Terapia szokowa

Spadek liczby wiernych w Kościele w Polsce i w krajach Bliskiego Wschodu ma inne przyczyny - tu laicyzacja, tam prześladowanie. Jednak i tu, i tam trzeba działać - nie można siedzieć z założonymi rękami i czekać na najgorsze

Nie daje mi spokoju informacja sprzed kilku tygodni, że uczestnictwo w niedzielnych Mszach świętych spadło poniżej 40 proc. Stało się tak pierwszy raz od 30 lat. Jeszcze w 2012 r. na Msze święte regularnie chodziło 40 proc. katolików, a w zeszłym roku tylko 39,1 proc. Nie pocieszają mnie argumenty optymistów, że spadek jest niespełna 1-procentowy, że zwiększył się procent katolików przyjmujących Komunię św. i że to znakomita sytuacja na tle większości krajów europejskich. To prawda, ale liczy się tendencja, a ta niestety jest jednoznaczna. Powoli, ale jednak co roku odsetek katolików uczestniczących we Mszy świętej jest mniejszy. Jeżeli nawet rocznie ubywa 1 proc., to po 10 latach będzie już 10 proc. mniej. Proces jest tym bardziej groźny, że trudno zauważalny. Gdyby spadek następował skokowo, np. o 5 proc. rocznie, może wywołałby szok. Tak jak się stało po zestrzeleniu malezyjskiego samolotu. Do tej pory Europa wiedziała, że za wojnę na Ukrainie odpowiada Rosja, ale nie miała ochoty jej się sprzeciwić. Święty spokój i własne interesy były ważniejsze. Teraz jest szansa na bardziej stanowcze działania. Bez terapii szokowej, jaką jest tragedia pasażerów i rodzin zestrzelonego samolotu, Rosja nadal pozostawałaby bezkarna. I wyciągałaby rękę po kolejną zdobycz. A jak przypomina w znakomitym felietonie prof. Andrzej Nowak (GN 31/2014 s. 74), z każdym ustępstwem wobec agresora rośnie cena jego powstrzymania.

Nie wiem, co musi się stać z naszym Kościołem, by stała tendencja spadkowa została zatrzymana i odwrócona. Czy w europejskich warunkach w ogóle jest to możliwe? A może nasz Kościół czeka to, co stało się z chrześcijanami w Iraku? Co prawda z zupełnie innych powodów niż w Europie, ale w tamtej części świata zniknęli oni prawie z powierzchni ziemi. Jedenaście lat temu w irackim Mosulu mieszkało 100 tysięcy chrześcijan. Dzisiaj nie ma ani jednego. Zostali albo zabici, albo wypędzeni. W miejscu, gdzie od prawie dwóch tysięcy lat była odprawiana Eucharystia, dzisiaj nikt już jej nie sprawuje. Nie ma ani księdza, ani wiernych. Choć trudno w to uwierzyć, takie są fakty (GN ss. 18—21). Na naszych oczach, w ciągu zaledwie jedenastu lat, chrześcijaństwo w drugim co do wielkości mieście Iraku przestało istnieć.

Powie ktoś, że zestawianie sytuacji chrześcijan irackich z tym, co dzieje się w Polsce, jest zupełnie nie na miejscu. Gdzie Rzym, gdzie Krym? Zgoda. W dokonanym zestawieniu jedna sprawa wydaje mi się jednak interesująca. Otóż na świecie możliwe są rzeczy, które na pozór wydają się niemożliwe. Kto mógł przypuszczać, że wystarczy kilkanaście lat, by ze 100 tysięcy chrześcijan nie pozostał ani jeden wyznawca Chrystusa? Jeżeli każdego roku z polskiego Kościoła będzie ubywał jeden procent wiernych, to w końcu znajdziemy się na dnie. Nie trzeba wielkiej matematyki, by dojść do takiego wniosku. A wtedy dojdzie do ostatecznego przejęcia winnicy przez innego właściciela (GN ss. 64—65).

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama