Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Maciej Grabski

Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy

ISBN: 978-83-240-1448-4
wyd.: Wydawnictwo ZNAK 2010

Spis wybranych fragmentów
Żeby tak wysoko zajść... *
Dobrze, że jesteś Józiu
Proboszcz siedział przy biurku w gabinecie
Południowe spotkanie z Radą


— Dobrze, że jesteś Józiu.

Bialik aż drgnął, gdy usłyszał głos Jakuba. Chrapliwy, słaby i obcy. Biskup uniósł się nieco na łokciach, jego sekretarz podłożył mu pod plecy poduszkę. Szepnął coś, czego Bialik nie dosłyszał. Sekretarz zerknął jeszcze raz na biskupa, położył w zasięgu jego ręki stojący dotąd na stole mały, mosiężny dzwonek i wyszedł z pomieszczenia cicho zamykając drzwi. Bialik odetchnął głośniej.

— Jak się miewasz, Kuba? — zapytał.

Jakub przywołał go do siebie chwiejnym gestem dłoni. Bialik przysiadł na łóżku. Zobaczył straszliwą bladość biskupa, skóra na jego twarzy, dawniej tylko pociągłej, przypominała teraz opięty na czaszce welin.

— Umrę, Józiu. Wiesz o tym, bo przyjechałeś.

Głos Jakuba był jakby mocniejszy. Bialik kiwnął głową.

— Mam swoje lata. Wiem, że wszyscy pomrzemy. Dobrze, że mnie wpuścili. Ostatnio się nie udawało.

Jakub uśmiechnął się z wysiłkiem.

— Przegrali. Ja idę na sąd, oni — w nicość. Wiesz, że próbowali nas zniszczyć. Głupcy, głupcy jeszcze więksi ode mnie, wystarczyło poczekać na moją śmierć. Zabrakło cierpliwości. To jest ostatnia lekcja, Józiu. Nie wystarczy działać, pociągać za sznurki. Trzeba umieć poczekać. Tylko jeden umiał, i to on wygra. Ale jeszcze nie teraz, nie teraz...

Przerwał, zadyszany. Po chwili wyrównał oddech i mówił dalej:

— Napisałem do Chaima, że niedługo umrę. Dawno nie pisałem po hebrajsku, mam nadzieję, że zrozumiał. Pewnie nie przyjedzie, jest stary i chory. Pomodli się za mnie, to nawet lepiej niż gdyby przyjechał. Napisałem też, że jeśli proboszcz w Gródku się zgodzi, chcę być tam pochowany. Jeśli się zgodzi. To samo jest w moim testamencie.

Bialik aż się poderwał:

— Kuba, przecież wiesz, że się zgodzi. Nie może być inaczej.

Jakub oddychał szybko, nieregularnie. Coraz trudniej było mu mówić.

— Wyrządziłem mu krzywdę. Nie rozumiałem, co robi. Powtarzam, jestem głupcem. Nie poznałem się na nim nigdy. Wydawało mi się, że to jeden z tych księży którzy są porządni na tyle, by nie szkodzić, że wystarczy ich tylko trochę ociosać. Dopiero teraz, gdy widzę to wszystko... zaczynam rozumieć, że on ma ducha Bożego który doświadcza i nawraca. Rozumiesz? Nie, nie rozumiesz, Józiu, i dobrze. Ja też nie rozumiem tego wszystkiego. Gdybym wtedy pokazał go Chaimowi, wiedziałbym. Chaim miał dar, rozpoznawał ludzi, mówił, że widzi jak na głowach niektórych trzyma swoją dłoń Jahwe Pan...

— Na twojej też, Kuba, zobaczył — dokończył z uśmiechem Bialik. — Odpocznij chwilę.

Jakub skrzywił się w grymasie bólu.

— Nie rozumiesz, Józiu. Nie zobaczył. Wiem, że nigdy nie zobaczył. Ja jestem inny. Boję się gniewu Bożego. Powodowałem ludźmi jak jeździec powoduje koniem. Traktowałem ich jak marionetki, łamałem ich wolę w imię prawdy. A coż to jest prawda? Boję się, ale ja muszę to robić, muszę zmieniać świat....

Znów przerwał. Bialik próbował oponować:

— Kuba, dawałeś miejsce tym, którzy, jak mówisz, mają na głowie dłoń Pana Boga. Kto powołał Rafała? Kto powołał tylu innych księży, kto im pomagał, kto ich ochraniał?

— Nie rozumiesz, Józiu — powtórzył chrapliwie biskup. Nadal oddychał ciężko, z wysiłkiem. — Nieważne. Powtórz to wszystko Rafałowi. Weź dla niego coś. Leży w lewej szufladzie. Zabierz to stamtąd już teraz. Nie chcę, żeby ktokolwiek zobaczył, nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział, że cokolwiek napisałem. Ksiądz Krzysztof może i był dobrym sekretarzem, ale musi szybko zyskać łaski nowego zwierzchnika. Nie można już mu ufać.

Bialik wstał i podszedł do biurka. Otworzył lewą szufladę i wyjął spory, zapieczętowany pakiet. Na laku niezwykle wyraźnie odbiła się treść biskupiej dewizy. Przeczytał ją półgłosem: — Et verbum caro factum est[1].

— Jestem bluźniercą — wyszeptał do siebie Jakub. Dostrzegł pytające spojrzenie przyjaciela i pokręcił głową:

— Nic, nic — zakaszlał. — Jednego tylko żałuję, Józiu. Kończy się konklawe. Chciałbym zobaczyć kto zostanie nowym papieżem. Proszę Pana Boga, żeby pozwolił mi dożyć rozstrzygnięcia. Może pozwoli mi na to. Schowaj dobrze to, co ci dałem dla Rafała i idź. Jeśli możesz — przyjdź jutro wieczorem. Pewnie nie byłeś w kościele, posłuchaj dzisiejszego listu. Na pewno ci się spodoba. Z Bogiem.

Sięgnął po dzwonek. Niemal natychmiast otwarły się drzwi, do pokoju wkroczył ksiądz Krzysztof. Jakub dzwonił jeszcze przez chwilę choć znacznie ciszej. Sprawiał wrażenie jakby kontemplował krystaliczną czystość dźwięku. Po chwili przestał.

— Odprowadź pana Józefa — rozkazał niemal zanikającym głosem. — Jestem zmęczony, muszę zasnąć.

— Z Bogiem, ekscelencjo — uśmiechnął się z trudem Bialik. Gdy odwracał się, zobaczył kątem oka jak wskazujący palec biskupa drgnął, jakby Jakub chciał mu pogrozić. Nie usłyszał jednak nic. Krzysztof przepuścił Bialika przodem i wyszedł za nim, zamykając za sobą drzwi.

 

***

Bialik zamilkł. Po chwili dokończył:

— O wyborze dowiedziałem się gdy już wychodziłem z domu, od syna. Jakimś cudem złapałem taksówkę. Kierowca, gdy podjechałem pod kurię odmówił pieniędzy. Powiedział: Nareszcie coś się zmieniło. Miał rację. Gdy wszedłem do środka powiedzieli mi, że biskup umarł gdy przekazali mu wiadomość, że mamy naszego papieża. Odszedł spokojnie, po prostu zamkął oczy i przestał żyć.

Rafał słuchał Bialika ze smutkiem. Zapomniał o upokorzeniu jakiego doznał, gdy Jakub wezwał go do siebie kilka tygodni wcześniej aby odsądzić go od czci i wiary, zapomniał o zażenowaniu jego listem, w którym biskup próbował za wszystko zadośćuczynić. Teraz została po nim już tylko pamięć.

Bialik sięgnął do swojej podróżnej torby i wydobył pakiet. Przyjrzał się jeszcze raz pieczęci i podał go Rafałowi. Wstał.

— Zostawiam księdza proboszcza. Muszę iść do Antoniego. Powiedziałem, że spotkam się ze wszystkimi po południu, pewnie czekają tam na mnie.

Uściskali się mocno.

— Dziękuję, panie Józefie. Będziemy się modlić za biskupa Jakuba.

Bialik zdjął z poręczy krzesła swoją laskę. Oparł się na niej oburącz, całym ciężarem.

— Zgodzi się ksiądz na pogrzeb w Gródku? — zapytał nagle.

— Co za pytanie... — Rafał sprawiał wrażenie zaskoczonego. — Jeśli taka była jego wola — nie mnie ją zmieniać.

— Tym razem chyba to ksiądz będzie musiał zdecydować. Idę już. Z Bogiem.

— Z Bogiem.

Bialik wyszedł, mijając się w drzwiach z Dzikim. Kot płynnym ruchem otarł się o jego nogi i pięknym, idealnie wymierzonym susem wskoczył na biurko. Zawahał się, czy tam nie zostać, lecz szybko się zdecydował. Kolejny skok w którym Dziki wydatkował absolutne minimum koniecznej energii — i już po chwili jego ogon zwisał bezwładnie z półki nad biurkiem. Rafał nie mógł się nie uśmiechnąć. Sięgnął po list. Obracał długą chwilę w dłoniach zapieczętowaną, pękatą od papierów kopertę aż w końcu zdecydował się. Ostrożnie włożył ją do szuflady biurka, wstał i ruszył do sieni. Zarzucił na plecy kurtkę. Po chwili trzasnęły wejściowe drzwi. Dziki ani drgnął. Zapadła cisza.

U Antoniego przybycie Bialika skwitowano westchnieniem ulgi.

— Aleś się zapóźnił — Pazdur zlustrował surowym spojrzeniem Bialika. — Już myśleliśmy dzwonić do syna, czy wyjechałeś.

Bialik ciężko usiadł. Antoni nalał mu herbaty z dzbanka. Bialik z wdzięcznością przyjął szklankę. Łyknął solidnie.

— Aleście napalili — zauważył. — Ledwo was widać, taki dym.

Wszyscy spojrzeli na Bialika z troską. Pierwszy odezwał się Szymura.

— Józek, nie udawaj. Gadaj wszystko.

— Co mam gadać? — Bialik jakby się uparł, żeby grać im na nerwach. — Wszystko wiecie. Mamy papieża, ksiądz proboszcz oczyszczony z zarzutów...

— A biskup Jakub umarł — rozległo się od wejścia. W drzwiach stał Rafał. Bialik poczuł się głupio.

— Księże proboszczu... — zaczął. Rafał uciszył go jednym gestem.

— Biskup Jakub przed śmiercią wyraził wolę, by być pochowanym w Gródku — rzekł oficjalnie. — Podaję to na razie tylko do waszej wiadomości. Pewnie jutro przyjadą do nas z kurii. Proszę wszystkich o zastanowienie się nad tym jak najlepiej przygotować się do ceremonii. Będziemy tu pewnie mieli wszystkich, którzy cokolwiek znaczą w diecezji, chyba, że zdarzy się tak, że ci wszyscy zapomną o Jakubie wobec wyboru naszego papieża. O ile jednak pamiętam, obaj znali się raczej nieźle, więc ta druga możliwość jest mało prawdopodobna. Z Bogiem. Spotykamy się jutro w południe, wtedy będziemy może wiedzieli więcej. Tymczasem idę się pomodlić za księdza biskupa. Jeśli ktoś chce do mnie dołączyć — zapraszam.

Rafał odwrócił się i wyszedł. Nikt nie ruszył się z miejsca. Pierwszy ocknął się Antoni:

— Idziemy.

* Tytuły rozdziałów są dziełem red. OPOKA

opr. aw/aw



 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: parafia powieść Solidarność stan wojenny parafianie ksiądz Rafał biskup Jakub