Rządy filozofów – to platoński ideał państwa, który do dziś znajduje spory oddźwięk. Pytanie, jak w praktyce wygląda państwo rządzone przez „mędrców”, ludzi wykształconych, erudytów? Czy ich intelektualne zdolności nie zostaną w brutalny sposób wykorzystane przez rozmaite grupy wpływu? Jeśli potrzebujemy przykładów – popatrzmy na Chiny.
Kiedy jezuici na przełomie XVI-XVII jako pierwsi Europejczycy dotarli do Chin i na stałe zadomowili się w Zakazanym Mieście w Pekinie, pełniąc przy dworze imperatora funkcje astronomów, geografów i innych uczonych, to zaczęli wysyłać do Europy entuzjastyczne listy i sprawozdania o kulturze oraz systemie chińskiego państwa. Szczególny zachwyt wzbudzili w nich mandaryni, ludzie głęboko wykształceni, o wielkiej kulturze, którzy sprawnie rządzili tym ogromnym krajem. Ci mandaryni wydali się jezuitom przybyłem z Europy spełnieniem marzeń Platona o państwie rządzonym przez filozofów. W swoim „Państwie” bynajmniej nie zachwyca się on demokracją, tylko przekonuje, że powinni nim rządzić mędrcy-filozofowie.
„Demokracja nastaje, kiedy ubodzy zwyciężą i jednych bogaczów pozabijają, drugich wygnają z kraju, a pozostałych dopuszczą na równych prawach do udziału w ustroju i w rządach. (...) Państwo takie wcale nie troszczy się o to, od jakich zajęć przechodzi ktoś do spraw państwa i zaczyna się zajmować polityką, ono szanuje każdego, byleby oświadczył, że kocha lud.”
Krótko mówiąc, według Platona demokracja to rządy motłochu zgromadzonego na stadionie i cwaniaków, którzy mu schlebiają. Zachwyty jezuitów rozpoczęły w Europie modę na wszystko co chińskie i stały się wsparciem dla monarchii absolutnych, kiedy to władca miał rządzić przy pomocy owych filozofów. Niezbyt ten eksperyment wyszedł, bo w Rosji tacy oświeceni władcy jak Piotr i Katarzyna (nią zachwycał się mędrzec-filozof Wolter, ale nie bezinteresownie, bo miał od niej niemałą pensję) byli zarazem bezwzględnymi tyranami i despotami, którzy za nic mieli życie oraz wolność swoich poddanych, iżby tylko w państwie panował postęp. Potem przyszła rewolucja francuska i rządy kolejnych mędrców-filozofów jak Lenin, Stalin czy Pol Pot.
Wdzięczność filozofów
W międzyczasie jezuici zaczęli się powoli przekonywać, że nie wszystko w Chinach wygląda tak wspaniale. Rzeczywiście mandaryni są urzędnikami państwowymi, ale rządzą krajem … eunuchowie: chytrzy, pazerni, bezwzględni i bezczelni. To oni mieli dostęp do imperatora o każdej porze dnia i nocy oplątując go siecią intryg i kłamstwa. Mandaryni – mędrcy – filozofowie tylko wypełniali rozkazy skorumpowanych eunuchów. Tak więc jezuici ostygli w chwaleniu władzy filozofów i dobrze, bo wkrótce ci filozofowie postarali się, aby jezuitów zlikwidować.
Eunuch załatwi sprawę
Trump wzbudza niezdrową fascynację u wielu naszych publicystów. Są tak nim opętani, że już prawie nie mogą o niczym innym pisać. Weźmy magazyn PlusMinus Rzeczypospolitej (29.03.25). Pani Irena Lasota Hirszowicz, zasłużona i zacna dama lewicowego salonu, od ostatnich wyborów w USA poświęca swoje pióro wyłącznie rudowłosemu Donaldowi: jest jełopem (a wraz z nim większa część głosującego na niego amerykańskiego społeczeństwa), debilem, prostakiem, chamem, prymitywem i absolutnie wszystko co robi jest absurdem, degradacją i upadkiem. I myśli Pani Ireny nawet mogę trochę zrozumieć. Często osoby z wyższym wykształceniem uważają, że politykami powinni być wybitni intelektualiści i naukowcy. Np. Tadeusz Mazowiecki, alias „Żółw”. Taki intelektualista-polityk jak ma coś co zdecydowania, to myśli, myśli, rozważa wieloaspektowość decyzji i znowu myśli, że już potem mu nie starcza energii na podjęcie decyzji. Ale Bogu dzięki obok jest jakiś eunuch czy podobny cwaniak, który podjęcie decyzji weźmie na siebie.
W Kirgistanie, gdzie żyłem wiele lat, po odzyskaniu niepodległości prezydentem został profesor fizyki jądrowej Askar Akajew. Do rządzenia się w ogóle nie nadawał, choć był wybitnym intelektualistą i prawił narodowi różne kazania o sprawach wyższych. Tymczasem rządziła jego cwana żona Meerim i zdeprawowane dzieci. Skończyło się to totalną korupcją, rewolucją w 2005 r. i ucieczką całej rodziny do Moskwy.
Prawa wyborcze matematyków
Historia zna wiele przykładów takich władców-intelektualistów, którzy we władzy się nie sprawdzili, ponieważ dobrymi politykami są ludzie zupełnie innego typu, ludzie niezwykle praktyczni, z wyczuciem ludzkich charakterów, zdolni intuicyjnie w sekundę podjąć właściwą decyzję. Mam przyjaciela, który jest wykładowcą na wydziale matematyki i zawsze żartobliwie powtarza, że on by swoim kolegom matematykom odebrał prawa wyborcze, ponieważ o polityce, gospodarce i w ogóle sprawach realnych pojęcia mają niewiele. Są fanatykami jakiś tam fraktali i nieskończoności; jak wiemy niejeden z nich chorował na schizofrenię lub był autystykiem, a głosują zazwyczaj z przyczyn estetycznych tzn. np. na PO, bo wykształconemu człowiekowi tak właśnie wypada głosować, bo PO to jak wiadomo partia inteligencka, a co tam za cwaniaki siedzą i czym się zajmują, tego pan matematyk nie wie i tym się nie interesuje, ważne że wszyscy matematycy głosują właśnie tak, inteligenci na niby-inteligentów, czyli na różnych Nikodemów Dyzmów. Tymczasem Trump przy całym swoim wariactwie tę smykałkę polityczną ma, ale niestety inteligentem nie jest, więc Pani Lasota i inne inteligentne damy nigdy niestety na niego nie mogą zagłosować.
Najważniejsza wartość
Tomasz Terlikowski, dyżurny katolicki publicysta, co specjalizuje się w batożeniu kleru i hierarchii, nieustannie ostrzega nas, że Trump ani katolik, ani chrześcijanin, co chyba średnio inteligentny człowiek sam też rozumie.
Trump jest Trump, no ale warto by zauważyć, że wypuścił z więzienia aktywistów pro-life (42!), wstrzymał finansowanie LGBT, tranzycji i innego draństwa. I to już powinno skłonić Pana Tomasza do pisania dla Donalda laurek, ale nie skłania. Może mu się bardziej podobał katolik Biden, albo super ideowa Kamala.
Michał Szułdrzyński, postępowy konserwatysta (ni pies, ni wydra), nie może się od Trumpa odczepić. Że Trump niszczy demokrację i władzę sądowniczą, sam nie zauważając, że to wiceprezydent USA pytał się europejskie elity w Monachium o demokratyczne wartości i co się dzieje w Europie, kiedy sąd unieważnia ważne wybory w Rumunii, nie dopuszcza wygrywającego kandydata do następnych wyborów, próbuje zablokować Le Pen w starcie w następnych wyborach (chwyty czysto z repertuaru Putina i satrapów Azji Centralnej, według zasady: dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie), a wyżsi niemieccy urzędnicy zapowiadają atak na demokrację, jeśli wybory wygra AfD. Jak na postępowego konserwatystę przystało naczelny Rzepy zaniepokojony jest, że Trump mógłby zlikwidować nawet … amerykański ZUS. Zlikwidować ZUS – to straszne, przecież to fundament socjalizmu, którego jak wiadomo każdy liberalny konserwatysta powinien bronić jak okopów Świętej Trójcy! Już zresztą likwiduje ministerstwo edukacji – i to chyba kiedyś też był sztandarowy postulat liberalnych konserwatystów, no bo niby dlaczego państwo ma się wtrącać do wychowania cudzych dzieci, swoich przecież nie ma, no chyba że pełne sieroty. Ja jednak jestem ciekaw, co tego wyjdzie i może to będzie zaraźliwe? Pani Nowacka i jej podobni koryfeusze postępu straciliby pracę raz na zawsze i mogli by deprawować tylko własne dzieci, jeśliby takowe u nich były. Liberalizm odznacza wolność obywatela we wszystkich obszarach, konserwatyzm szanowanie tradycyjnych, racjonalnych zasad na których bazuje społeczeństwo. Niestety liberała-demokraty-konserwatysty Szułdrzyńskiego to nie cieszy. Twierdzi nawet, że lewica broni teraz wartości i moralności. Wśród tych wartości, o dziwo, wymienia tylko jedną: równościowy terroryzm LGBT.
Źródło władzy
A więc dlaczego Trump wzbudza taką obsesję u „jajogłowych”? Myślę, że dlatego, iż burzy bezceremonialnie jeden za drugim mit lewoskrętnych. Szułdrzyński oskarża go wprost o rewolucję, choć to jest raczej kontrrewolucja, bo według niego nowa prawica rozwala porządek, ład, wartości, czyli cały stary, wspaniały świat, którego lewica bohatersko dziś broni. Ale czy ten świat jest taki stary i taki wspaniały? Toż to świat zupełnie niedawno stworzony i na siłę aplikowany tępemu ludowi przez oświecone elity. Czy Trump rozmontowuje demokrację? Ja na to dowodów nie widzę. I tylko mogę się zdziwić, że tak wielu jajogłowych ubolewa nad kryzysem demokracji w USA, a z radością przyklaskuje na własnym podwórku idei „demokracji walczącej” i stosowania „prawa, tak jak my je rozumiemy". Taka „demokracja walcząca” to nic innego niż dyktatura proletariatu. Nie wybory, nie procedury demokratyczne, nie przestrzeganie prawa będą decydować o tym, kto rządzi, tylko ci co lepiej wiedzą, co lepsze dla ludu. Ta oświecona elita będzie decydować jakie partie mają prawo działać i jakie demonstracje mają być zakazane. I kto tu jest jakobinem i hunwejbinem, o co oskarża dzisiejszą prawicę (kogo nazywa prawicą też nie jestem pewien) Pan Michał?
Idea „demokracji walczącej” jest wyrazem głębokiej niewiary w demokrację i przekonaniem, że najwspanialsze byłyby rządy filozofów, tylko niestety ktoś nierozważnie motłochowi zaimplantował, że to on jest źródłem władzy. No jaki geniusz to zrobił? Otóż ta właśnie oświecona, lewicowa elita. Robiła to konsekwentnie od XVIII do XX wieku nie zważając na przestrogi monarchistów i konserwatystów, że to się źle skończy.
Pani Lasota wzrusza się, że Trump wywala na ulicę tysiące urzędników. I to oburzenie mogę zrozumieć – rozbić koryto tak wielu krewnych i znajomych królika, to nie może być miłe. A co ma robić? Przecież to był jego program wyborczy. Ach znowu te wybory, obietnice i programy! Przecież to spektakl dla dzikiej watahy i inteligentnemu człowiekowi nigdy by nie przyszło do głowy wypełniać złożonych im obiecanek. W wyborach przecież chodzi o to, by taką watahą zakręcić, abyśmy się dorwali do władzy i tę watahę potem za mordę mocno trzymali (rdzeń „demokracji walczącej”). A już nie wspomnę o tym, że państwo minimum to fundamentalny postulat liberalnego konserwatyzmu. Ja bym się jednak o urzędników amerykańskich nie martwił, to są na pewno wspaniali, zdolni ludzie, na państwowym pracowali z pobudek altruistycznych i znajdą sobie lepiej płatną pracę.
Narodowe interesy
Prawica o zgrozo zapowiada „powrót do polityki opartej wyłącznie na realizacji twardych narodowych interesów”. Jak zmawiam ze współbraćmi razem brewiarz, to się śmiejemy nad jednym z wezwań: „żeby politycy dbali o dobro nie tylko swojego, lecz wszystkich narodów i o pokój na świecie”. Oczywiście to nowy brewiarz napisany przez nowooświeconych księży profesorów, co to nie wiedzą, że według katolickiej nauki społecznej polityk powinien dbać o dobrobyt i bezpieczeństwo swojego narodu, tego ludu co go wybrał. Ma się martwić o swoje państwo, a innym politykom zostawić martwienie się o inne państwa. I to po to lud go zatrudnia do pracy, a nie po to, żeby się zamartwiał całym światem.
Gdzie nasza nadzieja Panie Michale, Pani Ireno, Panie Tomaszu? Kto zrozumie, że trzeba przywrócić rządy mandarynów-filozofów, co to wszystko wiedzą lepiej? Nadzieja jak wiadomo jest zawsze w młodych, bo młodzi wnoszą nowe, są dźwignią postępu i wolności, obalają zmurszałe mury i dzielnie powinni nieść sztandar socjalizmu. Powinni, ale coś nie niosą, tylko chodzą na wiece wyborcze Mentzena, tego oszołoma nie wiadomo skąd. Mamy więc istne „Tango” Mrożka, bez nadziei na zwycięstwo słusznych idei. No i każdy kij ma dwa końce: czym bardziej w Polsce i Europie mandaryni w imię „demokracji walczącej” będą decydować, kto może uczestniczyć w wyborach, a kto nie może, tym bardziej grozi mandarynom gniew ludu i zwycięstwo tych wszystkich, którzy zwyciężyć nie powinni, czego przykład już mieliśmy w USA.
A Trump robi swoje. Prawda: trudno się zachwycać, kiedy władca najpotężniejszego demokratycznego mocarstwa i jego współpracownicy zamiast poczytać raporty swojego wywiadu słuchają bredni Putina (bardzo inteligentny) i jego ludzi, ale jesteśmy jeszcze w procesie (walki o pokój oczywiście) i nieobliczalny Trump może nas jeszcze zaskoczyć na plus. Czego sobie i Czytelnikom życzę.