Następca Billa Clintona

Cotygodniowy komentarz z Gościa Niedzielnego (48/2000)

Jeśli wierzyć amerykańskim mediom, oczy wszystkich obywateli USA skierowane są dziś na Florydę — od ostatecznych wyników wyborów w tym stanie zależeć będzie przecież zwycięstwo jednego z kandydatów na 43. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Temu, co od kilkunastu dni dzieje się Ameryce, z niedowierzaniem i zdumieniem przyląda się cały świat. Coraz bardziej zdeterminowani pretendenci do prezydenckiego fotela tracą resztki zimnej krwi, zapowiadając walkę „aż do końca”, czyli kwestionowanie werdyktów kolejnych instancji władzy wykonawczej i sądowniczej, jeśli miałyby się okazać dla nich niekorzystne. Coraz mniej istotny wydaje im się fakt, że z każdym upływającym dniem powaga i prestiż urzędu, o który walczą, maleje.

Na szwank został narażony także autorytet jedynego supermocarstwa, co budzi nieskrywaną radość jego przeciwników i z trudem ukrywane zażenowanie sojuszników. Prezydent Putin już zdążył zaofiarować fachową pomoc przy liczeniu głosów na Florydzie przebywającego akurat w USA przewodniczącego rosyjskiej Państwowej Komisji Wyborczej, a rosyjska Duma znalazła wreszcie okazję do publicznej krytyki Waszyngtonu, wskazując na fakt, że pretendując do narzucania własnych standardów demokracji innym, nie jest w stanie poradzić sobie z wewnętrznym kryzysem. Na pomoc zagrożonej amerykańskiej domokracji wybiera się nawet „znany polski demokrata”, Andrzej Lepper.

Oczywiście Waszyngton sobie poradzi. Amerykańska demokracja nie załamie się na skutek obecnego kryzysu. Podstawowy problem dotyczy raczej tego, kim naprawdę będzie następca Billa Clintona, niezależnie zresztą od tego, jak się będzie nazywał. Wszystko wskazuje na to, że o tym, kto jest zwycięzcą, rozstrzygnie sąd. Należy przyjąć, że i obaj kandydaci, i ich wyborcy przyjmą ten werdykt do wiadomości. Ale ten z nich, który ostatecznie wprowadzi się do Białego Domu, aż do końca kadencji będzie zmuszony pamiętać o tym, w jaki sposób stał się jego lokatorem. Nowa administracja będzie, jak nigdy wcześniej, uzależniona od Senatu i Kongresu oraz ograniczona przez nieustannie spoglądającą jej na ręce — silną jak nigdy dotąd — opozycję. Nawet wtedy, gdy prezydentem zostanie posiadający większość w obu izbach parlamentu republikanin, podejmowanie koniecznych, a nie zawsze cieszących się jednoznacznym poparciem jego partii, decyzji będzie niezwykle trudne. Nowy amerykański prezydent będzie po prostu słabym prezydentem i słabość ta może zaważyć na konsekwencji i skuteczności amerykańskiej polityki zagranicznej. I to jest tak naprawdę niedobra wiadomość dla wszystkich.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama