Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Zbigniew Mentzel

TORPEDA



Z dziennika "Mój rok 1998..."

Tamtego roku, w połowie lat pięćdziesiątych, matka zadecydowała, że wynajmie nam w Sopocie "coś odpowiedniego" na letnisko i na cały sierpień pojedziemy torpedą nad morze, raz przynajmniej wypocząć w przyzwoitych warunkach - "wypocząć jak ludzie, a nie jak zwierzęta".

Poprzednie wakacje, pierwsze wspólne wakacje, jakie pamiętam, spędziliśmy na rodzinnych wczasach pracowniczych, które ojciec, po złożeniu podania, życiorysu i poparcia przewodniczącego zakładowych związków zawodowych, otrzymał w Profilaktycznym Domu Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej w Wólce Przybojewskiej. Choć miejscowość ta, o nazwie nie do znalezienia na żadnej z map, oddalona była od Warszawy o czterdzieści kilometrów, podróż do niej zabrała pół dnia: jechaliśmy autobusem pekaesu, który psuł się kilka razy po drodze, a potem furmanką, która zabierała wczasowiczów na raty z przystanku.

"Wypoczywam! Boże, jak ja już wspaniale wypoczywam!" - matka powtarzała przez drogę z sarkastycznym uśmieszkiem, a na miejscu, kiedy okazało się, że mieszkać mamy w przerobionych czworakach dworskich i że w naszym pokoju są skrzypiące sienniki na łóżkach, roje much, dzbanek zimnej wody do mycia, wyszczerbiona miska zamiast umywalki - zacisnęła usta i na długo przestała odzywać się w ogóle.

- Przecież wcale nie jest tu najgorzej. Można wytrzymać. Czego ty właściwie oczekujesz dziesięć lat po wojnie? - próbował pocieszać matkę ojciec i dodawał, że na wczasy pracownicze chciałby jeździć z nami co roku, bo wychodzi to najtaniej, a on kraść jak inni nie potrafi i na luksusowy kurort go nie stać.

- Jak cię na nic nie stać, to nie trzeba było się żenić! I nie trzeba było mieć dzieci! - wybuchała matka, wysuwając bez namysłu zabójcze argumenty. - Mogłeś ostatecznie pożyczyć jakieś pieniądze... Czy ty nie rozumiesz, że ja w takim kołchozie się duszę. I że dzieci złapią tutaj w końcu jakąś chorobę...

- Eeee, gadanie austriackie... O tym, co to jest prawdziwy kołchoz, to ty nie masz zielonego pojęcia - ojciec machał z irytacją ręką, a potem wyjaśniał, że pożyczkę wziął przecież na telewizor pół roku temu i nie zdążył jeszcze spłacić ostatniej raty.

Kiedy minęły dwa tygodnie i furmanka z powrotem powiozła nas na pekaes, matka cieszyła się jak dziecko:

- No, nareszcie... Noga moja tutaj więcej nie postanie, W przyszłym roku pojedziemy torpedą nad morze. Pojedziemy, choćbym miała wyprzedać się ze wszystkiego. Zobaczycie!

Żeby zdobyć pieniądze na wyjazd matka dała w komis ulubiony swój obraz, który wisiał nad pianinem w ciężkich pozłacanych ramach. W naszym domu było kilka olejnych obrazów, ale tylko tamten, zamiast smutnych zimowych pejzaży, pól bitewnych i konnych jeźdźców, przedstawiał potężne drzewa, których prześwietlone słońcem korony niczym skrzydła Żar-
-Ptaka migotały niezwykłym blaskiem. Grając na pianinie, matka podnosiła zawsze oczy, wpatrywała się w obraz i jej twarz stopniowo nabierała podobnego blasku. "Geniusz światła. Wielki artysta" - mówiła z podziwem. Kiedy podobało jej się coś naprawdę, w pochwałach nie znała miary.

Obraz za zupełnie przyzwoitą sumę udało się sprzedać we właściwym czasie i matka uznała, że pieniędzy starczy nam na niezbędne wydatki, a może i na coś ekstra. Przed samym wyjazdem kupiła nam wszystkim modne okulary przeciwsłoneczne, sobie zaś sprawiła na bazarze granatowy kostium kąpielowy i wzorzystą apaszkę. Masło kakaowe do opalania dziadek produkował według własnej receptury i prawie kilogram dostaliśmy od niego w prezencie.

Nigdy w życiu nie byłem nad morzem i cieszyłem się, że po raz pierwszy zobaczę prawdziwe fale, port, meduzy, statki stojące na redzie, wracające z połowu kutry, a najbardziej chyba cieszyłem się, że nad morze pojedziemy torpedą - ekspresowym pociągiem, któremu lokomotywa napędzana silnikiem diesla, na trasie Warszawa-Gdynia pozwalała podobno rozwijać wprost niewiarygodną prędkość. "Pojedziemy torpedą. Torpedą" - powtarzałem z upodobaniem i już samo brzmienie tego słowa przyprawiało mnie o dreszcz emocji.

Kiedy wyszło na jaw, że bilety na torpedę sprzedawane są bez miejscówek i kiedy na dworcu zobaczyliśmy, ilu podróżnych czeka na peronie, matce ze zdenerwowania wystąpiły na szyi czerwone plamy. Ekspres miał być podstawiony za godzinę, ale ludzie najbardziej przezorni dawno już zajęli miejsca jak najbliżej toru, przesuwali pod nogami bagaże i nieufnie taksowali się nawzajem wzrokiem, oceniając swoje szanse.

- Nie ma rady... Wskoczysz w biegu do pociągu, wrzucisz do przedziału walizki i zajmiesz nam miejsca! - poleciła matka ojcu, który spojrzał na nią jak na kogoś niespełna rozumu, w popłochu ogarnął wzrokiem nasze dwie ogromne walizy oraz niezliczoną ilość toreb, siatek i drobniejszych pakunków i zapytał:

- Jak ty sobie to właściwie wyobrażasz?

- Jak? Jak? Ja ci zaraz pokażę, jak to zrobi prawdziwy mężczyzna - wykrzyknęła matka w desperacji, wyciągnęła z torebki pięćdziesiąt złotych, podbiegła do robotnika, który w wyświechtanym kolejarskim mundurze stukał niedaleko młotkiem w szyny, zaczęła tłumaczyć mu coś, obficie gestykulując, robotnik zrozumiał, skinął głową, podszedł do nas, chwycił rączki obu naszych ogromnych walizek i sprężając muskuły zbierał się w sobie.

Srebrzysta torpeda wpadła na peron znienacka, nie zapowiedziana przez megafon, nie zdążyła wyhamować we właściwym miejscu i z rozpędu zatrzymała się daleko na torze; w oknach widać było pełno ludzi, którzy nie wiadomo jakim cudem znaleźli się w środku i z triumfem krzyczeli do swoich na peronie. Muskularny nasz pomocnik zagapił się, rozdziawił ze zdumieniem usta, dał się zepchnąć na bok ciżbie, która puściła się biegiem, porzucił walizki i zaczął uciekać w odwrotnym kierunku. W mgnieniu oka zobaczyłem jeszcze, jak ojciec podbiega do walizek, chwyta je i purpurowy z wysiłku rusza w rozpaczliwą pogoń za pociągiem, wmieszany w tłum... Nie pamiętam, co było dalej. Zasnąłem? Straciłem przytomność?

Kiedy otworzyłem oczy, matka siedziała w przedziale i trzymała mnie na kolanach. Ojciec i moja siostra stali w dziwnych pozach na korytarzu, wsparci na walizkach. Torpeda zaczynała nabierać szybkości, jechaliśmy przez las, migające za oknem drzewa mieniły się w słońcu; zobaczyłem, że matka płacze, łzy płynęły jej po twarzy i spadały na wzorzystą apaszkę, którą kupiła na wyjazd. Dlaczego płakała? Czy zrobiło się jej żal ulubionego obrazu, sprzedanego obrazu Leona Wyczółkowskiego? Może płakała ze szczęścia?

Zaczynały się wakacje. Jechaliśmy nad morze tak, jak obiecała. Jechaliśmy torpedą.

poniedziałek, 31 sierpnia



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: opowiadanie Sopot letnisko morze
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W