Ks. Cisło: Bliski Wschód się radykalizuje. Jako chrześcijanie musimy głosić tam Chrystusowe przesłanie pojednania

Nasilająca się radykalizacja nastrojów i polaryzacja społeczna w Ziemi Świętej i sąsiednich krajach sprawia, że chrześcijanom coraz trudniej realizować tam misję Kościoła. Nie możemy jednak przestać głosić Chrystusowego przesłania i wzywać do dialogu — mówi ks. prof. Waldemar Cisło.

Ostatnia agresja Hamasu na Izrael i wejście Sił Obronnych do Strefy Gazy stawiają na porządku dziennym pytanie o szanse i warunki trwałego pokoju na Bliskim Wschodzie?

Bliski Wschód to temat niezmiernie trudny. Dość przypomnieć starania dyplomacji watykańskiej i osobiście Jana Pawła II, w celu zapobieżenia interwencji sił sprzymierzonych w Iraku. Dziś dobrze rozumiemy, że zmieniło się wiele, ale niekoniecznie na lepsze. Przytoczę moją rozmowę z kardynałem Luisem Sako; nie było wolności, ale dzieci chodziły do szkoły, szpitale przyjmowały chorych, a tutejsze kobiety nie niepokojone wracały z bazaru do swoich domów. Dzisiaj w warunkach destabilizacji, zamachów bombowych i przerw w dostawach prądu, narasta poczucie zagrożenia, a jedyna trwała „zdobycz” to wybory co, wszakże nie zmienia faktu, że po opuszczeniu terytorium Iraku przez jeden z kontyngentów odkryto znaczne ilości kart do głosowania. Specyfika relacji klanowych sprawia, że wybory rozumiane wedle zasad liberalnej demokracji nie mają praktycznego zastosowania do tutejszych realiów. Syria od 12 lat targana przez wojnę jest państwem upadłym, podtrzymywanym jedynie przez siły zewnętrzne. Niedawna wizyta wysokiej rangi przedstawiciela Iranu dawała pewne nadzieje, ale to w chwili obecnej już przeszłość. Moje osobiste doświadczenie z Libanu, gdzie Izrael w odwecie ostrzeliwał przygraniczne miejscowości, uświadomiło mi z całą ostrością dramatyzm sytuacji. Notabene od czasu rosyjskiej agresji w Ukrainie, my Polacy nie jesteśmy tu postrzegani życzliwie, jako że Putina odbiera się tu jako sprzymierzeńca sprawy arabskiej.

Ojciec Święty Jan Paweł II wiele troski i uwagi poświęcał działaniom na rzecz pojednania chrześcijan i muzułmanów.

Echa Jego wizyty w Damaszku są żywe w tutejszej społeczności po dziś dzień. Pomimo tego, że chrześcijanie dziesięciu obrządków, z czego cztery to prawosławne, a sześć katolickie, stanowią jedynie 10 proc. ludności, a nawet w świątyni obrządku melchickiego większość zgromadzonych na liturgii stanowili muzułmanie. Misja chrześcijan to edukacja, działalność charytatywna, prowadzenie szpitali, pomoc potrzebującym, co zjednuje im sympatię i obie społeczności żyją w poczuciu wzajemnego szacunku.

Czy zatem tak należy definiować misję Kościoła na Bliskim Wschodzie?

Myślę, że jest ona bardziej złożona, rzekłbym ukształtowana przez wielowiekową tutaj obecność, czego wyrazem są modlitwy o pokój dla Jerozolimy. Natomiast w miejscu spotkania trzech wielkich religii mamy raczej do czynienia ze źródłem konfliktów niż szansami trwałego pokoju. Nie zwalnia nas to z powinności realizowania misji Kościoła, co podkreślał Benedykt XVI w adhortacji apostolskiej Ecclesia in Medio Oriente. Pisze w niej, że pielgrzymowanie od zarania wiary chrześcijańskiej na tej „błogosławionej ziemi” jest świadectwem i owocem życia w komunii z Bogiem.

Jak w tym kontekście postrzega ksiądz profesor źródła radykalizowania się potomków muzułmańskich imigrantów w krajach liberalnej demokracji w Europie?

Odwołam się do osobistego doświadczenia. Od czasu studiów regularnie odwiedzam jedną z niewielkich parafii na terenie niemieckiej archidiecezji Padeborn. W sześciotysięcznym miasteczku zgodnie zamieszkiwali miejscowi, przybysze z Kazachstanu — potomkowie Niemców Nadwołżańskich i społeczność muzułmańska. Na przestrzeni lat, kiedy odprawiałem msze w sobotę i dwie w niedzielę, kościół się wyludnił i dzisiaj nabożeństwa stanowią ewenement, co ma związek z gwałtowną laicyzacją. Jednak trzy społeczności, kiedyś posyłające dzieci do tej samej szkoły, dzisiaj są podzielone. W spokojnym niegdyś miasteczku po godz. 14.00 mało kto wychodzi dzisiaj na ulicę. Cały kłopot w tym, że pojmowanie świata, tak jak go widzą muzułmanie, obejmuje wszystkie sfery aktywności, co nie pozostawia przestrzeni na kompromis.

Czy Jerozolima, z racji szczególnego statusu za sprawą miejsca spotkań trzech wielkich religii, może stać się miejscem pojednania?

O tym mówimy od czasu wypraw krzyżowych. Papież Franciszek czyni wiele na rzecz ekumenizmu, ale nawet w samym Kościele nie zawsze spotyka zrozumienie. Żydzi uznają tylko Świątynię Salomona, zatem przestrzeń porozumienia wydaje się iluzoryczna. Dzisiaj w Ziemi Świętej stanowimy jedynie 1 proc. populacji, a polityka państwa Izrael jest nieprzejednana. Nie brak aktów przemocy, czego w Jerozolimie doświadczyły siostry elżbietanki. W Betlejem zakon kontemplacyjny przed napaścią chroni mur, który trzeba było w ostatnim czasie podwyższyć. Pielgrzymi też nie mogą czuć się pewnie, pomimo obecności wojska.

Te fakty nie wróżą dobrze dialogowi z judaizmem, czy perspektywie poprawy sytuacji katolików w Izraelu?

Ostatnie wydarzenia sprawiły, że nastroje się polaryzują. Także rezolucja ONZ nie spotkała się z powszechnym poparciem, bowiem nie kwestionując prawa Izraela do obrony, społeczność międzynarodowa oczekuje zaprzestania aktów przemocy, których ofiarą padają starcy i dzieci. Taktyka Hamasu polegająca na używaniu cywilów w charakterze żywych tarcz nie usprawiedliwia łamania konwencji dotyczących prowadzenia wojny w sposób chroniący życie i zdrowie tych, którzy nie uczestniczą w działaniach zbrojnych. To kolejny argument przemawiający za koniecznością utrzymywania dialogu, nawet gdy więcej nas dzieli niż łączy. Alternatywą jest przemoc, na którą nie może być przyzwolenia. Musimy wspólnie wypracować rozwiązania, które pozwolą nam egzystować obok siebie w duchu wzajemnego poszanowania.

Rozmawiał: Maciej Małek

 

Opr. na podst. Nowy Świat 24

« 1 »

reklama

reklama

reklama