O pięciorgu dzieciach, dla których Monika i Zdzisław Panek stworzyli specjalistyczną rodzinę zastępczą, mówią: „nieplanowane”. Bo obydwoje mieli inne plany: spokojną emeryturę na wsi. Dziś potwierdzają, że reforma ministerstwa rodziny to kierunek słuszny, ale niewystarczający.
Monika i Zdzisław Panek spod Rzeszowa byli spełnionymi rodzicami. Ich życie było poukładane – praca, dorastające dzieci, spokojna codzienność. Dwie dorosłe córki założyły już swoje rodziny, najmłodszy syn mieszkał jeszcze z nimi. Przez pewien czas opiekowali się także chłopcem w rodzinie zastępczej, bo – jak mówi pani Monika – „syn bardzo chciał mieć brata”.
Chcieliśmy żyć spokojniej
Pewnego dnia pojawiła się myśl o zmianie. Sprzedali mieszkanie i przenieśli się na wieś, do starego, drewnianego domu w Domaradzu niedaleko Rzeszowa. „Zawsze ciągnęło nas w góry. Chcieliśmy żyć spokojniej” – wspomina. Pan Zdzisław przeszedł na wcześniejszą emeryturę, obydwoje oddawali się artystycznej pasji: pan Zdzisław tworzył drewniane zabawki, pani Monika malowała Anioły.
„Myśleliśmy, że pożyjemy sobie tak spokojnie na emeryturze” – wspominają małżonkowie.
Ich życie duchowe było bardzo żywe. Od lat należeli do wspólnoty neokatechumenalnej. To właśnie podczas tzw. wędrownej misji wydarzyło się coś, co okazało się przełomem w ich życiu – nowym powołaniem.
Misja w domu dziecka
Pani Monika wraz z siostrą przemierzała rzeszowskie ulice, bez pieniędzy, zdana tylko na Opatrzność Bożą. Podczas misji pytała Boga o Jego wolę: „co ma dalej w życiu robić?”.
„Poszłyśmy z siostrą do domu dziecka, bo tam też potrzebne jest głoszenie Miłości Boga. Jeden chłopiec bardzo nas odrzucił. Pomyślałam: nie ma sensu na silę głosić mu wiary. Ale w nocy miałam silne przynaglenie – żeby tam wrócić” – wspomina.
Następnego dnia wydarzyło się coś, co Monika do dziś uważa za znak. Podczas porannej modlitwy jutrznią uświadomiła sobie, że chłopiec z domu dziecka – Jakub – tego dnia obchodzi imieniny. „Nie miałyśmy pieniędzy, a chciały zrobić mu prezent. Powiedziałam: Panie Boże, jeśli chcesz mu coś dać, to nam pomóż”. Podczas porannej Mszy świętej, w drodze do Komunii św. podeszła do nich kobieta i dała 50 złotych. „To było jak odpowiedź. Poszyłyśmy do domu dziecka dać mu prezent i powiedzieć Jakubowi, że Bóg bardzo go kocha!” – mówi.
Chory chłopiec
Po powrocie do domu życie toczyło się dalej. Aż do dnia, gdy pani Monika zobaczyła w telewizji krótki reportaż o chorym chłopcu. „Takich apeli widzi się wiele. Ale tym razem coś mnie poruszyło. To był Hubert” – mówi.
Hubert przyszedł na świat przedwcześnie i został porzucony przez biologicznych rodziców, którzy wkrótce zostali pozbawieni władzy rodzicielskiej. Przez pierwsze dwa lata życia chłopiec przebywał pod opieką personelu Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Poruszał się na wózku, wymagał specjalistycznej opieki medycznej, w tym żywienia pozajelitowego.
„Czułam, że Pan Bóg czegoś ode mnie chce, intuicyjnie czułam, że Bóg chce wywrócić moje życie do góry nogami!” – wspomina.
Najtrudniejsze dla pani Moniki było powiedzieć o tym mężowi. „Bałam się bardzo. On miał swój świat, spokojne życie. Kiedy mu powiedziałam, była awantura. „Zwariowałaś! Jesteśmy za starzy” – usłyszałam” – wspomina.
Jeśli to Twoja wola...
Pani Monika nie naciskała, bo wiedziała, że na siłę nikogo do pokochania niepełnosprawnego dziecka się nie przekona. Modliła się cicho: „jeśli to Twoja wola, prowadź nas”. Pewnego dnia po wspólnej modlitwie Zdzisław powiedział: – „Wiesz co… jedźmy do tej Warszawy, spotkajmy się z Hubertem”.
To był przełom. Spotkanie z Hubertem zmieniło wszystko. „Mąż wziął go na ręce… i już było wiadomo, że to jego syn. Od początku było między nimi coś wyjątkowego” – wspomina. W drodze powrotnej pan Zdzisław przyznał: „To chyba wola Boga”.
W 2018 roku sąd ustanowił rodziną zastępczą małżeństwo Monikę i Zdzisława Panek. Prawnicy Ordo Iuris reprezentowali ich w tym postępowaniu, pomagając przejść przez wszystkie formalności, w tym specjalistyczne szkolenie wymagane przy przyjęciu dziecka z niepełnosprawnością fizyczną. Wcześniej skutecznie zablokowali przeniesienie Huberta do placówki dla dzieci z niepełnosprawnością umysłową.
To było naprawdę szalone
Dziś Hubert jest częścią rodziny Moniki i Zdzisława Panek, został przez nich adoptowany, nosi ich nazwisko. Chłopiec porusza się na wózku, ma dziecięce porażenie mózgowe i krótkie jelita, przez co musi być codziennie podłączany do specjalnego żywienia. Wymaga stałej opieki i rehabilitacji.
„To ogrom pracy, ale my tego nie odbieramy jako ciężar. To dla nas radość, że możemy ofiarować komuś nasze życie, możemy dać coś z siebie, pomóc…” – mówią.
Z czasem w ich domu pojawiły się kolejne niepełnosprawne dzieci, dla których małżeństwo spod Rzeszowa stworzyło zawodową specjalistyczną rodzinę zastępczą. Najpierw Monika – dziewczynkę skatowaną przez biologicznych rodziców, która przez 9 lat przebywała w zakładzie opieki leczniczej – a następnie Julia – znaleziona dzięki postowi na Facebooku, spokojna i wrażliwa trzynastolatka z domu dziecka. Dwa lata temu do rodziny dołączyły bliźniaczki: Lena ze spektrum autyzmu i Maja z zespołem Downa, którym także groziło przeniesienie do DPS-u. „To już było naprawdę szalone” – mówi z uśmiechem pani Monika. „Znajomi pukali się w głowę. Ale my czuliśmy, że mamy iść dalej tą drogą” – dodaje.
Dziś państwo Monika i Zdzisław są rodzicami pięciorga dzieci z różnymi niepełnosprawnościami, wożą je codziennie 37 kilometrów do szkoły specjalnej, na rehabilitację i do specjalistów i nie wyobrażają sobie innego życia, także dla dzieci, które przyjęła pod swój dach.
Operacja dla Huberta
Dzięki zaangażowaniu rodziców, którzy szukali pomocy u specjalistów, Hubert zmniejszył stopień swojej niepełnosprawności z umiarkowanej na lekką. Chodzi do trzeciej klasy szkoły specjalnej, nauczył się czytać. Także Julia, dopiero będąc w rodzinie, przeczytała swoją pierwszą książkę, z której jej bardzo dumna. „Wcześniej miała problemy, nie wierzyła, że potrafi to zrobić. Naszym dzieciom cały czas trzeba pomagać w rozwoju, by ciągle szły do przodu w swoim rozwoju” – mówi. „Teraz Hubert stoi przed kolejnym wyzwaniem. Ze względu na spastyczność mięśni jego biodra są na granicy zwichnięcia i wymaga obustronnej operacji. Bez kosztownej operacji nie będzie mógł stabilnie stać ani chodzić” – mówi i dodaje, że można wesprzeć operację na Zrzutka.pl.
Pani Monika nie ukrywa, że czasami bywa trudno. „Autyzm jest dla nas największym wyzwaniem. Szukamy pomocy, uczymy się. Ale też widzę, że to pogłębia moją relację z Bogiem”.
Dom nie był przystosowany do niepełnosprawnych dzieci – sami zbudowali podjazdy, stworzyli salę rehabilitacyjną, szukali pomocy w fundacjach. „Państwo niewiele pomaga. Ale jak się chce, to się da. A właściwie – to Pan Bóg daje” – mówią.
Reforma dobra, ale...
Ich historia wybrzmiewa szczególnie mocno w kontekście planowanej reformy systemu pomocy społecznej. Ministerstwo Rodziny zapowiada odejście od opieki instytucjonalnej na rzecz wsparcia rodzin. Jak podkreśla: „dzieci powinny wychowywać się w rodzinach, a nie w instytucjach – także dzieci z niepełnosprawnościami”.
Dla pani Moniki to kierunek słuszny, ale niewystarczający. „Jest kryzys rodzin zastępczych. Szczególnie brakuje tych specjalistycznych. Powinno się ułatwiać ich tworzenie” – mówi.
Jej własna droga była długa. „Wydeptywałam ścieżki i czekałam kilka lat, żeby przejść specjalistyczne szkolenie” – wspomina. Dziś podkreśla, że największym problemem jest codzienność: „Potrzebny jest łatwiejszy dostęp do specjalistów. Wszystkie nasze dzieci stoją w kolejkach, a diagnoza małego dziecka potrafi trwać latami...”.
Brakuje też realnego wsparcia dla rodzin. „Nie możemy wyjechać na urlop, choć mamy to zapisane w umowie. W praktyce to nie działa. Potrzebne są rodziny pomocowe i traktowanie nas po partnersku” – dodaje.
A jednak, mimo trudności, nie żałują. „Nie jesteśmy herosami. Mamy kryzysy. Ale dzieci widzą, że jesteśmy i że je kochamy. I to jest najważniejsze” – mówi pani Monika.
Dziś Monika nie maluje już obrazów. „Nie maluję farbami. Maluję życie moich dzieci” – mówi.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.