Bezdomność zaczyna się w dzieciństwie – podkreśla Agnieszka Sikora z fundacji Po Drugie. Jej zdaniem młodzi ludzie, trafiający na ulicę to wynik niewystarczających starań systemu.
14 kwietnia obchodzimy Dzień Ludzi Bezdomnych. Z danych z 2024 roku wynika, że w Polsce jest ponad 31 tysięcy osób w kryzysie bezdomności. Problem rośnie czy spada?
Agnieszka Sikora, założycielka i prezes Fundacja Po Drugie: Te dane należy traktować z dużą ostrożnością. Badania, od lat prowadzone przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, nie są wystarczająco precyzyjne. Samo ministerstwo ma tego świadomość i pracuje nad zmianą metodologii. Organizacje pozarządowe – w tym nasza – podkreślają, że rzeczywista liczba osób w kryzysie bezdomności jest znacznie wyższa.
Dobrym przykładem jest młodzież. Według danych ministerialnych, bezdomnych osób w wieku 18–25 lat jest około tysiąca. Tymczasem tylko do naszej jednej Fundacji w Warszawie co roku trafia około 300 młodych – bo zajmujemy się właśnie wsparciem osób w tej grupie wiekowej. To pokazuje skalę niedoszacowania.
Jeśli chodzi o trend – wszystko wskazuje na to, że problem rośnie, ale bez rzetelnych danych trudno mówić o precyzyjnych liczbach.
Skąd biorą się błędy w tych badaniach?
Problem polega m.in. na tym, że wiele osób pozostaje poza systemem i są „niewidoczne”. Szczególnie młodzi ludzie często nie trafiają do schronisk czy noclegowni. Śpią u znajomych – to tzw. couch surfing, inni przemieszczają się, nocują w komunikacji miejskiej albo na lotniskach.
Nie jesteśmy w stanie ich policzyć, bo nie wiemy, gdzie są. Kluczowy problem to właśnie „niewidzialność” tej grupy, która funkcjonuje poza instytucjami.
Wspomniała pani o couch surfingu. Dlaczego to zjawisko może być niebezpieczne?
Samo nocowanie u znajomych nie musi być niebezpieczne, ale problemem jest brak stabilizacji. Każdy dzień to walka o przetrwanie – kombinowanie, gdzie spać, co zjeść. To odbiera przestrzeń na wyjście z kryzysu.
Zdarzają się też sytuacje, w których młodzi ludzie „płacą” za nocleg – np. seksem. Dlatego uważam, że jak najszybciej powinni szukać bezpiecznego wsparcia systemowego.
Czy bezdomność dzieci to realny problem?
Tak, i to większy, niż nam się wydaje, choć wciąż bardzo słabo widoczny. W przeciwieństwie do dorosłych, dzieci rzadko są „na ulicy”, ich bezdomność często ma ukryty charakter. Część z nich przebywa razem z rodzicami w różnych placówkach – domach samotnej matki, ośrodkach interwencji kryzysowej czy schroniskach. Formalnie mają dach nad głową, ale trudno mówić o stabilności czy poczuciu bezpieczeństwa. To często życie „tymczasowe”, w ciągłym zawieszeniu.
Są też dzieci, które przemieszczają się z miejsca na miejsce – mieszkają kątem u znajomych rodziców, dalszej rodziny, czasem w bardzo trudnych warunkach - zmieniają szkoły, tracą relacje, funkcjonują w chaosie.
Jeśli dziecko zostanie zauważone jako pozostające bez opieki, system reaguje – poprzez sąd rodzinny i pieczę zastępczą. Ale wiele dzieci w ogóle nie trafia do systemu, mimo że żyją w przemocy, zaniedbaniu czy skrajnym ubóstwie. I to jest kluczowy problem: bezdomność dzieci bardzo często nie jest widoczna jako „bezdomność”. Ona zaczyna się wcześniej – od braku stabilnego domu, od przemocy, od braku bezpieczeństwa.
Raporty wskazują jednak, że nawet 20 proc. wychowanków pieczy zastępczej trafia później na ulicę, co zawodzi?
System działa stosunkowo dobrze do momentu, kiedy młody człowiek jest w pieczy zastępczej, czyli zwykle do 18. roku życia. Problem zaczyna się później – w momencie usamodzielniania. Wtedy wsparcie często okazuje się niewystarczające albo niedopasowane do realnych potrzeb młodego człowieka. Wprawdzie dostaje on jakieś środki finansowe, czasem mieszkanie treningowe – ale to często nie wystarcza, żeby poradzić sobie w dorosłości, zwłaszcza jeśli nie ma zaplecza, umiejętności ani stabilnych relacji.
Trzeba jednak jasno powiedzieć, że dziś obserwujemy pewną zmianę: wśród młodych osób w kryzysie bezdomności jest coraz mniej tych, którzy wychodzą z pieczy zastępczej. To dobry sygnał, bo oznacza, że część rozwiązań zaczyna działać. Ale jednocześnie bardzo szybko rośnie liczebność innej grupy – młodych ludzi, którzy nigdy nie trafili do systemu, choć powinni. To osoby wychowujące się w przemocy, zaniedbaniu, chaosie, często zupełnie niewidoczne dla instytucji. I to właśnie oni coraz częściej trafiają dziś na ulicę.
Dlaczego?
Między innymi dlatego, że mamy lukę w przepisach. Państwo przewiduje wsparcie dla młodych opuszczających pieczę – dodatki, programy na usamodzielnienie się. Ale młody człowiek wyrzucony z domu, żyjący w przemocy czy zaniedbaniu, który nigdy nie trafił do systemu, nie dostaje nic ponad standardową pomoc dla dorosłych.
A przecież to nadal młody człowiek, niemal dziecko. W mojej opinii wszyscy młodzi ludzie w kryzysie bezdomności to ofiary systemu – niezależnie od tego, czy byli w pieczy, czy nie. System albo ich nie utrzymał, nie „dowiózł” do szczęśliwego zakończenia, albo w ogóle ich nie zauważył.
Czy istnieje zjawisko „pracujących bezdomnych”?
W tej grupie wiekowej to rzadkie. Zdarzają się pojedyncze przypadki, np. trafił kiedyś do nas chłopak, który pracował jako dostawca i spał w samochodzie. Ale zdarzyło się także, że przedsiębiorca, który zatrudniał naszego podopiecznego, kiedy tylko dowiedział się, że jest on w kryzysie bezdomności, natychmiast go zwolnił. Na szczęście takie sytuacje to margines. Natomiast w większości przypadków trudno mówić o pracy, gdy ktoś nie ma gdzie spać i co jeść. Poza tym najczęściej ci młodzi ludzie nie mają też doświadczenia zawodowego.
Młodzi często maskują swoją bezdomność, kupują markowe ciuchy, kosmetyki, wydają na nie ostatnie pieniądze…
To naturalne. Nikt nie chce się przyznać do braku domu. Poza tym młodzi ludzie często nie utożsamiają się ze stereotypem osoby bezdomnej.
W ich wyobrażeniu to starszy, zniszczony życiem, zaniedbany mężczyzna. Oni myślą: „to jeszcze nie ja”. Dlatego dbają o wygląd, wydają pieniądze na ubrania czy kosmetyki, starają się nie odstawać od rówieśników.
A dlaczego młodzi unikają schronisk?
Bo czują, że to nie jest miejsce dla nich, że do niego nie pasują. Poza tym pójście do schroniska oznacza dla nich przyznanie: „jestem bezdomny”. Wolą wierzyć, że to chwilowy kryzys, że za chwilę zły los się odwróci. Dlatego potrzebne są miejsca przeznaczone dla młodych – takie jak te prowadzone przez naszą fundację.
Jakie problemy dominują dziś w tej grupie?
Największym problemem jest dziś zdrowie psychiczne. Około 90 proc. młodych osób korzystających z naszej pomocy potrzebuje wsparcia psychiatrycznego i psychologicznego. To efekt traum, przemocy, zaniedbań, ale też życia w ciągłym stresie i niepewności. Ci młodzi mają zaburzenia osobowości, depresję, chorobę afektywną dwubiegunową, schizofrenię. Pełna paleta. Uzależnienia nadal są obecne, ale dziś to zdrowie psychiczne wysuwa się na pierwszy plan.
Najpierw należy rozwiązać ich problemy psychiczne, czy przede wszystkim zapewnić mieszkanie?
Najpierw trzeba zapewnić podstawy: dach nad głową, jedzenie, możliwość umycia się. Bez tego nie da się skutecznie leczyć ani pracować nad sobą. Bezdomność to zawsze wieloproblemowość – brak mieszkania to tylko jeden z elementów.
Otworzyli państwo dom dla młodych mam. Jaka jest jego idea?
To jest dla nas bardzo ważny krok, bo widzimy, jak duża jest potrzeba wsparcia tej konkretnej grupy – bardzo młodych kobiet, często dziewczyn, które same jeszcze potrzebują opieki, a już są odpowiedzialne za dziecko. One często „krążą” po systemie. Trafiają do ośrodka interwencji kryzysowej, potem do domu samotnej matki, potem gdzieś jeszcze. Każde z tych miejsc ma swoje ograniczenia czasowe. To nie są przestrzenie do długofalowego budowania stabilności, tylko raczej do przetrwania kryzysu.
My chcemy dać im doświadczenie domu – prawdziwego, codziennego, przewidywalnego. Miejsca, gdzie można się zatrzymać na dłużej, złapać oddech i zacząć układać życie krok po kroku. To jest też bardzo ważne z perspektywy dzieci. Mamy w tym domu maluchy, które już w wieku kilku lat mają za sobą doświadczenie ciągłych przeprowadzek, zmiany miejsc, obcych ludzi. To nie sprzyja rozwojowi ani poczuciu bezpieczeństwa.
Jakie zmiany systemowe byłyby najważniejsze, aby zredukować problem bezdomności w grupie 18-25 lat?
Potrzebujemy rozwiązań dla młodych jako osobnej grupy. Dziś 18-latek trafia do tego samego systemu co 40-latek. Musimy też wypełnić lukę prawną wobec tych, którzy nigdy nie byli w pieczy, a powinni byli otrzymać pomoc.
Pracuje pani z młodzieżą w kryzysie bezdomności od 15 lat. Czy mogłaby pani podać przykłady, kiedy wsparcie młodych zakończyło się sukcesem?
Największym sukcesem nie jest to, że ktoś znajdzie pracę czy wynajmie mieszkanie. To są ważne rzeczy, ale dla mnie przełom zaczyna się dużo wcześniej — w głowie. Bardzo często młodzi ludzie, którzy do nas trafiają, są przekonani, że do niczego się nie nadają. Słyszeli to całe życie — w domu, w szkole, od dorosłych. Wchodzą do nas z takim przekonaniem: „ja i tak niczego nie osiągnę”. I kiedy po jakimś czasie zaczynają mówić: „ja mogę więcej” — to jest moment, który naprawdę robi różnicę.
Pamiętam Adasia. Przyszedł do nas jako chłopak, który był nauczony kombinowania. Wszystko „na skróty”, trochę cwaniactwa, trochę drobnych przekrętów, życie bez zasad - był przekonany, że to jedyny sposób, żeby przetrwać. I nagle, po dwóch latach bycia u nas, przychodzi i mówi: „Pani Agnieszko, zapisałem się do liceum. Tylko proszę się nie śmiać”. Albo Kamil. Chłopak z domu dziecka, który otarł się o narkotyki, różne trudne historie. Jest trzeźwy, pracuje, uczy się zawodu. Naprawia rzeczy — od spłuczek po instalacje — i robi to naprawdę dobrze, zaczyna budować swoje życie. Właśnie dziś będzie zdawał egzamin na prawo jazdy. Mamy też osoby, które poszły na studia, ale zawsze podkreślam: sukces nie musi oznaczać dyplomu uczelni. Sukcesem jest to, że ktoś przestaje być w kryzysie, zaczyna być sprawczy, bierze odpowiedzialność za swoje życie i wierzy, że ma na nie wpływ.
Czy dawać pieniądze osobom proszącym o nie na ulicy alb o „zbierającym na bilet” wśród podróżnych na dworcu?
Nie jestem zwolenniczką takiego wsparcia. Nie wiemy, na co pieniądze zostaną wydane, bardzo prawdopodobne, że na narkotyki, a to raczej nie pomaga wyjść z kryzysu.
Lepiej kupić jedzenie oraz – co jeszcze ważniejsze – porozmawiać i skierować takiego młodego człowieka tam, gdzie znajdzie profesjonalną pomoc, np. do nas.
Czy społeczeństwo może zrobić coś więcej?
Ogromną rolę ma do wypełnienia szkoła. To tam najwcześniej widać sygnały problemów, jakie dotykają młodych ludzi. Nauczyciel, wychowawca, pedagog szkolny są często pierwszymi osobami, które mogą zauważyć, że coś jest nie tak – że dziecko jest chronicznie zmęczone, nie ma gdzie odrabiać lekcji, nagle zmienia zachowanie, wycofuje się albo przeciwnie – staje się agresywne. To są bardzo często pierwsze symptomy kryzysu, który później może przerodzić się w bezdomność. Mówimy o dzieciach, które żyją w przemocy, w chaosie, w ubóstwie, albo takich, które są wyrzucane z domu czy zmuszone do „radzenia sobie” dużo wcześniej, niż powinny. Bezdomność naprawdę zaczyna się w dzieciństwie. To nie jest moment, kiedy ktoś nagle trafia na ulicę jako dorosły człowiek – to jest proces, który trwa latami.
Źródło: 