Strach diabła

Mistyczny kryminał - rozdział II

Strach diabła

Hermann Multhaupt

Strach diabła

Mistyczny kryminał

ISBN: 978-83-60703-16-8

wyd.: Wydawnictwo SALWATOR 2007



Prezentujemy pięć pierwszych, z dwudziestu sześciu, rozdziałów książki:

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V


II

W Lizbonie na rogu Rua nova do Almada i Rua de Nicolau kłębił się tłum. Ambulans niebieskim światłem torował sobie przez niego przejazd, zatrzymał się przed sklepem jubilerskim, z którego fasady łuszczyła się farba jak skóra po oparzeniu słonecznym. Dwóch mężczyzn w bieli pchnęło drzwi pojazdu. Jeden z nich niósł walizkę lekarską. Odsunęli na bok kilkoro ciekawskich dzieci i przepychali się przez krąg bezczynnie stojących gapiów.

"Wypadek?" - pomyślał Florentinho, nie zdając sobie sprawy z rozmiaru nieszczęścia. W tym wielkim mieście nie ma godziny, w której nie rozlegałby się przeraźliwy sygnał karetki. Śmierć żądała daniny za gwarantowaną mobilność, za upojenie prędkością, której moralne granice wyznaczały znaki drogowe. Zamierzał obejść miejsce, gdzie lekarze zajmowali się poszkodowanym, a ludzie żądni sensacji utworzyli mur podobny do granitu, gdy jego wzrok napotkał kasztanowe włosy, które wyraźnie odróżniały się na tle ciemnych głów tłumu. Kobieta krzyczała i płakała, wyrywając się z uścisku dwu osób, które trzymały ją z dala od miejsca wypadku, i błagała, aby puścić ją do leżącego na asfalcie mężczyzny. Sytuacja była jasna. Zmarłego przykryto białym prześcieradłem.

Florentinho czuł się w obowiązku zareagować, nie zostawiać sprawy policji i służbom medycznym. Dla nich to mogło być działanie rutynowe. A dla niego... Co znaczyło to wydarzenie dla niego? Czy obchodziło go bardziej niż tych, których przywiodła tu ciekawość?

- Proszę mnie przepuścić. Chcę zająć się senhorą - powiedział i zaczął się przepychać przez tłum, aż stanął tuż obok ambulansu.

- Czy zna pan tę kobietę? - zapytał policjant. - Wobec tego niech pan odprowadzi ją do domu. Jest w szoku.

- W tym stanie nie da rady iść - powiedział Florentinho.

Trzymał w dłoni kapelusz i dziwił się, że zdjął go instynktownie na widok zmarłego.

- Oczywiście, odwieziemy oboje państwa, gdzie tylko państwo zechcą - odparł policjant. - Ważne, aby zawiadomił pan lekarza domowego. Senhora potrzebuje pomocy. Gdzie mieszka? Proszę podać adres.

Zanim Florentinho zdążył się odezwać, senhora podała numer domu na Rua de Misericordia.

- To niedaleko stąd. Jutro rano przyślemy kogoś, by uzyskać więcej informacji. Proszę zadbać o to, aby senhora miała spokój. Rozumie pan?

Policjant wezwał przez radio drugi samochód. Parę minut później Antonio Florentinho siedział na tylnym siedzeniu obok kobiety z kasztanowymi włosami i jechał z nią na ulicę Miłosierdzia...

Upał wciąż spowalniał życie w mieście. Zdawało się, że wszyscy poruszają się niczym samochód z zaciągniętym hamulcem. Zza zasuniętych zasłon wpadało do pokoju blade światło dnia; w sypialni czas stanął.

Kobieta leżała na łóżku pod lekkim bawełnianym kocem, twarz z szeroko otwartymi oczami zwróciła w stronę sufi - tu. Tam na górze w każdej chwili mógł pojawić się napis, który wyjaśniłby przyczynę wypadku drogowego. Ale sufi t pozostał taki, jaki był - wapienna warstwa uśpiona w mdłej bieli, odporna zarówno na słowa, jak i na westchnienia oraz cichy płacz, od czasu do czasu wstrząsający jej ciałem. W jej oczach nie było już łez.

- Powinien pan przy niej zostać - powiedział lekarz. - Jest wrażliwa, mogłaby coś sobie zrobić, nigdy nie wiadomo. Skazany na całodobowe czuwanie, stał się strażnikiem, obserwatorem, opiekunem, kronikarzem i świadkiem nagle do głębi zranionego i cierpiącego człowieka. Albo aniołem stróżem, tak..., a dlaczego by nie aniołem stróżem? Choćby bez skrzydeł. No cóż Florentinho był jednak człowiekiem, który nie wybiłby się ponad przeciętność i nigdy nie opuściłby kręgu swoich przyzwyczajeń - takie w każdym razie było zdanie diablicy - tej dziwnej pięknej istoty z "Café de Paris". Prawie o niej zapomniał, nie, raczej wyparł ze świadomości. Dziwne... Czy była zamieszana w ten wypadek? "Nie musi tak być" - brzmiała jej odpowiedź na konstatację, że skrycie adorowana przez niego kobieta ma już wielbiciela. "Wyeliminuję go i dam panu okazję do poznania dziewczyny z kasztanowymi włosami... Dam panu okazję..."

Sprawiła, aby zginął w wypadku samochodowym, i droga wolna... Mój Boże, a jeśli tak było, jeśli senhora - diablica - jakimś gestem, zawołaniem lub bezpośrednią ingerencją odwróciła uwagę kierowcy ciężarówki od drogi lub ściągnęła jego uwagę na siebie, aby mogło wydarzyć się nieszczęście? Kierowca także powinien zostać przesłuchany, pomyślał Florentinho, choć wiedział, że policja z pewnością nie zaniedba wykonania swojego obowiązku. A należałoby bardziej szczegółowo wypytać o dodatkowe okoliczności, które może były błahe, ale mogłyby stać się w toku dochodzenia brakującym elementem układanki.

Jednak wtedy on - Florentinho - byłby także jedną z istotnych części tej układanki. Nie chciał tego wypadku, nie zawinił, a jednak można powiedzieć, że miał w nim swój udział. Bez jego zainteresowania kobietą, która leżała przed nim na łóżku, nigdy nie dałby przecież diablicy powodu, aby wmieszała się w układ pomiędzy nią, jej wielbicielem i kierowcą samochodu. Bóg jeden wiedział, jakie warunki i zależności odgrywały rolę w katastrofach międzyludzkich oraz w jaki sposób losy niewinnych i winowajców splatały się, a nawet nierozerwalnie ze sobą łączyły.

Kobieta poruszyła się. Zmieniła pozycję, przekręcając się na bok, odwróciła także głowę. Wzrok Florentinho padł na długie kasztanowe włosy, które w półmroku wyglądały jak ciemna ciężka masa. Włosy były pierwszym elementem, który przyciągnął jego uwagę. W ciemności straciły swój blask, były tak samo niepozorne jak przedmioty w pokoju, których wartości nie można było teraz oszacować.

- Czy on naprawdę nie żyje? - zapytała cicho kobieta, ale pytała w taki sposób, jakby czekała na potwierdzenie, a nie na obietnicę cudu.

Florentinho skinął głową. Wtedy uzmysłowił sobie, że nie mogła widzieć ruchu jego głowy z łóżka i powiedział:

- Tak.

- Kim pan jest? - zapytała, gdy przełknęła to "tak". - Czy jest pan lekarzem?

- Nie, nie jestem lekarzem. Przypadkowo przechodziłem niedaleko miejsca wypadku i zaoferowałem swoją pomoc.

- Dziękuję. Ale musi pan być kimś w rodzaju lekarza, w przeciwnym razie, w jaki sposób mógłby mi pan pomóc? To brzmiało logicznie. O tym Florentinho nie pomyślał.

Nie był pomocą w sensie medycznym. W rzeczywistości nie mógł nic zrobić. Siedział tylko, podczas gdy na zewnątrz wiosna kradła latu kolejną kartkę z kalendarza.

- Nie, nie jestem także pielęgniarzem. Jestem pisarzem. Nazywam się Antonio Florentinho.

- Florentinho? Przepraszam, ale nigdy nie słyszałam o panu. Wstyd mi, ale jeszcze nic pana nie czytałam.

- Bo też za wiele jeszcze nie napisałem, senhora - odrzekł zakłopotany Florentinho.

Próbowała go sobie wyobrazić, Florentinho to czuł. Mimo swojej męczarni duchowej poświęciła mu parę myśli.

Jej głowa leżała odchylona na poduszce, podczas gdy jej oczy lustrowały mglistą postać stojącą przy łóżku.

- Dokąd go zabrali? - spytała nagle. - Czy mogłabym go jeszcze raz zobaczyć?

Florentinho wzruszył ramionami:

- Nie wiem. Może będzie lepiej, senhora, jeśli zapamięta go pani takim, jakiego go pani kochała. Śmierć zmienia ludzi, a do tego ten straszny wypadek...

- Kochałam, tak. Po tym poznaje się poetę - "kochała". Inny powiedziałby prawdopodobnie: "Niech go pani zapamięta takim, jaki był za życia".

"Czy ona ma być tą pierwszą osobą - przeszło Florentinho przez myśl - której duszy chce diablica?"

Zerwał się z miejsca.

- Musi pan iść, prawda? Zabieram panu czas.

Jej głos brzmiał cicho i ciągnął się jak powłóczysta tkanina. Leki spowolniły jej reakcje.

- Nie, jest przecież sobota, nie mam żadnych planów.

Tylko właśnie coś mi przyszło do głowy.

- Coś nieprzyjemnego?

Florentinho zawahał się:

- Jeszcze nie wiem.

- Tak, znam to. To jest jak nowy dzień ze swoimi niespodziankami. Mój, dzisiaj, bardzo źle się zaczął. Muszę zająć się pogrzebem - zawołała nagle i spróbowała usiąść.

- Nie, senhora, proszę, nie! Lekarz zajrzy tu jeszcze późnym popołudniem. Do tego czasu powinna pani leżeć i odpoczywać, tak powiedział.

Florentinho z powrotem delikatnie położył głowę kobiety na poduszce i poprawił koc. Kasztanowe włosy opadły mu na dłonie; wzdrygnął się.

- Naprawdę nie chce pan iść? Dam już sobie radę sama.

- Nie - odparł - jestem to pani winien.

- Jak to winien? Przecież pan mnie wcale nie zna.

- Tylko tak powiedziałem. Odczuwam jednak, że to słuszne, abym się o panią zatroszczył, proszę mi pozwolić.

- No dobrze. Ale jeśli zmieni pan zdanie, niech pan spokojnie odejdzie. Spróbuję jeszcze trochę pospać. Pozwoli pan?

- Ależ oczywiście. To pani mieszkanie i może pani robić to, na co ma pani ochotę.

Wyobraził sobie, że uśmiechnęła się w milczeniu i zamknęła oczy. Czując otoczającą go duszną, zaciemnioną samotność, wsłuchiwał się w odgłos oddechu, który obwieścił mu, że senhora zasnęła.

opr. aw/aw

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama