Nie egoizm, lecz system. Przez „chciwą pracę” nie rodzi się więcej dzieci – tłumaczy indyjski jezuita

O. Kuruvilla Pandikattu SJ ostrzega: problem demograficzny jest pochodną znacznie większego problemu: toksycznego podejścia do pracy zawodowej, narzuconemu społeczeństwom całego świata przez wielkie korporacje. W tej obłąkańczej wizji ekonomii dziecko staje się ciężarem nie do uniesienia. Pronatalizm nie ma szans powodzenia, dopóki ignorujemy ten podstawowy problem.

Problem spadających wskaźników urodzeń staje się tak powszechny, że dostrzegają go nawet te same agendy, organizacje i instytucje, które jeszcze kilkanaście lat temu wzywały do ograniczenia populacji świata. Nadal jednak nie dostrzegają, na czym polega istota problemu, mówiąc o „populacji”, jakby chodziło tylko o statystykę, o teoretyczny wykres, który należy popchnąć w górę. Chodzi jednak o coś znacznie więcej, zauważa o. Pandikattu. Jeśli wsłuchać się w głosy kobiet, okazuje się, że na całym świecie przeżywają one podobne problemy.

„To żmudna arytmetyka godzin, czynszu, dojazdów, opieki nad dziećmi, opieki nad osobą starszą, lęku zdrowotnego i poczucia, że życie stało się bieżnią, na której nie wolno nakładać na siebie żadnego dodatkowego ciężaru”.

Raport Funduszu Ludnościowego ONZ (UNFPA) z 2025 roku mówi urzędniczym językiem o „kryzysie agendy reprodukcyjnej”: miliony kobiet na całym świecie nie mogą mieć tylu dzieci, ile by chciały, ponieważ ograniczają je niepewność ekonomiczna, brak mieszkania, brak zatrudnienia oraz „seksistowskie normy” (UNFPA, 2025a).

Zarówno ta odgórna, urzędowa perspektywa, jak i oddolna wskazują na ten sam problem: nie chodzi o to, że ludzie są samolubni i nie chcą mieć dzieci, ale, że żyją w świecie, który wymusza od nich pracę ponad siły, nie dając jednocześnie perspektyw jakiejkolwiek życiowej stabilności.

Czy można oczekiwać od chciwych korporacji, że ten stan rzeczy się zmieni? Czy można oczekiwać od państw, że ograniczą korporacyjną chciwość? Na te pytania w obecnej chwili trudno udzielić pozytywnej odpowiedzi. Tym bardziej więc Kościół powinien przypominać całemu światu zasady swej nauki społecznej, a być może – część z nich przeformułować tak, aby jaśniej odnosiły się do obecnej sytuacji społeczno-ekonomicznej.

„Chciwa praca” – to nie metafora, to struktura naszych społeczeństw

Indyjski jezuita wskazuje na publikacje Claudii Goldin, nagrodzonej Noblem w 2023 r., które nazywają po imieniu patologiczne mechanizmy rządzące współczesnymi społeczeństwami. Pojawia się w nich pojęcie „chciwej pracy”, czyli wymuszania na pracownikach rezygnacji z życia osobistego i rodzinnego, a zamiast tego nieustannej dostępności dla pracodawcy. Ci, którzy zgadzają się na ten mechanizm, są obficie wynagradzani, ci zaś, którzy próbują pogodzić życie rodzinne z zawodowym, są karani niskimi płacami lub zwolnieniami. Dla matki małych dzieci „elastyczność” oznacza, że będzie mogła się nimi zajmować, kiedy zachodzi potrzeba; dla pracodawcy „elastyczność” oznacza, że ma być gotowa pracować zawsze, kiedy tego zażąda, rano, wieczór, a nawet w nocy, w tygodniu i w weekendy.

Ostatecznie więc problem nie polega na tym, że kobiety nie chcą mieć dzieci – sugeruje o. Pandikattu, ale że żyjemy w społeczeństwie, które karmi się zakłamaniem. Mówi się nieustannie o „równouprawnieniu”, stwarza się kobietom możliwości edukacyjne i zawodowe, a jednocześnie nie stwarza się kobietom realnej możliwości godzenia życia zawodowego z opieką nad dziećmi. Jej wyrazem byłby grafik pracy dostosowany do trybu życia matki, zapewnienie opieki przedszkolnej, dostępność miejsc pracy w pobliżu miejsca zamieszkania i odpowiednie wynagradzanie pracy kobiet – nie tylko tych, które oddały całe swe życie korporacji, ale także tych, które realizując swoje powołanie macierzyńskie służą całemu społeczeństwu, wychowując następne pokolenie obywateli.

„Diagnoza etyczna brzmi więc następująco: zbudowaliśmy gospodarkę opartą na pracy kobiet, a jednocześnie nadal zachowujemy się tak, jakby opieka nad dziećmi była nieograniczonym, darmowym zasobem, zapewnianym przez kobiety, który nie podlega księgowaniu”.

Jeśli społeczeństwo chce dzieci, musi zrobić dla nich miejsce

Kościół, wypowiadając się pozytywnie o macierzyństwie i zachęcając do niego kobiety, musi uważać, aby jego przesłanie uwzględniało obecną sytuację społeczno-ekonomiczną. Same zachęty do macierzyństwa w sytuacji, gdy społeczeństwo funkcjonuje na patologicznych zasadach, nie pomogą. Trzeba też mówić jasno o niesprawiedliwych, nieetycznych i nieludzkich mechanizmach, które niszczą nasze społeczeństwa.

Tak też uczynił Papież Franciszek, przemawiając w 2024 r. na spotkaniu pro-rodzinnym w Rzymie. Wzywał Włochów do posiadania większej liczby dzieci, ale jednocześnie powiązał wskaźniki urodzeń z konkretnymi niezbędnymi reformami – bezpieczeństwem pracy, mieszkaniami, polityką w miejscu pracy, które pozwalają na macierzyństwo bez zmuszania kobiet do poświęcania kariery.

Mówiąc krótko: jeśli społeczeństwo chce dzieci, musi zrobić dla nich miejsce; A jeśli społeczeństwo szanuje matki, musi przestać je karać za to, że są matkami.

W kontekście indyjskim, w którym pisze swój tekst o. Pandikattu, jest to równie ważne, jak we Włoszech. Nie wystarczy mówić pozytywnie o macierzyństwie i wartościach rodzinnych, milcząc jednocześnie na temat toksycznej kultury pracy, która traktuje pracowników jak części wymienne. Kościół musi w tej sytuacji być orędownikiem etycznego podejścia do pracy – tego domaga się sprawiedliwość.

Czy oznacza to, że potrzeba kolejnej encykliki na miarę dziewiętnastowiecznej „Rerum novarum”? Niekoniecznie. Być może wystarczy odwołanie się do „Laborem exercens” Jana Pawła II, która wskazuje wyraźnie na konieczność dowartościowania podmiotowego wymiaru pracy, zamiast patrzenia wyłącznie na „produktywność” i odniesienie tego do współczesnych problemów. Z pewnością jednak wszyscy, zarówno duchowni, jak i świeccy, którym bliska jest postawa pro-life, powinni dostrzec, że problemy te mają nie tylko charakter indywidualny, ale społeczny, systemowy. Bez nazwania po imieniu zła o wymiarach społecznych i przeciwstawienia się mu, pronatalizm nie ma wielkich szans powodzenia.

Czas skończyć z hegemonią ekonomii

Tragedią nie jest tylko to, że rodzi się mniej dzieci. Tragedią jest to, że wielu ludzi, którzy mogliby chcieć mieć dzieci, nie potrafi sobie wyobrazić, jak mogliby to osiągnąć w obecnej sytuacji społeczno-gospodarczej. Gdy społeczeństwo patrzy wyłącznie na wyniki ekonomiczne, rodzicielstwo staje się prywatnym hobby, dostępnym dla nielicznych. Nietrudno zauważyć, że w ten sposób społeczeństwo traci podstawy swego istnienia – i że skupienie się wyłącznie na wskaźnikach ekonomicznych jest wyjątkowo krótkowzroczne. Zasada maksymalizacji zysku i minimalizacji kosztów jest dramatycznym uproszczeniem, bo w praktyce oznacza ignorowanie kosztów, które nie podlegają księgowaniu: degradacji środowiska, szkód na psychice i życiu rodzinnym pracowników, spychania na margines wszelkich przejawów życia społecznego i osobistego, które nie przynoszą zysku finansowego.

Niestety rzeczywistość jest dziś kształtowana nie tyle przez państwo, co przez wielkie korporacje, które zdominowały rzeczywistość społeczno-ekonomiczną w niemal każdej dziedzinie. To one tworzą reguły gry, a mniejsi gracze muszą się do tych reguł dostosować albo tracą swoje miejsce na rynku. Państwa zaś rzadko mają odwagę przeciwstawić się drapieżnej polityce korporacji, a zamiast tego mnożą przepisy utrudniające funkcjonowanie małym i średnim firmom (a jako konkretny przykład podać można tu narzucenie systemu KSeF w naszym kraju).

Kończąc swój felieton, o. Pandikattu wskazuje, że szczególnie pilnym zadaniem dla Kościoła jest dziś nie tylko zachęcanie do rodzicielstwa, ale także wskazywanie na powody, dla których posiadanie dzieci zaczyna być postrzegane jako „akt samozagłady” w wymiarze ekonomicznym.

Sprowadzanie życia społecznego do samej ekonomii jest tak poważnym błędem, że trzeba mówić o nim głośno i nieustannie. Zniszczenie życia rodzinnego nie może być ceną, którą płacimy za nieustannie rosnące zyski wielkich korporacji. Ostatecznym efektem chciwego korporacyjnego kapitalizmu będzie bowiem nie tyle indywidualna samozagłada tych, którzy odważą się mieć dzieci, co zbiorowa samozagłada społeczeństw, które zapomniały o tym, że ich istnienie nie kończy się na obecnym pokoleniu i że trzeba zwracać uwagę na coś więcej niż tylko wyniki finansowe za ostatni kwartał.

Dr Kuruvilla Pandikattu SJ (ur. 1957) jest jezuitą z prowincji Dumka-Raiganj. Były profesor fizyki, filozofii i religii w Jnana Deepa w Pune oraz profesor etyki biznesu w XLRI Jamshedpur, autor 37 książek, redaktor 33 książek oraz autor 240 artykułów naukowych.

Źródło: UCA News

 

« 1 »