Siostra Urszula długo szukała swojego miejsca. Długo, bo zakonnicą chciała zostać od dziecka. Wychowała się na wsi koło Gniezna, gdzie poznawanie różnych duchowości nie było łatwe. W ogóle poznawanie Kościoła nie było łatwe, bo miejscowy proboszcz był alkoholikiem.
Fragment książki „Tajemnice szczęśliwych kobiet. Prawdziwe życie sióstr zakonnych”
– Ale to był bardzo dobry człowiek – zapewnia siostra Urszula.
Bardzo chciała chodzić na katechezę, jak dzieci z sąsiednich wiosek. Ale w jej miejscowości proboszcz nie był w stanie prowadzić regularnie lekcji.
– Czytałam więc Żywoty świętych. Księga była piękna, wydana w XIX wieku.
Sama organizowała sobie lekcje. Czytając, wyobrażała sobie, że będzie taką siostrą jak te z Żywotów.
Nie mając innej możliwości zdobywania wiedzy religijnej, wpadła na pomysł, że przepisze zeszyt od koleżanki z sąsiedniej miejscowości. I tak zrobiła. Można powiedzieć, że była religijnym samoukiem.
Kiedyś pojechała na obóz harcerski. W czasie obozu harcerze mają obowiązek pełnienia warty nocnej. W swojej dziewczęcej wyobraźni Ula wymyśliła, że spróbuje przez całą noc odmawiać różaniec. Jeżeli wytrzyma, to będzie oznaczać, że ma zostać zakonnicą. Miała wartę od trzeciej do czwartej rano.
– I co zrobiło dziecko? Zasnęło – wspomina siostra Urszula.
Płakała do rana i przez cały dzień. Nikomu nie powiedziała, z jakiego powodu.
– Jak widać, Bóg sobie z tym poradził.
Była uparta w swoim dążeniu. I pracowita. Wiejskie dzieci dużo wtedy pracowały, pomagając w gospodarstwie. Ula znajdowała jednak czas, by poszukiwać dalej swojej zakonnej drogi. Zaczęła chodzić na pielgrzymki. Ekstremalne, bo plecaki nosili ze sobą. Jak na Camino. To tam poznawała różne domy zakonne i wiele sióstr.
– Żadna mi nie pasowała. W żadnym z tych domów nie widziałam siebie – opowiada siostra Urszula.
Potem jeździła na tak zwane oazy. Znowu poznawała zakonnice.
– W pewnym momencie przeżyłam dramat, bo bywając w tych domach sióstr, wciąż nie widziałam siebie w żadnym ze zgromadzeń. Myślałam, że może mam coś z głową, że chyba coś ze mną nie tak.
Nikt nie miał pojęcia o planach i marzeniach Uli Kłusek.
– Myślę, że gdybym nawet powiedziała, to i tak nikt by nie potraktował tego poważnie. Nie pasowałam do stereotypu zakonnicy. Nie byłam spokojnym dzieckiem. I nie jestem tą wersją kobiety, która jest cicha i spokojna – mówi siostra Urszula i dodaje: – Przez całe liceum jeździłam na poranne msze, ale robiłam to tak, żeby nikt się o tym nie dowiedział.
W klasie miała koleżankę Gosię, która wciąż opowiadała wszystkim, że pójdzie do zakonu. I poznawała, tak jak Ula, różne żeńskie wspólnoty.
– Strasznie się przy niej męczyłam, bo dalej nie chciałam nikomu powiedzieć, co planuję.
Jednego dnia Gosia spotkała w pociągu siostry pallotynki, nowicjuszki, które jechały na rekolekcje do Nakła. Zaprosiły ją, żeby do nich dołączyła. Miała pojechać ze swoją najbliższą przyjaciółką. Ale przyjaciółka zachorowała. Pojechała więc Ula.
– Coraz mocniej czułam, że Bóg się nie pomylił, że to ja miałam jechać do Nakła. Odkryłam w sobie pallotyńską duszę.
Zachwyciła się pomysłami Pallottiego i nieograniczonymi możliwościami działania, wspólnotą otwartą na świat, patrzącą na to, co dzieje się w świecie, rozeznającą znaki czasu i odpowiadającą na nie. Z jednej strony intrygował ją ekumenizm, z drugiej pociągała służba chorym, ludziom z marginesu. Apostolstwo wszelkiego rodzaju…

Źródło: Wydawnictwo Esprit