Horror, albo kremacja w oczach starożytnych chrześcijan

Współczesne kontrowersje związane z kremacją nie są dalekie od problemów, które mieli starożytni chrześcijanie - szkic historyczny

Ponad miesiąc temu, 13 listopada 2011 roku w kościołach w całej Polsce w czasie niedzielnej Mszy Świętej został odczytany „List pasterski Episkopatu Polski o szacunku dla ciała zmarłego i obrzędach pogrzebu (w przypadku kremacji)”. W liście tym biskupi, powołując się na „wielowiekową tradycję chrześcijańską”, zachęcają wiernych Kościoła Katolickiego do tradycyjnej formy pogrzebu, wyrażając jednocześnie swój sprzeciw wobec rozsypywaniu prochów w tzw. miejscach pamięci oraz przechowywaniu urny z prochami w domu. List ponadto przypomina, że, „obrzędy pogrzebowe z Mszą Świętą i z ostatnim pożegnaniem włącznie, w których uczestniczy rodzina, wspólnota parafialna, przyjaciele i znajomi, powinny być celebrowane przed kremacją ciała ludzkiego”.

Wezwanie biskupów, jeszcze zanim został odczytany w kościołach ów list pasterski, sprawiło, że odezwały się liczne krytyczne głosy, że mamy tu do czynienia z „irracjonalnym” zamachem na wolność wyboru formy pochówku, że przedłuży to nieznośnie do dwóch dni uroczystości pogrzebowe, i w końcu, że oznacza to „cofnięcie się w czasy średniowiecza”. W takim też tonie wypowiadali się w mediach niektórzy znani teologowie.

Otóż dzisiejsze kontrowersje związane z kremacją to nie tak odległe echo kontrowersji towarzyszących pojawieniu się chrześcijaństwa w świecie grecko-rzymskim, nowej religii głoszącej rewolucyjną i niesłychaną wcześniej wiarę w zmartwychwstanie ciała. I właśnie z tej perspektywy pierwszych wieków chrześcijaństwa chciałbym spojrzeć na dzisiejszy spór o kremację.

Kremacja była najważniejszą formą pochówku w większości pierwotnych wierzeń i systemów religijnych. W tradycji religii indyjskich stanowi do dziś pierwszy i podstawowy sposób traktowania ciała zmarłych. Również w starożytności grecko-rzymskiej kremacja była główną (choć nie jedyną) formą pochówku. Zmarłych palono na stosach, po czym ich kości i popioły umieszczano w urnie, którą z kolei składowano w grobowcu. Kremacja zwłok w normalnych warunkach była zawsze aktem o charakterze religijnym. Wierzono, że ogień oczyszcza ludzkie szczątki, wyzbywa je z tego co wilgotne, i co podległe rozkładowi, uwalniając nieredukowalny nieśmiertelny ludzki pierwiastek. Tam, gdzie nie przyjmowano istnienia w człowieku żadnego samodzielnego nieśmiertelnego pierwiastka, kremacja zawsze była aktem unicestwienia resztek tego, co podlega zepsuciu, redukcją do tego, co nie podlega już rozkładowi: zębów, kości, popiołu.

Pojawienie się chrześcijaństwa w świecie grecko-rzymskim wraz z jego wiarą w Boga-Stwórcę oraz nauką, że cały stworzony świat, choć poddany śmierci i grzechowi, jest dobry (Rdz 1,31), postawiło na głowie przekonania związane ze spopielaniem zwłok. Główną rolę tutaj odegrała wiara chrześcijan w zmartwychwstanie ciała: tak jak Bóg wskrzesił Chrystusa, tak też wskrzesi człowieka w jego cielesnym integrum. Oczywiście nie obyło się bez sporów dotyczących natury zmartwychwstałego ciała, jednak główny nurt chrześcijaństwa nigdy nie miał wątpliwości, że zmartwychwstałe ciało, mimo, że chwalebnie odmienione, zachowa zasadniczą tożsamość ze złożonym w grobie ciałem doczesnym. Jest to zresztą nauka, którą nietrudno wysnuć z Ewangelii: zmartwychwstały Jezus mimo że przenika przez ściany, to ten sam Jezus, z krwi i kości (kości nie są tu metaforą; zob. Łk 24,39), który „je i pije” (Dz 10,41), a co więcej nosi na swoim ciele świeże jeszcze rany (J 20,20.27).

