„W środku życia spotykamy śmierć” – po co chodzimy na cmentarze? Dlaczego my, żywi, odwiedzamy zmarłych?

„Media vita in morte sumus” – to średniowieczna antyfona, której sens warto przypomnieć w przededniu uroczystości Wszystkich Świętych i Wspomnienia wiernych zmarłych. Po co właściwie chodzimy na cmentarze? Dlaczego my, żywi, odwiedzamy zmarłych?

Słowa tej antyfony wyryte są nad bramą gliwickiego Cmentarza Centralnego. Przed laty o ich sens pytał mnie mój tata, który teraz spoczywa pochowany  w tej nekropolii. Słowa rozumiałem – wszak na studiach uczyłem się łaciny, ale trudno mi było wyjaśnić ich głęboki sens. Dziś, gdy przechodzę przez bramę cmentarza, sam zastanawiam się nad ich znaczeniem. „W środku życia spotykamy śmierć”. Czy chodzi jedynie o to, że gdy jedni ludzie żyją, inni umierają, odchodzą?

Myślę, że sens tej antyfony jest znacznie głębszy. Śmierć to nie tylko koniec życia, nie tylko moment przejścia z doczesności do wieczności. Brama śmierci, przez którą musi prędzej czy później przejść każdy z nas, powinna być dla nas kamieniem milowym, punktem, do którego zmierzamy, choć nie celem ostatecznym. Śmierć bowiem nie jest końcem, ale „środkiem” drogi naszego życia. Jeśli spojrzymy na ten kamień milowy, jeśli zachowamy o nim pamięć w trakcie życia, z wielkim prawdopodobieństwem można założyć, że będziemy żyć inaczej, żyć lepiej. Życie stanie się dla nas czymś znacznie więcej niż tylko „carpe diem” – chwytaniem chwilowych przyjemności. Mając świadomość celu inaczej będziemy podchodzić do codziennych spraw i wyzwań.

Tydzień temu podczas spotkania w grupie zaangażowanych i świadomych chrześcijan zadałem pytanie: „czy zastanawiałeś się kiedyś nad momentem, gdy u kresu swego ziemskiego życia staniesz przed Bogiem i będziesz musiał zdać sprawę ze swego życia, z tego, jak wykorzystałeś swoje talenty? Czy próbowałeś sobie wyobrazić, co wtedy powiesz Bogu?” Z wielkim zdziwieniem stwierdziłem, że żadna z osób nigdy w życiu nie zadała sobie takiego pytania, nie próbowała sobie postawić przed oczy momentu Sądu Bożego. Okazuje się, że nie tylko ludzie niewierzący, ale także i my – chrześcijanie – jesteśmy tak zdominowani sprawami doczesnymi, że zupełnie tracimy z oczu perspektywę wieczności.

Tymczasem wieczność ma kluczowe znaczenie dla naszych codziennych życiowych wyborów. Św. Ignacy Loyola wśród różnych rad dotyczących rozeznawania duchowego zaleca, aby popatrzeć na swoje życie z perspektywy wiecznej, tak jakbym stał już u progu śmierci czy też przed sądem Bożym: „chcę rozważyć, jakbym już był w godzinie śmierci, tę postawę i tę normę, o których chciałbym wtedy mieć pewność, że je zachowałem (…) wedle tej normy będę postępował teraz” (ĆD 340). Gdy zlekceważymy to zalecenie, stajemy się coraz bardziej ludźmi „natychmiastowej gratyfikacji” – to znaczy żyjącymi bez żadnej perspektywy, skupionymi wyłącznie na chwilowej satysfakcji. Tymczasem, jak pokazuje nawet zupełnie świecka psychologia, nieumiejętność odroczenia nagrody i przyjemności sprawia, że człowiek traci życiowe szanse, nie jest zdolny do podejmowania wyzwań i w każdej dziedzinie odstaje na niekorzyść od swoich rówieśników (Walter Mischel, Eksperyment Stanfordzki – „Marshmallow test”).

„W środku życia spotykamy śmierć” – po co chodzimy na cmentarze? Dlaczego my, żywi, odwiedzamy zmarłych?

Pełny tekst łacińskiej antyfony jest następujący:

Media vita in morte sumus
quem quaerimus adjutorem
nisi te, Domine,
qui pro peccatis nostris
juste irasceris?

Sancte Deus,
sancte fortis,
sancte et misericors Salvator:
amarae morti ne tradas nos

W środku życia spotykamy śmierć
u kogo możemy szukać pomocy,
jeśli nie u Ciebie, Panie,
który przez nasze grzechy
sprawiedliwie się gniewasz?

O święty Boże,
Święty i mocny,
O święty i miłosierny Zbawicielu,
nie wystawiaj nas na gorzką śmierć.

 

Nie bez powodu w jednym zdaniu zawarte są słowa „święty i miłosierny Zbawicielu” oraz „gorzka śmierć”. Dla chrześcijanina, który wpatruje się w Chrystusa – Zbawiciela, który oddał swoje życie na krzyżu i zmartwychwstał, śmierć nie jest końcem, nie jest beznadziejnym przeznaczeniem, nie jest goryczą. Jest bramą do życia – przejściem z jednego życia (doczesnego) do drugiego, doskonalszego.

Po co więc idziemy na początku listopada na cmentarze? Czy tylko po to, aby zapalić znicz i powspominać zmarłych? Jeśli nie wierzymy w życie wieczne, to jakiż sens ma stawianie zniczy na grobach? Zmarłym to w niczym nie pomoże, a my sami narażamy się na zbędny wydatek i niepotrzebnie zaśmiecamy środowisko. Jeśli jednak wierzymy w życie wieczne, to spotkanie ze śmiercią „pośród życia” ma wielki sens. Po pierwsze, możemy wstawiać się za duszami zmarłych, wspierać ich naszą modlitwą. Po drugie – zastanowić się nad swoim własnym życiem. Gdy wpatrujemy się w znicz płonący na grobie bliskiej nam osoby, uświadamiamy sobie, że wszyscy zmierzamy do tego samego celu – ku wieczności. To jednak, jak żyjemy, jak podejmujemy codzienne decyzje, ma kluczowe znaczenie dla tego, jak tę wieczność spędzimy: czy doświadczymy nieskończonej miłości Boga, który pragnie nas mieć w swoim wiecznym domu, czy też odrzucimy ją, skazując się na wieczne oddzielenie od Niego.

Idąc na cmentarz pierwszego czy drugiego listopada, miejmy w pamięci słowa z Listu do Hebrajczyków: „jak postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd, tak Chrystus raz jeden był ofiarowany dla zgładzenia grzechów wielu, drugi raz ukaże się nie w związku z grzechem, lecz dla zbawienia tych, którzy Go oczekują” (Hbr 9,27-28). Niech więc średniowieczna antyfona „w środku życia spotykamy śmierć” nie będzie dla nas czymś groźnym, ale niech stanie się wezwaniem do dobrego życia – w perspektywie spotkania z Chrystusem u naszego ziemskiego kresu.

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama