Drugie dno

Termin publikacji wykazu dokumentów wyłączonych z dawnych zbiorów zastrzeżonych w archiwum IPN dla wielu był sporym zaskoczeniem

Termin publikacji wykazu dokumentów wyłączonych z dawnych zbiorów zastrzeżonych w archiwum IPN dla wielu był sporym zaskoczeniem

Drugie dno

Termin publikacji wykazu dokumentów wyłączonych z dawnych zbiorów zastrzeżonych w archiwum IPN dla wielu był sporym zaskoczeniem. Z wcześniejszych rozmów wynikało, że nastąpi to w drugiej połowie marca tego roku. Ale stało się inaczej. Nie poznamy jednak treści wszystkich akt, ponieważ przeciwko ujawnieniu części z nich zastrzeżenia już zgłosiły obecne służby, uzasadniając to interesem państwa. Jak wielu dokumentów będzie to dotyczyć, okaże się pod koniec marca, albo nawet w czerwcu. Oby tylko interes państwa nie był mylony z interesem sprawujących w danym momencie władzę i ich przyjaciół, jak to wielokrotnie bywało. Mylenie jednego z drugim już nieraz sprawiało, że prawdę serwowano nam selektywnie.

W kwestii lustracji i publikacji zawartości archiwów tajnych służb byliśmy zbyt długo wodzeni za nos, aby nie stawiać pytania, czy przypadkiem i tym razem nie jest to część jakichś zakulisowych rozgrywek. Odrzucenie lustracji i dekomunizacji na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia, symbolizowane przez tzw. grubą kreskę, było integralną częścią planu George’a Sorosa wobec Polski, tak ochoczo zaakceptowanego przez komunistów. Stąd wszelkie próby dochodzenia prawdy i wymierzania choćby moralnej sprawiedliwości prześladowcom i ich kolaborantom spotykały się zarówno z bezpośrednim, jak i pośrednim bojkotem. Pamiętamy ostrzeżenia Lecha Wałęsy, że jakakolwiek próba rozliczeń doprowadzi do niepotrzebnych podziałów, a nawet do wojny domowej, oraz barwne morały Adama Michnika, że z lustracją jest jak z granatem wrzuconym do szamba, który jednych zabije, a drugich obryzga. Obaj panowie, i nie tylko oni, mieli w tym swój interes.

Pośrednio do zrażenia wielu Polaków wobec rozliczeń z komunistyczną przeszłością i jej skutkami przyczyniła się także chaotyczna publikacja tzw. listy Macierewicza, na której dane ofiar, ich katów i kolaborantów przeplatały się ze sobą bez żadnej różnicy. Ostatecznie doprowadziło to do zawiązania antylustracyjnej koalicji i obalenia rządu Jana Olszewskiego. Antoniego Macierewicza nie da się całkowicie usprawiedliwić, że działał pod presją czasu. Przykładem podobnej publikacji, także pod presją czasu i okoliczności. była tzw. lista Wildsteina. Umieszczenie choćby jednego sprawiedliwego na liście, która w odbiorze społecznym traktowana była jako lista hańby, odbierało tym, którzy ją publikowali, moralną słuszność. Dlatego i tym razem bez entuzjazmu podchodzę do publikacji spisu części odtajnionych materiałów, w których wyraźne rozróżnienie na winnych i pokrzywdzonych ma się pojawić dopiero za miesiąc. Do tej pory może powstać dużo ludzkiej krzywdy, a sama idea lustracji – ulec ostatecznej dyskredytacji. Nie wiem, czym teraz usprawiedliwić ten pośpiech.

Potrzebujemy prawdy w życiu społecznym. Potrzebuje jej także Kościół w Polsce. Chodzi o całą prawdę i o każdą prawdę, a nie tylko o tę – jak mówił niedawno abp Marek Jędraszewski – która ma charakter nadprzyrodzony. Tymczasem również doświadczenia z lustracją duchownych wskazują, że zamiast poszukiwania prawdy mieliśmy do czynienia z używaniem strzępów prawdy w antykościelnej nagonce. Najjaskrawszym tego przykładem było usunięcie z Warszawy abp. Stanisława Wielgusa przez dziwną koalicję liberalno-prawicowo-lewicową, świecko-kościelną, jakby podporządkowaną jednemu zakulisowemu ośrodkowi władzy. Nikt rozsądny, kto śledzi proces lustracji i zna ludzkie życiorysy, nie powie przecież, że abp Wielgus był największym grzesznikiem wśród duchownych zajmujących bez przeszkód wysokie urzędy. Ta sprawa miała ewidentnie drugie dno. Podobnie zresztą jak sposób realizacji lustracji w roku 2006, której ostatecznie jako jedyną grupę społeczną poddano duchowieństwo, wszczynając przy tym antykościelną nagonkę. Mam wrażenie, że nawet ks. Michał Czajkowski, obracający się w środowisku wyznawców Sorosa został potraktowany łagodniej niż, nie przymierzając, o. Konrad Hejmo OP. Gdzie tu prawda?

Dopuszczam, że również w materiałach, które teraz będą sukcesywnie ujawniane, mogą się pojawić nazwiska duchownych. Kościół nie boi się prawdy – podanej w sposób odpowiedzialny i pełny. A jakiekolwiek manipulowanie prawdą zraża do niej i do jej szukania, służąc tym samym dyktaturze relatywizmu, która jest fundamentalnym założeniem inżynierii społecznej stosowanej wobec Polaków od prawie 30 lat. Oby tym razem było inaczej.

"Idziemy" nr 5/2017

opr. ac/ac

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama