Jakoś nikt nie mówi o nierentownych jednostkach wojskowych, albo sądach, a może czas najwyższy? O porodówkach trochę się mówi. Resort zdrowia stwierdził na przykład, że nie będzie żadnych porodów na SOR-ach. Zaraz potem życzliwe rządowi media z radością ogłosiły, że pierwszy poród na SOR przebiegł bez komplikacji, a mama i dzidziuś czują się świetnie.
Pogrom porodówek w Polsce jest faktem. Od początku roku zamknięto ich już 18. Od 2024 r. do końca lipca 2025 r. zniknęło co najmniej 19. Już wcześniej liczba takich punktów się zmniejszała (w 2010 r. było ich w kraju 407, a w 2023 r. 333), ale ostatnie dwa lata to już kompletna rzeź. Bez oddziału zostały nie tylko Bieszczady, ale też na przykład Wadowice, likwidacje miały miejsce w Częstochowie czy Gliwicach.
Dlaczego porodówki znikają? Dlatego, że się nie opłacają – słyszymy.
Trudno o większy absurd.
Rozsądne gospodarowanie to nie to samo, co opłacalność
Każdy publiczny szpital jest finansowo nieopłacalny. Tak samo jak każda szkoła, każdy sąd, posterunek policji i jednostka wojskowa. Szpital jest przecież instytucją, która żyje z podatniczych pieniędzy (niezależnie, przejdą one po drodze przez NFZ, samorząd, czy trafią do szpitala prosto z budżetu państwa) i powinien za to wykonywać publiczną usługę, jaką jest leczenie.
Może gospodarować lepiej czy gorzej, ale nawet jeśli nie marnuje pieniędzy na przykład na zatrudnianie pociotków na fikcyjnych stanowiskach, to koniec końców zasada jest ta sama: podatnicy płacą – więcej lub mniej, ale płacą. A opłacalność, którą tłumaczy się zamykanie oddziałów porodowych nie ma nic wspólnego z interesem społeczeństwa, ani nawet z interesem skarbu państwa.
Chodzi tylko o to, czy sam szpital poprzez kontrakty z NFZ sfinansuje swoje funkcjonowanie. Ale znowu: jeśli nawet je sfinansuje, to i tak oznacza to, że placówkę utrzymują podatnicy.
Dochodzimy tu zresztą do zasadniczego problemu. System kontraktów, który w Polsce funkcjonuje ma swoje plusy – przede wszystkim ten, że szpitalowi opłaca się to, że ma pacjentów, a nie to, że ich spławia – ale ma też wielki minus, który sprawa porodówek boleśnie ujawniła: potrzebne pacjentom zabiegi mogą być dla szpitala nieopłacalne.
Drastycznym tego przykładem była głośna dekadę temu sprawa stopy cukrzycowej. Wycena zabiegów przez NFZ była taka, że placówkom bardziej opłacała się amputacja niż leczenie. I Polska przodowała w amputacjach stopy cukrzycowej.
Wielki sukces SOR-ów
Gdyby trzymać się zasady rentowności, to wojsko powinno wyprzedać myśliwce, zamiast wydawać pieniądze na przeloty i szkolenie pilotów, podstawówki powinny przez cały dzień wynajmować sale szkółkom językowym, zamiast wpuszczać uczniów, a jedynym zadaniem policji powinno być nakładanie mandatów (za cokolwiek, jak najwyższych), bo z patroli, przesłuchań i zatrzymań pieniędzy nie ma. Jakoś nikt nie mówi o nierentownych jednostkach wojskowych, albo sądach, a może czas najwyższy?
O porodówkach trochę się mówi. Resort zdrowia stwierdził na przykład, że nie będzie żadnych porodów na SOR-ach. Zaraz potem życzliwe rządowi media z radością ogłosiły, że pierwszy poród na SOR przebiegł bez komplikacji, a mama i dzidziuś czują się świetnie.
Nieźle, ale na dłuższą metę ta narracja może nie wystarczyć. Pozwolę sobie podrzucić sobie parę tytułów, mogą się niedługo przydać.
a) Nie ma to jak w domu! „A mówili, że z cesarką trzeba do szpitala” b) „Poświęciłam matkom i dzieciom całe życie, a zmagam się z falą hejtu”. Dramat położnej pracującej na SOR c) Ale mu się spieszyło na świat! Michaś urodzony w pociągu do najbliższego miasta z porodówką czuje się doskonale.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.