Chrześcijanie od samego początku grzebali ciała swoich zmarłych w ziemi, ewentualnie — cały czas dbając o zachowanie jego integralności — składali je w katakumbach. Dla pierwszych chrześcijan żyjących nadzieją ponownego powstania do życia ciała, które złożono w grobie, kremacja była potwornym nieporozumieniem. W dialogu Oktawiusz z III w. afrykańskiego apologety Minucjusza Feliksa, poganin Cecyliusz mówi, że chrześcijanie, powodowani troską o przyszłość ciała: „odżegnują się od stosów pogrzebowych i potępiają palenie zwłok (damnant ignium sepulturas)”. Niechętny stosunek chrześcijan do palenia zwłok nie brał się jednak jedynie z szacunku dla „świątyni Ducha Świętego” oczekującej na zmartwychwstanie. Wielu pierwszych chrześcijan żywiło obawę, że zniszczenie ciała, jakie ma miejsce podczas kremacji, spopielenie a następnie rozproszenie i przemieszanie stanowiących je atomów z innymi elementami materii, może uniemożliwić zmartwychwstanie. Lęk ten wykorzystywali pogańscy prześladowcy chrześcijan, chcący swoje ofiary ugodzić jak najboleśniej. W Męczeństwie Liończyków, greckim liście z II wieku, zachowanym w Historii Kościelnej Euzebiusza z Cezarei, czytamy, że po pogromie chrześcijan „zwłoki męczenników zostały zupełnie zhańbione i przez sześć dni leżały pod gołym niebem. Następnie zostały spalone, a popioły bezbożnicy wrzucili do płynącej w pobliżu rzeki Rodan, by nie zostały po nich najmniejsze szczątki na ziemi”. Najciekawsze jest jednak to, w jaki sposób autor Męczeństwa Liończyków tłumaczy to okrutne zachowanie pogan: „Tak zrobili jakby mogli pokonać Boga, a męczenników pozbawić odrodzenia. ‘Aby’, jak mówili, ‘nie mieli nawet nadziei zmartwychwstania, na której się opierają’”. Możemy z tego łatwo wywnioskować, że gdyby chrześcijanie nie obawiali się takiego potraktowania zwłok ich męczenników, prześladowcy nie zadawaliby sobie tego całego trudu.

Lęk przez totalnym unicestwieniem i uniemożliwieniem zmartwychwstania ciała, powodował, że w pisanej „ku pokrzepieniu serc” literaturze męczeńskiej paleni na stosach męczennicy, w oczach chrześcijańskich świadków ich kaźni, doświadczają już tu na ziemi częściowej przemiany ciała, antycypując eschatologiczne zmartwychwstanie. I tak, w najstarszym znanym nam tekście męczeńskim z II w., małoazjatyckim Męczeństwie Polikarpa, które wywarło olbrzymi wpływ na całą późniejszą literaturę męczeńską, czytamy: „A gdy rozbłysnął wielki płomień (...) ujrzeliśmy cud. Albowiem ogień, uczyniwszy kształt sklepienia, jakby żagla statku wypełnionego przez wiatr, otoczył murem ciało męczennika. I było ono w środku nie jak palone mięso, ale jak wypiekany chleb albo jak złoto i srebro wypalane w piecu”, które to obrazy, w zgodnej opinii uczonych zajmujących się tą tematyką (symbolika tego słynnego fragmentu była przedmiotem mojego doktoratu), są symbolicznymi obrazami zmartwychstałego ciała. Z podobnym obrazem mamy do czynienia w późniejszym o niecałe sto lat Męczeństwie Pioniosa: „...gdy zgasł ogień, ujrzeliśmy (...) ciało pięknego atlety u szczytu sił. Uszy jego bowiem nie były zniekształcone, włosy na jego głowie były ułożone, a broda jego była niczym pierwszy kwitnący młodzieńczy zarost. Rozjaśniła się także jego twarz — cud łaski”. Obrazy te, antycypujące eschatologiczne zwycięstwo, miały upewnić słabszych w wierze chrześcijan co do tego, że męczennik nie zostanie pozbawiony zmartwychwstania.

Przeciwko poganom atakującym chrześcijańską wiarę w zmartwychwstanie, występowali ówcześni intelektualiści chrześcijańscy, jak Tertulian czy Atenagoras z Aten, niosąc jednocześnie duchową pomoc chrześcijanom, obawiającym się, że zmartwychwstanie skremowanych męczenników może zostać uniemożliwione. W swoich traktatach poświęconych zmartwychwstaniu ciała słusznie dowodzili, że dla wszechmocnego Boga-Stwórcy żadna dekompozycja ciała nie może być przeszkodą. Dobrze charakter tej apologetyki oddają słowa wyżej wspomnianego Minucjusza Feliksa, który przez usta tytułowego Oktawiusza, odpierającego zarzuty poganina Cecyliusza, mówi: „A ty sądzisz, że to, czego nie dostrzegamy naszymi przytępionymi oczyma, ginie również dla Boga? To w naszym odczuciu ginie każde ciało, czy to obracając się w proch, czy też wyparowując, czy ulegając spopieleniu, czy wreszcie ulatując z dymem. Bóg wszelako zachowuje pieczę nad pierwiastkami, z jakich się ono składało. Stąd i ten rodzaj pochówku [chodzi o palenie zwłok] nie jest dla nas stratą i nie boimy się go, choć wam się tak wydaje”. Z tymi obawami zmaga się i w podobny sposób je pokonuje, także Tacjan Syryjczyk, który w II w. w swojej Mowie do Greków pisze: „Gdyby jednak nawet ogień zniszczył moją powłokę cielesną (...), zostanę złożony do magazynów bogatego Pana”.

Mimo słusznego przekonania, które wyparło dawne lęki, że wszechmocny Bóg, tak jak z nicości powołał świat do istnienia (2 Mch 7,28), tak jest tym bardziej w stanie zgromadzić w całość to, co już raz był stworzył, w całej historii chrześcijaństwa aż do tej pory nie rozwinęła się żadna pozytywna doktryna kremacji. Kościół Katolicki stanowczo zabraniał kremowania ciał aż do 1983, gdy wyraźny zakaz kremacji został wprawdzie cofnięty, jednak pod warunkiem, że nie będzie ona podyktowana intencjami sprzecznymi z nauczaniem Kościoła. Czym więc wobec tego jest dzisiejsza kremacja chrześcijan — bo zapewne to chrześcijan dotyczy pochówek w Kościele Katolickim i im przede wszystkim na nim zależy? Warto się zastanowić, czy nie kryje się w tym akcie jakaś głębsza motywacja posiadająca eschatologiczny posmak. Pierwsi chrześcijanie bali się palenia zwłok, ponieważ kremacja wystawiała ich wiarę w zmartwychwstanie ciała na najwyższą próbę. Lęk ten był jednak paradoksalnie świadectwem ich wiary w realność obietnicy zmartwychwstania. Wątpię jednak, czy dzisiejsi zwolennicy kremacji czerpią swoje przekonanie właśnie z wiary we wszechmoc Boga. O ile więc nieufność wielu chrześcijan dzisiaj wobec kremacji może mieć wciąż związek z wiarą w zmartwychwstanie ciała, to (jako chrześcijanin) odczuwam niepokój, gdy myślę świadectwem, jakich przekonań i nadziei jest jego spalenie.

 

dr Jan Kozłowski — dr filologii klasycznej, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego; autor publikacji naukowych z zakresu literatury wczesnochrześcijańskiej; twórca i pomysłodawca portalu www.babelnet.pl promującego czytanie Pisma Świętego w językach oryginalnych

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama