Kobiety bardziej religijne od mężczyzn? Fakt czy mit?

„Mężczyźni nienawidzą chodzić do kościoła” – głosił tytuł pewnej książki. Patrząc na frekwencję w naszych świątyniach można by dojść do podobnego wniosku. A jednak nie znaczy to, że mężczyźni są mniej religijni. Problem leży gdzie indziej i nie jest bynajmniej banalny.

Wydana ponad 20 lat temu książka Davida Murrowa „Mężczyźni nienawidzą chodzić do kościoła” wskazywała na kilka powodów, dla których w kościelnych ławkach dominują kobiety, a brak jest mężczyzn. Co ciekawe, rzeczywiste powody nie pokrywają się z odpowiedziami, udzielanymi często na zadawane mężczyznom pytanie: dlaczego nie chodzisz do kościoła. Odpowiedzi te to raczej usprawiedliwienia niż rzeczywiste przyczyny. „Nie mam czasu”, „nie umiem się odnaleźć w kościele”, „jest nudno”, „za wiele tam hipokryzji” – wszystko to brzmi być może wiarygodnie, ale nie dotyka istoty problemu.

Rzeczywiste przyczyny leżą gdzie indziej. Przede wszystkim chodzenie do kościoła nie jest tym samym co religijność, a religijność nie jest tożsama z wiarą rozumianą jako osobowa relacja z Bogiem. Różnice te boleśnie ukazał czas pandemii, po którym do aktywnego uczestnictwa w liturgii wróciło mniej niż 50 procent wiernych. Tak zwana „wiara kulturowa” (która jest raczej typem religijności niż wiary) jest zjawiskiem społecznym, które podlega prawom socjologii. Pandemia odsiała znaczną część osób, które pozostawały w swej religijności jedynie na tym poziomie.

Wśród głębszych przyczyn wymienianych przez Murrowa znajdowało się niedostosowanie liturgii do psychicznych uwarunkowań mężczyzny. Mężczyzna potrzebuje aktywności – tymczasem w świątyni zmuszony jest przez godzinę słuchać tego, co mówią inni, a jego własna aktywność ograniczona jest do przyjmowania postaw i wypowiadania liturgicznych formuł. Można jednak mieć wątpliwości, czy jest to główna przyczyna.

Przede wszystkim problem niższego uczestnictwa mężczyzn w liturgii dotyczy prawie wszystkich Kościołów – nie tylko katolickiego. Biorąc pod uwagę zróżnicowanie liturgii, przyczyną nie może więc być sam jej charakter. Nowe światło na problem rzuca analiza holenderskiego dziennika Nederlands Dagblad.

Jeśli chodzi o statystyki – obserwując różne wyznania w Holandii, faktycznie uczestnikami liturgii i szerzej pojętego życia Kościoła są znacznie częściej kobiety niż mężczyźni (zazwyczaj proporcja wynosi 60 procent do 40). Faktem jest także, że zazwyczaj matki biorą większą odpowiedzialność za religijne wychowanie dzieci niż ojcowie, modlą się częściej i częściej czytają Biblię. A jednak nie oznacza to, że kobiety są bardziej religijne.

Jako istotny czynnik Nederlands Dagblad wskazuje odmienne oczekiwania społeczne wobec kobiet i mężczyzn. Dla mężczyzny priorytetem pozostaje praca zawodowa i utrzymanie rodziny. Wychowanie dzieci, działalność społeczna, budowanie relacji – to natomiast bardziej domena kobiet. Uczestnictwo w życiu Kościoła jest postrzegane jako część tej domeny. Nie chodzi więc o samą religijność ani wiarę, a raczej o odmienne role społeczne – zauważa amerykańska teolog Laura Robinson.

Holenderskie badania prowadzone w 2019 roku ujawniły jeszcze trzy inne powody, dla których kobiety częściej niż mężczyźni uczestniczą w życiu Kościoła. Żaden z nich nie jest bezpośrednio związany z osobistą wiarą.

Pierwszym z nich jest większa świadomość własnego ciała i związanych z nim problemów zdrowotnych wśród kobiet. Analogicznie jest w przypadku problemów psychicznych. To oznacza, że kobiecie łatwiej jest powierzyć troskę o samą siebie komuś innemu (lekarzowi, psychologowi, duszpasterzowi) – mężczyźni zaś przyzwyczajeni są radzić sobie sami ze swoimi problemami. Nie znaczy to niestety, że radzą sobie dobrze – nieraz zwracają się po pomoc dopiero, gdy sytuacja całkowicie wymknie im się spod kontroli, a wtedy na pomoc może być już za późno.

Drugim powodem jest większa potrzeba bezpieczeństwa i skłonność do unikania ryzyka. To są cechy typowo kobiece, odróżniające je od mężczyzn. Kościół postrzegany jest jako środowisko zapewniające bezpieczeństwo w wielu wymiarach – psychicznym, duchowym i społecznym.

Trzecią przyczyną, która wychodzi na jaw w holenderskich badaniach jest nastawienie kobiet na troskę o innych. Innymi słowy, kobiety bardziej koncentrują się na osobach, podczas gdy mężczyźni – na rzeczach i zagadnieniach. To może wyjaśniać większe zaangażowanie kobiet w przykościelnych aktywnościach o charakterze społecznym i opiekuńczym, takich jak Caritas.

Jakie wnioski płyną z holenderskich badań dla duszpasterzy, a także dla samych kobiet i mężczyzn? Przede wszystkim – powodem niższej frekwencji wśród mężczyzn nie jest sam model liturgii. Nie chodzi więc o dokonywanie jakichś zasadniczych zmian w samej liturgii – to nie sprawi, że mężczyźni zaczną tłumnie przychodzić do kościoła. Być może natomiast należałoby pomyśleć nad sposobami bardziej aktywnego zaangażowania mężczyzn w liturgię – zaczynając od bezpośredniej posługi przy ołtarzu (ministranci, lektorzy, psalmiści, nadzwyczajni szafarze) i rozszerzając ją na inne zaangażowania (służba porządkowa, przygotowanie i odczytanie modlitwy wiernych, schola lub chór, posługi techniczne, udział w bractwach eucharystycznych itp.).

Po drugie, wydaje się, że mężczyźni potrzebują więcej indywidualnego podejścia. Duszpasterstwo masowe to za mało. Potrzebna jest formacja, praca organiczna, stwarzanie miejsc, w których mężczyźni będą czuli się potrzebni i będą mogli się rozwijać. Doświadczenie ruchów i wspólnot pokazuje, że w grupach mieszanych mężczyźni są znacznie mniej skłonni otwierać się przed innymi, mówić o swoich problemach czy przeżyciach duchowych – być może więc warto tworzyć w parafiach grupy specyficznie męskie.

Nie można też tracić z oczu potrzeb i talentów kobiet. Dyskusja prowadzona w zeszłym tygodniu w przestrzeni internetu między publicystką Klubu Jagiellońskiego Katarzyną Zarosą a krakowskim metropolitą wskazuje na sporą różnicę w spojrzeniu duszpasterza oraz samych kobiet (zakładając, że stanowisko publicystki jest tu miarodajne). Nie można problemów sprowadzać do tego, czy przy kościele dostępna jest toaleta lub przewijak (choć oczywiście takie praktyczne kwestie warto rozwiązać), ale raczej zastanowić się, jak ułatwić młodym matkom uczestnictwo w liturgii, aby nie czuły się „nie na miejscu” – gdy ich dzieci hałasują, chcą się napić czy zadają głośno pytania.

Na koniec pozwolę sobie przytoczyć pewną sytuację z mojego kościoła parafialnego, która dała mi mocno do myślenia. W trakcie niedzielnej liturgii spostrzegłem dość nietypowy widok: oto przez cały czas trwania Eucharystii maluchem (w wieku około 3 lat) zajmował się tata. Nie stał w miejscu, ale chodził po kościele z synem, pokazując mu stacje drogi krzyżowej, tłumacząc, co w danym momencie robi ksiądz, dlaczego teraz należy przyklęknąć, a później wstać, dlaczego ludzie idą do komunii. Nie było tu miejsca na żadną bierność, ale było to niezwykle aktywne uczestnictwo w liturgii, skoncentrowane na wprowadzeniu dziecka w wiarę. Jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to, co zobaczyłem po wyjściu z kościoła. Zaraz za mną wychodził tata ze swym synkiem. Nagle usłyszałem dziecięce słowa: „tata, ja chcę jeszcze do kościóła” – z płaczliwą nutą w głosie. Czas spędzony z tatą w kościele był dla tego chłopca tak cenny, że chciał go jeszcze przedłużyć. Być może nie trzeba więc wiele zmieniać w strukturach duszpasterskich, a najważniejsza jest przemiana nastawienia samych rodziców? Może właśnie nad tym najbardziej trzeba popracować?

« 1 »

reklama

reklama

reklama