najbliższej zbiórki. Czas się skrócił i przyspieszył. Nie wiadomo, kiedy i na jaki sposób tym razem podniesie się pożoga. Naszym zadaniem pozostaje tak samo godne życie, co uczciwe przygotowanie się do śmierci – szczególnie teraz”. Przypominamy więc sobie podstawy. Dojrzały chrześcijanin, świadomie sposobiąc się na chwilę śmierci, nie zaniedbuje codziennej modlitwy. Trzeba z Bogiem konkretnie umówić się na kilka punktów rozmowy wewnętrznej w ciągu dnia, a potem starać się być wiernym duchowemu planowi. Chrześcijanin nie będzie trwał w grzechu ciężkim. Chodzi regularnie do spowiedzi i przyjmuje ze czcią Komunię Świętą, nawet częściej niż tylko w niedzielę. Regularność spowiedzi oznacza co najmniej raz na miesiąc, nie raz w roku – Akela wtrącił tę dygresję i dyskretnie zerknął, czy uważnie słuchają. Nawet zapisywali.
„Łaska uświęcająca jest konieczna do zbawienia po śmierci. Chrześcijanin nosi na sobie krzyżyk albo w domu ma na widocznym miejscu znak zbawienia. Podtrzymuje w duszy szczerą wiarę w jedynego Zbawiciela świata i człowieka – w Chrystusa. Gdyby popadł w wątpliwości, modli się o łaskę żywej wiary, czyta, studiuje regularnie podstawy chrześcijaństwa, zwłaszcza katechizm – by odepchnąć od siebie daleko demona zwątpienia. Chrześcijanin, jako osobiste przygotowanie na godzinę śmierci, praktykuje dobre uczynki z miłości, szczególnie wobec ubogich. Stara się prowadzić życie proste i przejrzyste. Nie ma nikogo za wroga, sam hojnie przebacza, a jeśli z kimś mu nie po drodze, pragnie zawczasu naprostować złożone ścieżki, a przynajmniej unikać gniewu, zawikłania uczuć lub trwałego konfliktu. Prawdziwy chrześcijanin wreszcie często zyskuje zapisane przez Matkę Kościół odpusty i chroni w swoim wnętrzu odważny płomień decyzji, że raczej poświęci swe istnienie dla Boga, bliźniego lub dla sprawy, niż zawiedzie i stchórzy. Co najważniejsze, człowiek wierzący rozumie z niezbitą pewnością, że jest w pełni sobą nie przed ludźmi lecz dopiero przed Bogiem”.
Akela podniósł głowę i krzyknął w stronę zebranych wędrowników – semper parati! Pierwszy raz odkrzyknęli mu ze świadomością większą niż dotychczas. Tylko raz na jedno życie wychodzą spod ludzkiego serca słowa, które w końcu stają się ciałem. Jak jeden raz Bóg stał się człowiekiem. Jeden raz umarł na krzyżu. I jedyny raz zmartwychwstał.
Każde pokolenie wojenne będzie pokoleniem księgi Hioba. Być może również dlatego Kościół pozwala wiernym czytać ją raczej rzadko, raczej skąpo, raz na jakiś czas i w szczególnych okolicznościach. Ale zgadza się w końcu na to w Zaduszki. Wówczas chrześcijanie słuchają, jak Hiob w swoim prawym i szczerym myśleniu daleko przekracza horyzont heroizmu. Wie nazbyt dobrze, że przyjdą takie dni, w których pozostanie sam, niezrozumiały dla sąsiadów, zimny dla przyjaciół i bliskich, zaplątany, więc nawet w sobie nieczytelny. Hiob nie wątpi jednocześnie, że Bóg po stracie wszystkiego i zapadnięciu się świata w jakąś przepaść, wystąpi jako ostatni (por. Hi 19, 25). Co to znaczy? Że nie na dno w chwili zgonu lecz na rękę Boga spadnie ludzka miłość, dorobek życia czy imię, którym nazwano człowieka od pierwszej godziny narodzenia.
Tylko Chrystus ma odwagę powiedzieć do młodzieńca: zostaw wszystko i pójdź. Tylko papież Jan Paweł II, pisząc do młodych list pod tytułem „Parati semper", czyli zawsze gotowi – a może trzeba by to dziś tłumaczyć: gotowi na wszystko – mógł zdobyć się na odwagę słów: „kiedy mówimy: do Was należy przyszłość, myślimy w kategoriach ludzkiego przemijania, które jest zawsze przemijaniem ku przyszłości. Kiedy mówimy: od Was zależy przyszłość, myślimy w kategoriach etycznych, wedle wymogów odpowiedzialności moralnej, która każe nam przypisywać człowiekowi, jako osobie – oraz wspólnotom i społeczeństwom złożonym z osób — podstawową wartość ludzkich czynów, zamierzeń, inicjatyw i intencji”. Pokolenie katolików dobrze przysposobionych na śmierć to nie straceńcy. To ludzie tworzonej z Bogiem przyszłości.