Kaczka bretońska i łosoś

Fragmenty książki "Generał w habicie. Opowieść o siostrze Małgorzacie Chmielewskiej i Wspólnocie Chleb Życia"

Kaczka bretońska i łosoś

Stanisław Zasada

Generał w habicie

Opowieść o siostrze
Małgorzacie Chmielewskiej
i Wspólnocie Chleb Życia

ISBN: 978-83-240-1418-7
wyd.: Wydawnictwo ZNAK 2010

Spis wybranych fragmentów
Elita z marginesu
Pępek Europy
Miłość
Kaczka bretońska i łosoś
Zamiast epilogu
Pomóż im pomagać

Kaczka bretońska i łosoś

 

W Zochcinie sypnęło śniegiem.

Padało całą noc. Zbyt wczesny, październikowy biały puch zakrył drogi i pola. Zamieć zasłoniła widoczne jeszcze wczoraj Góry Świętokrzyskie.

Jesienny atak zimy ma potrwać kilka dni.

Tomek, jeden z mieszkańców, od świtu uwija się przy inwentarzu. Obiecałem mu pomóc. Nałożyliśmy już owcom siano i dwa wiadra marchwi. W śnieżnej zadymce przywieźliśmy taczkami sprasowaną słomę, żeby uszczelnić drzwi do chlewika. Ale roboty jeszcze pełno.

— Zanieś to wiaderko Teodorowi — komenderuje Tomek.

W wiaderku stary chleb zmieszany z wodą i paszą. Brnę po kopiastym śniegu do drewnianego budynku. Kiedyś pewnie była to stodoła. W kojcu siedzi czarna wietnamska świnia.

Tak poznałem Teodora.

— Lusia, uspokój się! — napomina Tomek, gdy wracam z pustym wiadrem od Teodora. — Nic się nie dzieje, a ty panikujesz — powtarza, jakby przemawiał do człowieka.

Lusia to dwustukilowa maciora. Na widok obcego zaczęła nerwowo chrząkać.

* * *

Imiona nadał zwierzętom Bodzio (wszyscy tak go nazywają).

Mieszkał w Zochcinie latem. Pomagał Tomkowi w codziennym obrządku. I całymi dniami suszył w sierpniowym słońcu chleb dla owiec. Na ułożonej przed chlewikiem starej kapie rozkładał misternie czerstwe kromki. Sam siadał na cementowym progu, zapalał papierosa i rozmyślał.

W kapeluszu i spodniach moro wyglądał jak kowboj albo żołnierz z polskiego kontyngentu w Iraku. Co rusz podnosił się ze schodów i odwracał chleb na drugą stronę. Wysuszone kromki zbierał do plastikowych skrzynek i roznosił zwierzętom.

— Chodź Lusia, chodź — wołał pieszczotliwie do ciężkiej maciory, gdy zbliżał się do kojca z wiadrem zlewek.

— Ze zwierzętami to trzeba rozmawiać — przekonywał. — Lepiej się chowają.

Bodzio ochrzcił imionami wszystkie zochcińskie czworonogi. Osioł to Kuba, lama — Wojtuś Duży, a kozica — Wojtuś Mały. Jest jeszcze Hrabina — dorodna owca, która wydała niedawno na świat dwoje jagniąt.

Bodzio lubił je tulić do siebie.

Niedawno przeniósł się do Warszawy. Mieszka w domu na Łopuszańskiej. Pojechał, żeby się leczyć. — Już dziesięć lat nie mam prawego płuca — mówi. Gdy kilka lat temu ciężko się rozchorował, ważył niecałe pięćdziesiąt kilo przy swoich metr osiemdziesięciu wzrostu. — Byłem sama skóra i kości.

Bezdomnym Bodzio jest przeszło dwadzieścia lat. Był po trzydziestce, jak się rozwiódł i odszedł z domu. Lubił popijać. — Dopóki było zdrowie, to się piło — nie kryje słabości do nałogu.

Gdy zostawił rodzinę, pracował dorywczo na budowach, u badylarzy i rolników. Jakiś czas był u brata na Mazurach. Pomagał przy koniach i krowach, ale nie dawał fizycznie rady i bratowa go wypędziła.

Do Wspólnoty „Chleb Życia” przyszedł siedem lat temu. Jest jednym z najdłuższych stażem mieszkańców.

Na prawym palcu Bodzio wciąż nosi obrączkę. Mówi, że „z przyzwyczajenia”. Gdy zapytać, dlaczego się rozwiódł, odpowie: — Bo ona była Jehowa, a ja nie chciałem do nich przejść.

Ma syna. Wdał się w narkotyki. Podobno siedzi w więzieniu. Ale tego Bodzio nie jest pewien.

W opowieści Bodzia nie wszyscy wierzą. Twierdzą, że koloryzuje.

Nie wiem. Kiedy opowiadał o swoim dzieciństwie, miał łzy w oczach.

Ojciec bił go, jak tylko pamięcią sięga. — Jak pił, to trzeba było z chałupy uciekać — opowiada.

Dostawał za byle co. Raz ojciec zdzielił go łańcuchem, bo Bodzio pojechał na wycieczkę za pieniądze, które dała mu babcia.

— Niech mu ziemia lekką będzie — życzy ojcu, który nigdy go nie lubił. — Podobno nie byłem jego.

Bodzio nawet gdy się uśmiecha, ma smutne oczy.

* * *

— Znowu żeś wyciepnął — Tomek złości się na osła. Kuba porozrzucał z koryta chleb. — Ciągle coś wyciepuje — Tomek, Ślązak z pochodzenia, często wtrąca śląską gwarę.

Do zwierząt przemawia jak Bodzio.

Miał dziewiętnaście lat, kiedy odszedł z domu. — Matka z ojcem stale sie prali i jo mioł już tego dość — opowiada.

Teraz ma czterdzieści cztery. Przeszło połowę spędził na dworcach i w schroniskach dla bezdomnych. Tułał się po Gdańsku, Gdyni, Sopocie, Krakowie. Pół roku był żonaty. Ale nie chce o tym mówić.

Najpiękniejsze wspomnienie Tomka: — Jak żech widzioł Papieża.

Był czerwiec 1997 roku. Leżał wtedy w klinice w Krakowie. Tej samej, którą przyjechał poświęcić Jan Paweł II. Tomek widział go z niewielkiej odległości. — Czułem tako siła — żeby pokazać, podnosi ramię do góry.

We Wspólnocie „Chleb Życia” cztery lata. Powiada, że trafił przez pomyłkę. Wsiadł w Krakowie nie do tego pociągu. Chciał jechać do Gdańska, a wsiadł do ekspresu do Warszawy. W stolicy ktoś dał mu adres Potrzebnej.

Kilka miesięcy później siostra Chmielewska szukała chętnych do zajmowania się zwierzętami w Zochcinie. Zgłosiło się trzech mężczyzn — wśród nich Tomek. Pierwszy wytrzymał tydzień, drugi pół roku, a Tomek został do dziś.

Idziemy do kurnika. Tomek każe rozścielić pod grzędami słomę. — One się cieszą, jak mają świżo słoma — Tomkowi znów nie zamykają się usta. Bierze miotłę i zamiata drobiazgowo posadzkę.

Lubi, gdy jest czysto.

Kurami zajmuje się na co dzień Zbigniew. Po pięćdziesiątce, nie ma lewej ręki — wiele lat temu miał wypadek. Później się rozwiódł. Bo, jak mówi, nie dało się żyć. Gdy odchodził z domu, zostawił kilkuletnią córkę.

Córka już dziś dorosła, a on wciąż spłaca ze swojej małej renty alimenty, które winien jest państwu.

Czy żałuje, że stracił rodzinę?

— To już przeszłość. Nie ma co wracać — Zbigniew kończy temat.

Też tułał się po schroniskach. Pięć lat był w Skoszynie u księdza Mikosa — tego, który wyrzeźbił Chrystusa, co siedzi przed zochcińskim domem.

U siostry Chmielewskiej jest od kilku miesięcy. Zajmuje się sto sześćdziesięcioma nioskami. Sypie im ziarno, nalewa wodę i co rusz przynosi do domu świeże jajka.

Dwa dni temu pojechał w odwiedziny do córki, zięcia i wnuków w Starachowicach — kilkadziesiąt kilometrów od Zochcina.

Tomkowi dłuży się jego nieobecność. — Zbigniew pewnie zapił — martwi się.

Alkohol to drażliwy temat w domach Wspólnoty „Chleb Życia”. Wypijesz — musisz odejść. Wystarczy, że kogoś dłużej nie ma w domu, od razu są podejrzenia, że wrócił do picia.

Dlatego Tomek zastanawia się, czy Zbigniew wróci do Zochcina?

* * *

— Może kaczki bretońskiej? — pyta przy śniadaniu Wojciech Smajkiewicz.

Na talerzu przynosi cienkie plasterki czerwonego mięsa. Wyglądają jak carpaccio w drogiej restauracji. — Nie byłoby nas na to stać, ale dostaliśmy — pan Wojciech jakby chciał się wytłumaczyć z serwowanego delikatesu.

Smajkiewicz, mężczyzna po pięćdziesiątce, o ciepłym, radiowym głosie, nie jest bezdomnym. Absolwent zootechniki, długie lata przepracował w krakowskim Ośrodku Postępu Rolniczego. Uprawiali zboża, hodowali bydło i drób. Nieźle zarabiał. Nawet po zmianie ustroju, kiedy ośrodek sprywatyzowano, dobrze mu się powodziło.

Aż zaczął mieć wszystkiego dość. — Zmęczył mnie ten wyścig szczurów, w którym też brałem udział — mówi. Znudziły go spotkania z takimi samymi jak on znajomymi i banalne rozmowy na te same tematy. Ci się chwalili, że zmienili znów samochód, tamci byli w Maroku, a tych córka pojechała do prywatnej szkoły w Londynie.

Sześć lat temu, po kolejnej kłótni z żoną, spakował się i przyjechał do Zochcina. — Małżeństwo i tak mi się rozlatywało, więc chciałem spróbować czegoś innego — powiada. Córki miał już dorosłe. Mógł sobie pozwolić na rozpoczęcie życia od nowa.

We Wspólnocie „Chleb Życia” poznał Tamarę. Pobrali się.

Człowiek od wszystkiego. Organizuje mieszkańcom pracę, odwozi dzieciaki do szkoły i załatwia dziesiątki różnych spraw: od kupna wykładziny po naprawę samochodu. Wszyscy zwracają się do niego: Pan Inżynier. — Jestem fanem organizacji pracy — mówi o sobie.

Kiedyś bezdomni zbuntowali się przeciwko Inżynierowi. Uważali, że poradzą sobie bez niego.

Siostra Chmielewska powiedziała: — Świetnie.

I zaczęła przydzielać mieszkańcom obowiązki Inżyniera. Jednemu kazała rozdzielić pracę na budowie, pojechać po materiały i samemu je załadować. Do tego nakarmić zwierzęta i znaleźć producenta lnu dla przetwórni. Drugiemu — załatwić okna do wymiany, pojechać po chleb i jeszcze coś tam.

Bunt upadł.

Siedzimy z Inżynierem przy stole i razem z bezdomnymi objadamy się kaczką bretońską.

Wykwintna żywność trafia od czasu do czasu do Zochcina. Ofiarodawcami są kupcy i hurtownicy. Gdy wiedzą, że towar nie zejdzie, przed upływem daty ważności przysyłają go Wspólnocie „Chleb Życia”. Inaczej musieliby wyrzucić do śmietnika.

Czasem żywność jest lekko przeterminowana. Wtedy jedzą ją tylko dorośli.

Zdarza się, że do Wspólnoty trafiają specjały z ekskluzywnych warszawskich przyjęć. Kiedyś dostali łososia i najprawdziwsze francuskie sery.

Siostra Chmielewska chwali ofiarodawców, że przyjdzie im czasem do głowy, żeby podzielić się z biedakami, zamiast wyrzucić żywność.

— Cieszę się, jak moi bezdomni jedzą łososia i francuskie sery — powiada. — Ale najczęściej jedzą zupę z wkładką z kurzych korpusów.

* * *

Jego największe marzenie: zostać aktorem.

Prawie wszystko mu się kojarzy z filmem. Ale wątpi, czy marzenie się spełni. Skończył tylko specjalną zawodówkę. Specjalność: operator maszyn i urządzeń przemysłu spożywczego.

Darek, dwadzieścia cztery lata. Najmłodszy z bezdomnych mieszkańców Zochcina.

Wszędzie gdzie trafiał, był najmłodszy. Czy to w schroniskach Warszawy, Poznania, czy innych miast.

Wcześniej był w domu dziecka. O bidulu nie powie nic złego. Darek nie lubi tego słowa. — Ludzie byli tam fajni, pomagali, wychowywali, uczyli życia — mówi o domu dziecka.

O rodzinnym domu mówi niewiele. I nie ma dobrych wspomnień. Najbardziej zapamiętał pijaństwo. Zresztą rodziców prawie nie zna. Tak jak i dwóch starszych braci. Był kiedyś jakiś czas w domu, ale kiedy przestał dostawać rentę socjalną, wyrzucili go. Tak mówi.

— Oni się mną nie interesują, to ja nimi też nie będę się interesował — kwituje.

Do Wspólnoty „Chleb Życia” przywieźli go obcy ludzie spod Warszawy. Mieli hodowlę psów husky. Darek zajmował się nimi. Któregoś dnia, żeby mu pomóc, zawieźli go do siostry Chmielewskiej. Darek jest tu już dwa lata.

Latem pracował w przetwórni i doglądał pomidorów. O świcie albo wieczorem podlewał rosnące pod folią krzaki. Teraz pomaga w kuchni. Do dużego aluminiowego gara nalał wody, wrzucił warzywa i korpusy drobiowe. Dziś ma być rosół.

Na uwagę, że zna się na gotowaniu, Darek odpowiada bez namysłu: — Jak Bogusław Linda.

* * *

Kiedy Tomek karmił inwentarz, Adam i Edward jechali w śnieżycy do pobliskich Nagorzyc. W prowadzonym przez Wspólnotę domu dla matek z dziećmi od kilku tygodni robią remont.

Obaj przyszli do Zochcina cztery miesiące temu. Był duszny czerwcowy dzień. Wykąpali się, dostali obiad i zostali. Nikt nie pytał ich, co robili wcześniej.

Adam, grubo po pięćdziesiątce, dziesięć lat jeździł na TIR-ach, zwiedził kawał świata.

Tyle samo przesiedział w więzieniu.

Był żonaty. Pamięta dobrze ślub i wesele, bo trwało aż trzy dni. — Dwudziesty dziewiąty kwietnia sobota, trzydziesty niedziela i pierwszy maja poniedziałek, też dzień wolny — Adam odlicza na palcach.

Wesele było przeszło trzydzieści lat temu. Po dwudziestu latach małżeństwa odszedł z domu. Pokłócił się z żoną i wyszedł, jak stał. Na odchodnym powiedział, że sobie radę w życiu da.

Radził sobie różnie. Gdy leżał na więziennej pryczy, wiele przemyślał. Zobaczył sporo swojej winy. — Bo która kobieta wytrzymałaby tyle z mężem alkoholikiem? — Adam umie być krytyczny wobec siebie.

A może, myśli czasem, to nie była wcale jego wina? Bo każdy ma w życiu swoje przeznaczenie. — Jak człowiek się rodzi, to ma już zapisane, co go w życiu spotka. I tylko mu się wydaje, że ma wpływ na swoje życie — mówi Adam.

Dlatego nie wszystkiego żałuje. Co przeżył, to jego.

Tylko za dziećmi tęskni. Za córką i synem, dziś już dorosłymi. Ma nadzieję, że uda mu się jeszcze z nimi spotkać.

I chciałby pojechać do Afryki. Był w obu Amerykach, Australii, a w Afryce jeszcze nie.

Edward, młodszy o kilkanaście lat od Adama, bije go stażem w kryminale. Czterdzieści kilka lat życia, z czego połowa za kratami.

Pierwszy wyrok dostał, kiedy ledwo co skończył siedemnaście lat. Trzy i pół roku za włamanie. — Łatwa forsa kusiła — mówi.

Potem były jeszcze trzy wyroki. Ostatni: pięć i pół roku za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Twierdzi, że pobił sąsiada, który znęcał się nad rodziną.

Razem uzbierało się dwadzieścia lat.

Od ostatniej odsiadki minęło pięć i Edward trzyma się na wolności. Mówi, że do więzienia już nie wróci. — Niektórzy rozumieją swój błąd po kilku miesiącach, inni po kilku latach, a ja zrozumiałem po dwudziestu — powiada.

Mówi, że zrozumiał, bo nie chciał umrzeć w więzieniu.

Po ostatnim wyjściu na wolność był bezdomny. Jak inni, wędrował ze schroniska do schroniska. I włóczył się po świecie. Raz wybrał się do Berlina. Czasem złapał jakąś dorywczą pracę i w ten sposób żył. Czasem kradł: przeważnie markowy alkohol w sklepach i potem sprzedawał.

Do stałej pracy przyzwyczaić byłoby mu się ciężko. — Przecież ja nigdy nie pracowałem. Utrzymywałem się z przestępstw — Edward nie skrywa przeszłości.

Ma dziewięcioletnie bliźniaczki. Rodziły się, kiedy szedł ostatni raz do więzienia. Nie ma z nimi kontaktu.

— Jak mnie zabierali, powiedziałem konkubinie, żeby się na mnie nie oglądała i ułożyła sobie życie beze mnie. Jest młoda, nie chciałem jej marnować życia — opowiada Edward.

Twierdzi, że tak jest lepiej.

Córek też nigdy nie widział. Nie chciał, żeby się przyzwyczajały.

I on nie chciał się do nich przyzwyczajać.

Gdy Edward przyszedł do Zochcina, nikt nie pytał go, czy siedział w więzieniu. Nikt nie pytał o widoczne tatuaże. Właśnie to mu najbardziej zaimponowało.

Dlatego został.

* * *

„Pobłogosław, Panie, nas, pobłogosław ten posiłek i tych, którzy go przygotowali i naucz nas dzielić się z innymi” — siostra Małgorzata odmówiła modlitwę i z sześcioma mężczyznami zasiadła do stołu.

Obiad we Wspólnocie „Chleb Życia” to rzecz święta. Punktualnie w południe wszyscy mieszkańcy siadają razem przy stole. — Bo jesteśmy wspólnotą — mówi siostra Chmielewska. — I wszyscy jemy to samo, bo dzielimy ten sam los.

Nie wyobraża sobie, by mogła jeść co innego niż bezdomni w jej domach. Albo mieszkać w luksusach, gdy oni gnieżdżą się na piętrowych łóżkach, a czasem na korytarzach, gdy brakuje miejsc.

— Miałabym przychodzić do nich na parę godzin dziennie i głosić, że ich kocham? — pyta.

Dziś rosół z makaronem, na drugie ziemniaki z wątróbką i surówka z białej kapusty, do picia kompot. Darek z Tomkiem usługują jak wytrawni kelnerzy.

Przy stole zwykła rozmowa. Jak przy rodzinnym obiedzie.

Siostra Chmielewska zżyma się na dziennikarkę z dużej gazety. Udawała bezdomną i spędziła dobę w noclegowni dla kobiet na warszawskich Stawkach. Gdy wychodziła, oznajmiła ze szczerością, że napisze reportaż.

— To świństwo! — burzy się Siostra nad talerzem z rosołem. — Ona nadużyła ich zaufania, bo te kobiety myślały, że jest jedną z nich i rozmawiały z nią swobodnie. Niech zostawi rodzinę, mieszkanie, posadę i spróbuje być jakiś czas bezdomną na serio.

I dalej: — A jak chciała znaleźć haka na nas, to niech najpierw popracuje z bezdomnymi rok, a potem opisuje tych, co poświęcili im całe życie.

* * *

Siostra Chmielewska pojechała po obiedzie do Warszawy.

Pod wieczór wrócił do Zochcina ksiądz Jacek. Też należy do Wspólnoty. Co wieczór odprawia Mszę w kaplicy.

Dziś był na żebrach — to też jeden z jego domowych obowiązków. Tym razem żebrał w Tychach. Przywiózł kilka dużych worków kaszanki, drobiowych kości i całe kartony jogurtów.

— Będzie co jeść — cieszą się mieszkańcy Zochcina.

Ostatnio martwili się, co włożyć do garnka.

* * *

Zbigniew, o którego Tomek tak się niepokoił, wrócił następnego dnia. Spędził trzy dni z córką i wnukami.

Zbigniew chętnie by z nimi zamieszkał. Ale sami wynajmują niewielkie mieszkanie. Niedługo mają dostać socjalne, większe. — Może wtedy się do nich przeprowadzę — mówi.

Nie chce być do końca życia bezdomnym.

Siedzimy przy kolacji. Na stole chleb, żółty ser, przysmażona mortadela, serki topione, masło roślinne i posłodzona herbata w czerwonych plastikowych dzbankach.

Adam każe wyłączyć Darkowi telewizor. — Przy jedzeniu nie oglądamy, bo to niekulturalne — napomina swoim tubalnym głosem.

Przy stole trochę markotno. Rozmowa się nie klei. Wszystko przez Edwarda.

Spakował się po obiedzie i odszedł z Zochcina.

 

opr. aw/aw

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama