„Cud” w Parczewie. Szukanie sensacji to droga na skróty

W minionych dniach głośno zrobiło się w Polsce o rzekomym cudzie w Parczewie. Oto, jak twierdzą świadkowie, na korze drzewa przy ul. Spółdzielczej można zobaczyć twarz… Jezusa. Dociekliwsi potrafią nawet wskazać wyraźne rysy twarzy, aureolę, szczegóły postaci!

Ciekawość sprawia, że w miejscu „objawień” ciągle ktoś jest, ludzie modlą się, palą znicze. Próby tłumaczenia dziwności, nieadekwatności sytuacji, skonfrontowania jej z prostymi kryteriami pozwalającymi weryfikować tego typu wydarzenia spotykają się z niezadowoleniem. Większość osób pytanych o prawdziwość „cudu” wzrusza ramionami, zachowując daleko idący sceptycyzm, ale nie brakuje gorliwych obrońców. Sprawą zainteresowały się lokalne i krajowe media, oficjalne stanowisko kurii przedstawił rzecznik prasowy diecezji siedleckiej ks. Jacek Świątek.

Rzecz jasna, wydarzenie stało się też okazją do „beki” z rzekomego objawienia. „Wystawiam na licytację świeży, prawdziwy i zapakowany w lokalną gazetę liść ze świętego drzewa w Parczewie, ul. Spółdzielcza. Liść jest świadkiem rzeczy przedziwnych. Jedyny w swoim rodzaju, ma wartość magiczną” - możemy przeczytać w internetowej ofercie. Całość kwoty ze sprzedaży ma rzekomo zostać przekazana na rzecz stowarzyszenia wspierającego psychiatrię dziecięcą na Lubelszczyźnie. „TO NIE FEJK! Oferta jest autentyczna tak jak liść” - zapewnia sprzedający (za www.wprost.pl). Nie dam sobie ręki uciąć, że nie znajdzie się nabywca. I że w najbliższym czasie do „drzewa objawień” nie zaczną przybywać pielgrzymki z odległych zakątków Polski. Ciekawość to potężna siła! Dzięki niej dokonuje się postęp, ale też degradacja rozumu.

Zapewne „cud” zakończy się wraz z pierwszym mocniejszym deszczem, który zmyje z kory dębu rysy „postaci”. Nie ma jednak pewności, że gdzieś w krótkim czasie znów nie „objawi się” np. Matka Boża na elewacji budynku albo na niedomytej szybie. Stąd konieczność wystudzenia emocji i wprowadzenia do debaty głosu rozsądku.

„Diabelskość”, o ile można użyć takiego sformułowania, plagi fałszywych cudów (to nie tylko domena współczesności, ale też przeszłości) polega na tym, że niejednokrotnie uniemożliwia ona zatrzymanie uwagi na rzeczywistym działaniu Pana Boga. Po zdemaskowaniu mistyfikacji wszystko wkłada się między bajki.

Co na to Kościół?

Rzecz w tym, że w historii zbawienia Pan Bóg wiele razy potwierdzał swoje słowa znakami i cudami. Uczestniczący w Soborze Watykańskim I uznali, iż z punktu widzenia teologii możliwość istnienia cudu jest uzasadniona i jako taka stanowi dogmat. Jednocześnie postanowiono zwracać większą uwagę na poprawną interpretację wydarzeń uznawanych za cudowne i potrzebę wnikliwej weryfikacji, aby uniknąć błędów.

Od lat w Kościele istnieją kryteria precyzyjnie ujmujące kwestie prywatnych objawień i towarzyszących im znaków. Definitywnie temat rozstrzygnął św. Jan od Krzyża. „Od kiedy Bóg dał nam swego Syna, który jest Jego jedynym Słowem, nie ma innych słów do dania nam. Przez to jedno Słowo powiedział nam wszystko naraz i nie ma już nic więcej do przekazania. To bowiem, o czym częściowo mówił dawniej przez proroków, wypowiedział już całkowicie, dając nam swego Syna. Jeśli więc dzisiaj ktoś chciałby Go jeszcze pytać lub pragnąłby jakichś wizji lub objawień, nie tylko postępowałby błędnie, lecz także obrażałby Boga, nie mając oczu utkwionych jedynie w Chrystusa, szukając innych rzeczy lub nowości” („Droga na górę Karmel”, cyt. za: Katechizm Kościoła Katolickiego). Sobór Watykański II przypomniał, że „ekonomia chrześcijańska, jako nowe i ostateczne przymierze, nigdy nie ustanie i nie należy się już spodziewać żadnego nowego objawienia publicznego przed chwalebnym ukazaniem się Pana naszego, Jezusa Chrystusa” („Dei Verbum” 4.4).

Kościół dopuszcza możliwość tzw. objawień prywatnych, które miały miejsce już po wstąpieniu Jezusa do nieba. Istnieje wiele zbadanych i potwierdzonych tego typu faktów. Jaki jest ich cel, sens? „Ich rolą nie jest (...) «uzupełnianie» ostatecznego Objawienia Chrystusa, lecz pomoc w pełniejszym przeżywaniu go w jakiejś epoce historycznej” - podpowiada katechizm. Rozumiała to dobrze św. Małgorzata Maria Alacoque. Pisała w jednym ze swoich listów: „Gorące pragnienie naszego Pana, by jego Najświętsze Serce doznawało szczególnej czci, zmierza - jak sądzę - do odnowienia w naszych duszach skutków Odkupienia” („Vie et Oeuvres”, cyt. za: Liturgia Godzin, t. IV, s. 1264). W podobnym tonie wiele razy wypowiadała się św. Faustyna Kowalska, przypominając światu o bogactwie Bożego miłosierdzia. Objawienia prywatne wpisują się zatem w delikatne prowadzenie Ducha Świętego ku „pełni prawdy” (por. J 16,13). Wnikliwie zbadane i zatwierdzone przez Kościół pomagają rozumieć lepiej Objawienie – „przekładać” obecne tam treści na współczesność, ożywiać życie religijne w konkretnym kontekście kulturowym i historycznym.

Kryteria prawdziwości

Czy prowadzą one ku Chrystusowi i Jego Kościołowi? To zasadnicze pytania, jakie stawia się w procesie rozeznawania prawdziwości cudów, objawień prywatnych. „Jeżeli objawienie oddala się od Niego, jeśli staje się od Niego niezależne albo wręcz chce uchodzić za inny i lepszy zamysł zbawienia, ważniejszy od Ewangelii, wówczas z pewnością nie pochodzi od Ducha Świętego, który prowadzi nas w głębię Ewangelii, a nie poza nią” – tłumaczył w „Komentarzu teologicznym” Joseph Ratzinger. Podobnie się dzieje, gdy owocem wydarzenia są tylko ciekawość, sensacja, ale też agresja, złość, podziały, wyprowadzanie poza wspólnotę, ludzkie imaginacje autorytatywnie „potwierdzające” prawdziwość „cudu”, przedkładane ponad posłuszeństwo wiary i głos podmiotu uprawnionego do wydawania właściwych osądów.

Parczewski „cud”, o ile tak można powiedzieć, jest niemy. Nie towarzyszy mu żadne przesłanie, nie potwierdza żadnej wyartykułowanej wcześniej treści. Nie towarzyszy mu religijno-moralny kontekst. Co z akceptowanym w teologii „sensus fidei”, tj. zmysłem wiary? – może ktoś zapytać. Nie ma powodów, by stawiać go jako kryterium prawdziwości znaku - póki co to bardziej ciekawostka dendrologiczna, atrakcja dla spacerowiczów niż potwierdzona krytycznym rozumem wewnętrzna intuicja ogółu wiernych.

Z drugiej strony rzecz ujmując: nieuzasadnione są kpiny z osób, które wskutek innej wrażliwości, może słabości wiary – przedkładającej własne imaginacje ponad np. największy cud, jakim jest Eucharystia (nie trzeba jechać 500 km, aby wziąć udział w Mszy św. sprawowanej w jakimś „cudownym” miejscu, bo owoce i jej, i tej celebrowanej w małej, wiejskiej kapliczce są identyczne) – błędnie coś interpretują. Raczej trzeba cierpliwie tłumaczyć, pokazywać istotę rzeczy. Przestrzegać przed próbami wkręcania w komercję, absurdy, śmieszność.

Zamiast puenty

Pan Bóg może działać, jak chce i kiedy chce. Może zawieszać prawa natury, bo jest jej Panem i Stwórcą. Wspomniane wyżej prowadzenie Ducha Świętego „ku pełni prawdy” jest czułe, pokorne, często zaskakujące nas - mających swoje recepty na szczęście, samozbawienie,  chcących ciągle tworzyć jakiś enigmatyczny Kościół 2.0, pisać po swojemu Najnowszy Testament (copyright ks. Wojciech Węgrzyniak). Bóg może dawać znaki, poruszać – często odczytujemy je indywidualnie wewnątrz sumienia, w sercu. Choć istnieją objawienia prywatne zatwierdzone przez Kościół - nawet te „duże” (Lourdes, Fatima) – nie ma obowiązku, by w nie wierzyć. Ale… Jako ludzie deklarujący wiarę w Chrystusa, Jego uczniowie mamy OBOWIĄZEK akceptować każde Jego słowo, iść do zbawienia drogą przez Niego wyznaczoną, dać się prowadzić Kościołowi, którego On jest głową. I nie może być tu miejsca dla alternatywnej rzeczywistości.

Szukanie sensacji, dróg na skróty, kontestowanie Ewangelii zwykle wyprowadzają na bezdroża. Cui bono? – komu to przynosi korzyść?

źródło: Echo Katolickie 21/2023

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama