Pedagogika ciała

Wnikliwe przedstawienie problematyki stosunku do własnej cielesności oraz wychowania ku dojrzałości w tej sferze (Tekst ukazywał się w odcinkach w Tygodniku Diecezji Radomskiej "Ave", nr 14-29 (1999))

1. Człowiek w obliczu cielesności: rozbieżności antropologiczne

Jednym z podstawowych zadań odpowiedzialnych wychowawców jest pomaganie wychowankom, by uczyli się dojrzałej postawy wobec cielesności. W poszczególnych systemach pedagogicznych istnieją jednak znaczne rozbieżności w spojrzeniu na ludzkie ciało i w lansowanych postawach wobec cielesności. Rozbieżności te nie są czymś przypadkowym, lecz stanowią konsekwencję przyjętych założeń antropologicznych. Innymi słowy są efektem sposobu patrzenia na naturę człowieka. Istnieją trzy podstawowe koncepcje człowieka, do których odwołują się poszczególne systemy pedagogiczne. Chodzi tu o materializm, spirytualizm oraz personalizm.

Materializm i spirytualizm to systemy, które patrzą na człowieka w sposób jednostronny, ideologiczny, czyli oparty na przyjętych założeniach ideologicznych, a nie na rzetelnej analizie ludzkiej rzeczywistości. W konsekwencji oba te systemy proponują zaburzoną postawę wobec cielesności człowieka. Wychowanie w duchu materialistycznym prowadzi do zupełnego podporządkowania wychowanka jego cielesności. W tej perspektywie nie ma istotnej różnicy między życiem człowieka a życiem zwierzęcia, gdyż człowiek jest zupełnie zdeterminowany swoim ciałem oraz materialnymi warunkami, w których żyje. Z kolei wychowanie w duchu spirytualizmu dąży do odcięcia wychowanka od kontaktu z jego cielesnością. Ideałem staje się postawa, w której ktoś przekonuje samego siebie, że jest tylko duchem oraz lekceważy najbardziej nawet podstawowe funkcje i potrzeby swego ciała.

Podobnie skrajną i zaburzoną postawę wobec ludzkiej cielesności promują dominujące obecnie trendy kulturowe i cywilizacyjne. Obserwujemy bardzo ambiwalentną, wieloznaczną i wewnętrznie sprzeczną postawę cywilizacji Zachodniej w odniesieniu do ciała człowieka. Z jednej strony cywilizacja ta promuje cielesność. Stawia ją w centrum uwagi. Głosi kult młodości. Zachęca do zdrowego odżywiania i trybu życia. Koncentruje ludzi na trosce o ich wygląd, o sprawność fizyczną, o zaspokojenie wszelkich potrzeb cielesnych. Z drugiej strony ta sama cywilizacja w sposób drastyczny, choć zwykle zamaskowany, lekceważy ludzką cielesność i propaguje pogardę wobec ludzkiego ciała. Typowym przykładem jest chociażby coraz modniejsze mówienie o reinkarnacji. Myśl o reinkarnacji jest efektem mentalności buddyjskiej, w której rzeczywistość materialna i cielesna traktowana jest jako coś pozornego i nieistotnego. To, co istotne i naprawdę istniejące, to jedynie ludzki umysł, który przez medytację i potęgę myślenia może wyzwolić człowieka z więzów cielesności. Głoszenie reinkarnacji oznacza skrajne lekceważenie ludzkiego ciała. W tej perspektywie ciało człowieka jest uważane za coś aż do tego stopnia nieważnego, że prowadzi do wiary, iż człowiek może istnieć w kolejnych wcieleniach i „oblekać” się nawet w ciało zwierzęce, nie przestając być człowiekiem i zachowując ciągłość swojej historii.

Inny przykład zamaskowanego lekceważenia ludzkiego ciała to poglądy z zakresu moralności małżeńskiej. Chodzi tu o rozróżnianie między zdradą „psychiczną” a zdradą „fizyczną” i traktowanie tej ostatniej jako nieistotnej. Mamy wtedy do czynienia z chorobliwym rozdarciem człowieka, który uznaje swoją odpowiedzialność moralną w sferze psychicznej, ale neguje odpowiedzialność za to, co czyni ze swoim ciałem. Zakłada więc, że to nie jest jego ciało, albo że cielesność nie jest częścią jego rzeczywistości.

Kolejny przykład ukrytej pogardy dla ludzkiego ciała to aprobata wykorzystywania ludzkiego ciała jak rzeczy, jak towaru, z którego można czerpać łatwy zysk. Typowe przykłady to prostytucja i pornografia. Wobec tych zjawisk nie protestują nawet kobiety z ruchów feministycznych, zdradzając w ten sposób, że z troski o godność i ochronę kobiety wyłączają kobiecą cielesność.

Innym jeszcze przykładem komercyjnego traktowania ludzkiego ciała jest propagowanie i reklamowanie substancji, które niszczą zdrowie fizyczne. Chodzi tu o tytoń, alkohol, hormonalne tabletki antykoncepcyjne czy odchudzające. W obliczu bezlitosnej eksploatacji ekonomicznej ludzkiej cielesności i zatruwania jej szkodliwymi substancjami, nie wyrażają sprzeciwu nawet środowiska ekologów. Okazuje się, że dla nich ważniejsza jest troska o czystość rzek czy powietrza niż troska o to, by nikt nie zatruwał ludzkiego ciała. Tymczasem cóż pomoże człowiekowi, że kąpie się w czystej wodzie lub że oddycha czystym powietrzem, jeśli jego własne ciało będzie zatrute szkodliwymi substancjami lub rujnującymi ciało uzależnieniami. Prawdziwy, a nie demagogiczny ekolog to ktoś, kto troszczy się o czystość najważniejszego środowiska naturalnego, jakim jest człowiek i jego ciało.

Możliwość kształtowania u wychowanków dojrzałej postawy oraz szacunku wobec ludzkiego ciała mają tylko te systemy pedagogiczne, które opierają się na personalistycznej koncepcji człowieka. Personalizm ukazuje człowieka jako osobę, czyli jako kogoś, kto jest obdarzony zdolnością rozumienia samego siebie oraz kto w sposób odpowiedzialny potrafi korzystać ze swojej wolności. W perspektywie personalistycznej człowiek jest widziany jako osoba wcielona, czyli jako ktoś, kto żyje i funkcjonuje jednocześnie w sferze psycho-fizycznej i duchowej. Nie można redukować człowieka ani do jego cielesności, ani do duchowości. Ostatecznym celem wychowania według pedagogiki personalistycznej jest pomaganie wychowankowi, by w pogłębiony sposób zrozumiał oraz dojrzale pokochał siebie i innych. Istotnym elementem takiego wychowania jest pomaganie wychowankowi, by zrozumiał sens swojego ciała oraz by zajął wobec niego dojrzałą postawę. Pedagogika katolicka, która opiera się na powyższych zasadach personalizmu integralnego, widzi wychowanka w całej jego złożoności psycho-fizycznej i duchowej. W tej perspektywie człowiek powinien troszczyć się zarówno o swoje ciało, jak i o swego ducha. Błędem byłoby natomiast troszczenie się o ciało kosztem ducha, albo troska o rozwój duchowy kosztem ciała i jego podstawowych potrzeb.

2. Antropologia biblijna a cielesność człowieka

Najważniejszą inspiracją dla pedagogiki katolickiej jest antropologia biblijna. Pismo Święte ukazuje i respektuje całego człowieka, potwierdzając, że człowiek jest osobą wcieloną. Człowiek jest tak bardzo zanurzony w pierwiastek materialny, że - jak przypominają nam nauki biologiczne - otrzymał ciało pochodzące ze świata zwierząt. Ten cielesny wymiar ludzkiej natury Biblia ukazuje w sposób jeszcze bardziej radykalny niż biologia, stwierdzając, że człowiek pochodzi z prochu ziemi (por. Rdz 2,7). Pismo Święte podkreśla także, że los człowieka na tej ziemi zależy nie tylko od ludzkiego intelektu czy duchowości, lecz również od sposobu kierowania własnym ciałem. Po grzechu pierworodnym tylko ten może się rozwinąć i podporządkować sobie świat rzeczy, kto potrafi pracować w pocie czoła, kto ma zdolność przezwyciężania fizycznego lenistwa, kto zdobywa się na cielesny wysiłek (por. Rdz 3, 17-19).

W antropologii biblijnej ciało ludzkie jest aż tak ważne, że na zawsze pozostanie integralnym elementem człowieka. Także po jego śmierci fizycznej. W wieczności zbawienia lub potępienia człowiek będzie istniał nie tylko w wymiarze duchowym i psychicznym, ale również w wymiarze cielesnym (por.1 Kor 15, 35-37). Zmartwychwstanie ciał na końcu czasu jest potwierdzeniem, że ciało ludzkie nie jest dla człowieka czymś przypadkowym czy czasowym, lecz stanowi integralną część jego natury. Śmierć człowieka nie oznacza ani początku jego kolejnego „wcielenia” (reinkarnacja), ani jego całkowitego odcieleśnienia (zbawienie jedynie duszy). Każdy z nas na zawsze pozostanie osobą wcieloną. KKK (990) przypomina nam, iż „zmartwychwstanie ciała oznacza, że po śmierci będzie żyła nie tylko dusza nieśmiertelna, ale że na nowo otrzymają życie także nasze śmiertelne ciała (Rz 8,11)”. Pierwowzorem w tym względzie jest dla nas Chrystus. KKK (999) stwierdza, że „Chrystus zmartwychwstał w swoim własnym ciele: „Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem” (Łk 24, 39). Nie powrócił On jednak do życia ziemskiego. Tak samo w Nim wszyscy zmartwychwstaną we własnych ciałach, które mają teraz, ale to ciało będzie przekształcone w „chwalebne ciało” (Flp 3, 21), w „ciało duchowe” (1 Kor 15, 44).

W Księdze Rodzaju ciało oznacza widzialność człowieka i jego przynależność do świata widzialnego. Mimo, że nietrwałe i porównywalne do gliny (por. 2 Kor 4, 7), ciało człowieka jest jedyne i niepowtarzalne. Poprzez ciało wyraża się osoba ludzka. Kto dotyka mojego ciała, ten dotyka mnie, jako osoby. Kto wyrządza mi cielesną krzywdę, ten krzywdzi mnie, a nie tylko moje ciało. Kto ulega jakimś uzależnieniem czy nałogom w sferze cielesnej, ten nie tylko ma zniewolone ciało. On cały jako człowiek, jako osoba wcielona, staje się kimś uzależnionym i okalecza swoją wewnętrzną wolność.

Nowy Testament podkreśla, że ciało stało się nie tylko sposobem widzialności człowieka, ale także miejscem grzechu, znakiem odejścia od Ducha Bożego. To właśnie w swej cielesności w szczególny sposób doświadcza człowiek kruchości samego siebie i własnego losu. Poprzez ciało wyraża się nie tylko człowiek jako osoba, ale również świat doczesny, z którego ciało ludzkie zostało wzięte. A świat doczesny dotknięty jest tajemnicą słabości i dramatem grzechu. „Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać - nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło” (Rz 7, 18 - 21). Z tego powodu ludzkie ciało bywa przeciwstawiane duchowi i potrzebuje odkupienia. Dlatego też „i my sami, którzy już posiadamy pierwsze dary Ducha (...) całą istotą wzdychamy, oczekując (...) odkupienia naszego ciała” (Rz 8, 23). Z tej właśnie nadziei odkupienia naszych ciał możemy czerpać siłę i motywację do przezwyciężania zła i zagrożeń, które drzemią w naszym doczesnym ciele pod postacią potrójnej pożądliwości, która w języku biblijnym nazywana jest pożądliwością ciała, pożądliwością oczu i pychą żywota.

W obliczu powyższych analiz możemy stwierdzić, że Pismo Święte w sposób jednoznaczny ukazuje integralny personalizm, który respektuje nierozerwalną łączność cielesności i duchowości w naturze oraz w działaniu człowieka. Bez cielesności nie sposób zrozumieć człowieka i jego sytuacji na tej ziemi. Oderwanie człowieka od jego cielesności oznaczałoby oderwanie człowieka od niego samego. Tak, jak nie istnieje człowiek poza swoją płciowością, czyli w oderwaniu od swego bycia kobietą lub mężczyzną, tak nie istnieje człowiek poza swoją cielesnością, czyli w oderwaniu od swego konkretnego i niepowtarzalnego ciała oraz w oderwaniu od swych konkretnych i niepowtarzalnych uwarunkowań fizycznych. Podstawowym uwarunkowaniem cielesnym człowieka jest płciowość. Wywiera ona „wpływ na wszystkie sfery osoby ludzkiej w jedności ciała i duszy” (KKK 2332). Płciowość i cielesność są integralnie włączone w największe tajemnice człowieka. Także w tajemnicę jego powołania i jego miłości. Zwłaszcza w tajemnicę powołania do miłości małżeńskiej i rodzicielskiej. „Dlatego mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem” (Rdz 2, 24).

3. Ciało a tajemnica i powołanie człowieka

Ciało ludzkie wyraża ostatecznie to, co jest tajemnicą człowieka, a nie tajemnicą ciała. Poprzez fizyczne zachowania i gesty możemy odsłaniać to, co jest naturą człowieka i co przekracza logikę i możliwości ciała. Nasze zachowania cielesne wyrażają to, kim jesteśmy, jakie mamy wartości, w jaki sposób rozumiemy sens życia i kim chcemy być dla innych ludzi.

W tym kontekście warto przytoczyć wypowiedź Gabriela Marcela, który stwierdził, że kochać człowieka, „to znaczy mówić: ty nie umrzesz”. Jeśli kochamy drugą osobę miłością dojrzałą i nieodwołalną, to pragniemy, by ona żyła. By żyła na zawsze. Niestety żaden człowiek nie może mocą swojej ludzkiej miłości obdarzyć nieśmiertelnością drugiego człowieka, którego kocha. To jednak może uczynić Bóg! On pokochał nas od zawsze i na zawsze. On jest Bogiem żyjących, a nie umarłych. Boża obietnica zmartwychwstania całego człowieka przy końcu czasów jest potwierdzeniem i konsekwencją nieodwołalnej miłości Boga do człowieka. Jest potwierdzeniem miłości silniejszej niż śmierć.

Zmartwychwstanie będzie ostatecznym dopełnieniem dzieła stworzenia i odkupienia człowieka. Zmartwychwstanie ciał przy końcu czasów nie będzie bowiem zwykłym przywróceniem sytuacji sprzed naszej śmierci. Będzie oznaczało obdarowanie nas przez Boga nowym sposobem istnienia, a zatem także nową relacją między ciałem a duchem w człowieku. Po zmartwychwstaniu nie będzie już wewnętrznej walki ani antagonizmów między cielesnością a duchowością, między człowiekiem ciała a człowiekiem ducha. Nie chodzi tu jednak o zwycięstwo ducha nad ciałem, ale o zwycięstwo człowieka nad samym sobą. Zmartwychwstanie będzie oznaczać doskonałą integrację wewnętrzną między wszystkimi wymiarami człowieka. Zmartwychwstanie to nie pokonanie ciała przez ducha, ale to pełne włączenie ciała w tajemnicę osoby. Zmartwychwstanie to nie tylko uduchowienie ciała, ale przebóstwienie i odkupienie całego człowieka wraz z jego cielesnością (por. Rz 8, 23; Łk 20, 36).

Na razie jednak żyjemy w warunkach ziemskich. Na razie oczekujemy zbawienia i zmartwychwstania. Na razie „ciało pożąda przeciwko duchowi, a duch przeciw ciału” (Ga 5,17). Na razie panowanie nad ciałem wymaga stanowczej czujności, wewnętrznej dyscypliny, stawiania sobie jasnych wymagań, kierowania się dojrzałą hierarchią wartości. Na razie człowiek i jego ciało podlega nieustannemu zagrożeniu. Z powodu zranienia ciała na skutek grzechu pierworodnego życie człowieka okazuje się bolesną nieraz walką (por. Job 7, 1) i marnością nad marnościami (por. Koh 1, 2). Jednocześnie jednak już tu, na tej ziemi, to samo ludzkie ciało w Chrystusie okazuje się narzędziem widzialnej miłości i odkupienia: „Przeto przychodząc na świat, mówi: ofiary ani daru nie chciałeś, ale utworzyłeś mi ciało” (Hbr 10, 5). To właśnie za pośrednictwem ludzkiej cielesności Syn Boży objawia nam odkupieńczą miłość i kocha nas aż do końca. Aż do ofiary z własnego życia. Aż do fizycznej śmierci na krzyżu.

Konsekwentnym głosicielem tak rozumianego personalizmu integralnego jest Ojciec Święty, który na samym początku pontyfikatu swoje środowe katechezy poświęcił analizie ludzkiej cielesności i związanej z nią płciowości (por. Jan Paweł II, Mężczyzną i niewiastą stworzył ich. Odkupienie ciała a sakramentalność małżeństwa, Citta’ del Vaticano 1986, s. 253-334). Ojciec Święty podkreśla, że ludzkiej cielesności, a przez to także ludzkiej płciowości i seksualności, nie można pozbawić aspektu moralnego, ani wyłączyć z trudu wychowania. Ciało człowieka jest bowiem wyrazem sposobu bycia ludzką osobą. Jest miejscem wypowiadania się człowieka. Kto poniża swoje ciało, ten poniża samego siebie. Kto przezwycięża słabości własnego ciała, ten odnosi zwycięstwo nad samym sobą. Kto w sposób świadomy i odpowiedzialny kieruje własnym ciałem, ten jest człowiekiem rozumnym i wolnym. To ja, człowiek, umieram, gdy umiera moje ciało. To ja, cały człowiek, oczekuję z nadzieją mojego zmartwychwstania w Chrystusie.

4. Potrzeba wychowania sfery cielesnej

Po grzechu pierworodnym wszyscy ludzie, chociaż w różnym stopniu, przeżywają trudności w zrozumieniu sensu ludzkiego ciała i w odpowiedzialnym kierowaniu własną cielesnością. Nie jest sprawą przypadku, że pierwszą konsekwencją pierworodnego nieposłuszeństwa człowieka było zaniepokojenie się jego sytuacją cielesną, a dokładniej zaniepokojenie się jego cielesną nagością. Po ukryciu się wśród drzew, Adam powiedział do szukającego go Boga: „Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się” (Rdz 3, 10).

To właśnie od odkrycia cielesności zaczyna niemowlę kontakt z samym sobą. Ciało jest tą częścią ludzkiej rzeczywistości, która od początku naszego życia „najgłośniej” sygnalizuje swoje istnienie i swoje potrzeby. Człowiek może nie być w pełni świadomym swoich sposobów myślenia czy swoich przeżyć emocjonalnych, ale trudno nie być świadomym głodu, zmęczenia czy bólu fizycznego. Normalnie funkcjonujący człowiek jest w nieustannym kontakcie z własnym ciałem. Uświadamia sobie swoje specyficzne cechy i zdolności fizyczne, a także aktualną sytuację swojego organizmu fizycznego. Tego typu świadomość somatyczna pojawia się od pierwszych chwil istnienia dziecka i początkowo jest jedynym wymiarem, w którym odkrywa ono i doświadcza samego siebie. Gdy rozwój dziecka postępuje prawidłowo, to stopniowo dziecko poszerza odkrywanie własnej tajemnicy. W ten sposób świadomość własnego ciała zostaje zintegrowana z pozostałymi wymiarami ludzkiej rzeczywistości: ze świadomością myślenia, z odczuwaniem emocjonalnym, z rodzącą się wrażliwością moralną, duchową, religijną i społeczną. Jednak w przypadku zaburzonego rozwoju może się zdarzyć, że poczucie tożsamości danego człowieka zostanie ograniczone jedynie lub niemal wyłącznie do jego samoświadomości na poziomie cielesnym. W takiej sytuacji cielesność nabiera przesadnego znaczenia, gdyż stanowi jedyny, lub przynajmniej podstawowy punkt odniesienia, gdy chodzi o samoidentyfikację oraz poczucie osobistej wartości danej osoby.

Tego typu redukcja tożsamości ogranicza w sposób zasadniczy pole zainteresowań danego człowieka oraz zakres doświadczenia samego siebie, prowadząc do poważnych zakłóceń w funkcjonowaniu jego osobowości. W szczególności nadmierna koncentracja na cielesności sprawia, iż podstawową troską staje się staranie o utrzymanie własnego ciała w maksymalnej kondycji, estetyce i sprawności fizycznej. W przypadku, gdy okazuje się to na dłuższą metę niemożliwe, człowiek o tak zredukowanym poczuciu tożsamości łatwo popada w depresję oraz nie akceptuje samego siebie. Równie niebezpieczna jest sytuacja, gdy człowiek nadmiernie skoncentrowany na swej cielesności, okazuje się - przynajmniej w pewnym okresie życia - bardzo zadowolony ze swego ciała i z wyglądu fizycznego. Grozi mu bowiem wtedy iluzja, że dobra forma fizyczna i atrakcyjny wygląd wystarczą, by być szczęśliwym, cenionym, otoczonym przyjaciółmi.

Współczesna cywilizacja i kultura Zachodu przykłada przesadną wagę do tożsamości w płaszczyźnie cielesnej i dlatego istnieje duże prawdopodobieństwo, że w krajach Europy i Ameryki znaczna część ludzi jest skłonnych do przypisywania nadmiernej roli sferze fizycznej, kosztem pozostałych wymiarów człowieka. W konsekwencji wielu ludzi koncentruje ogromną część swojej uwagi i energii na własnym ciele, na trosce o zdrowie fizyczne, o wygląd zewnętrzny, o strój. W przypadku prawidłowego rozwoju człowieka, znaczenie jego sfery cielesnej ulega stopniowemu zmniejszaniu się w miarę, jak odkrywa on pozostałe wymiary własnej rzeczywistości. Coraz ważniejsza staje się wtedy dla człowieka jego wrażliwość emocjonalna i moralna, jego zdolność myślenia i wewnętrzna wolność, jego pozytywne więzi z Bogiem, z drugim człowiekiem i z samym sobą.

5. Groźba dyktatury ciała

Zajęcie dojrzałej postawy wobec ciała nie jest ani czymś spontanicznym, ani łatwym. W sposób spontaniczny grożą postawy skrajne i zaburzone. Jedną ze skrajności jest sytuacja, w której dany człowiek redukuje całego siebie do sfery cielesnej, czyli utożsamia się głównie albo wyłącznie z własnym ciałem. Ciało staje się wtedy podstawowym punktem odniesienia. W konsekwencji dana osoba podporządkowuje się ciału kosztem pozostałych wymiarów swego człowieczeństwa, to znaczy kosztem sfery psychicznej, moralnej, duchowej, religijnej i społecznej. Taka osoba sądzi, że do szczęścia wystarczy jej ciało i cielesna jedynie satysfakcja. Człowiek, który utożsamia się z własną cielesnością, wkracza na drogę uzależnienia się od ciała. Staje się niewolnikiem ciała: niewolnikiem apetytu, niewolnikiem fizycznych potrzeb i popędów, niewolnikiem lenistwa i wygodnictwa. Ktoś, kto jest podporządkowany własnemu ciału, czyni jedynie to, czego chce jego ciało. Kieruje się logiką ciała. A jest to logika doraźnej przyjemności i chorej nadkoncentracji na cielesnych potrzebach i doznaniach.

Zredukowanie samego siebie do własnej cielesności oraz kierowanie się w życiu logiką ciała prowadzi do dramatycznych konsekwencji. Człowiek cielesny nie jest w stanie zrozumieć siebie jako człowieka. Redukuje samego siebie do świata natury i popędów. Nie jest w stanie kochać, być wiernym, odpowiedzialnym i pracowitym, gdyż to wszystko nie mieści się w logice ciała. Postępując tak, jak chce tego jego cielesność, człowiek czyni samego siebie niezdolnym do zbudowania dojrzałych więzi z Bogiem i z ludźmi. Popada też w coraz bardziej bolesne konflikty z samym sobą. Uleganie dyktaturze ciała prowadzi do zaburzeń psychicznych, do niepokojów sumienia, do bolesnych rozczarowań i dramatycznych konfliktów międzyludzkich. Nierzadko prowadzi do brutalnych przestępstw kryminalnych. Gwałty czy inne formy przemocy seksualnej to wyjątkowo dramatyczny owoc podporządkowania się dyktaturze ciała.

Redukowanie samego siebie do cielesności sprawia, że człowiek okalecza nie tylko pozostałe sfery własnej rzeczywistości, lecz wyrządza krzywdę także samemu ciału. Ktoś, kto staje się niewolnikiem ciała, doprowadza do sytuacji, w której jego cielesność staje się rodzajem nowotworu, zagłuszającego i niszczącego najpierw inne sfery ludzkiej rzeczywistości. Taka sytuacja wcześniej czy później prowadzi do zniszczenia również ciała, które nie może przecież istnieć samodzielnie, w oderwaniu od pozostałych wymiarów człowieka. Dyktatura ciała mści się zatem także na ludzkiej cielesności. Uzależnienie od jedzenia, lenistwa czy popędów powoduje nie tylko zaburzenia psychiczne, duchowe, moralne czy społeczne, lecz także szkody czysto fizyczne, w postaci np. nadwagi, chorób zakaźnych i innych zjawisk, niszczących zdrowie i życie człowieka.

Nic więc dziwnego, że redukowanie samego siebie do własnej cielesności i podporządkowanie się ciału często prowadzi do popadnięcia w drugą skrajność. Chodzi tu o sytuację, w której dany człowiek ucieka od ciała, brzydzi się nim, boi się ciała i buntuje wobec cielesności. Taka postawa grozi zarówno tym ludziom, którzy zostali skrzywdzeni czy upokorzeni w swojej cielesności, jak również tym, którzy sami krzywdzą siebie cieleśnie poprzez uleganie różnym słabościom, uzależnieniom i grzechom. W obu wypadkach chcą „pozbyć się” ciała, traktowanego jako źródło ich nieszczęść, słabości i cierpień. Często to właśnie uleganie dyktaturze ciała prowadzi do sytuacji, w której człowiek chce się później „zemścić” na własnej cielesności i zadośćuczynić błędom popełnionym w tej sferze, popadając w drugą skrajność, czyli w bunt i nienawiść wobec ciała. Obserwujemy wtedy różne formy walki z własną cielesnością, np. poprzez chorobliwe odchudzanie się, lekceważenie podstawowych potrzeb cielesnych, gardzenie własnym ciałem, wyrządzanie sobie cielesnej krzywdy, aż do samobójstw włącznie.

6. Miłość wcielona sensem ludzkiej cielesności

W obliczu powyższych zagrożeń można wskazać konkretne kryteria dojrzałej postawy człowieka wobec własnej cielesności. Pierwszym i najważniejszym kryterium jest odkrycie sensu ludzkiego ciała. Dopóki człowiek nie wie, jaki jest sens jego cielesności, dopóty nie ma szans, by w sposób świadomy i odpowiedzialny kierować własną fizycznością. Tym, który w sposób ostateczny odsłania nam sens ludzkiej cielesności, jest Jezus Chrystus. On, będąc Synem Bożym, przyjął ludzkie ciało, aby w ten sposób stała się dla nas widzialna miłość niewidzialnego Boga. W ten sposób wcielenie Syna Bożego rzuca pełne światło na tajemnicę ludzkiego ciała. Stwórca obdarzył nas cielesnością nie po to, byśmy się jej podporządkowali lub byśmy od niej uciekali, lecz po to, byśmy dzięki ciału mogli wyrażać miłość. Byśmy mogli - tak, jak Chrystus - kochać miłością widzialną, czyli wcieloną w konkretne słowa i czyny.

Niewidzialny Bóg, który jest samą miłością, wie, że na tej ziemi tylko miłość widzialna, miłość wcielona w wysiłek, w pracowitość i ofiarność, w dobre słowa i szlachetne czyny, tylko taka miłość jest miłością prawdziwą, zdolną przemienić oblicze tej ziemi oraz wnętrze człowieka. Żadna religia, żaden system filozoficzny nie ma takiej podstawy dla szacunku wobec ludzkiej cielesności, jak właśnie chrześcijaństwo, które od dwóch tysięcy lat głosi światu niezwykłą nowinę, że Bóg stał się ciałem. Żaden system religijny czy filozoficzny nie ukazuje tak ścisłego związku między miłością i cielesnością, jak czyni to chrześcijaństwo. Poprzez tajemnicę wcielenia Syn Boży upewnia nas, że sens ludzkiego ciała jest dokładnie taki sam, jak sens całego człowieka i ludzkiego życia. A sensem tym jest miłość, gdyż każdy człowiek stworzony został przez Boga po to, by kochać i być kochanym. Zadaniem każdego chrześcijanina jest zatem odkrycie, iż sensem ludzkiej cielesności nie jest jedzenie, spanie czy zaspakajanie popędów, lecz dojrzałe i odpowiedzialne wyrażanie widzialnej miłości.

Zdumiewający fakt, że Bóg stał się ciałem, jest nie tylko potwierdzeniem Bożej miłości do ludzi tej ziemi. Jest też najdoskonalszą szkołą postawy człowieka wobec własnej cielesności. Gdy nadeszła pełnia czasów w historii zbawienia, Bóg postanowił pokochać nas miłością wcieloną. Miłością, którą człowiek może dosłownie zobaczyć i którą może dotknąć! Prawdziwy Bóg przyjął prawdziwe ludzkie ciało, aby fizycznie przybliżyć się do nas, aby na nas patrzeć, aby nas dotykać, aby z nami rozmawiać, aby wsłuchiwać się w nasze słowa i przeżycia, aby obserwować nasze zachowania i czyny, aby wyciągać ku nam swoją dłoń, aby wyrażać miłość wobec nas poprzez widzialną obecność, poprzez wysiłek nauczania, poprzez uzdrawianie, rozgrzeszanie, upominanie, poprzez czynienie wszystkim dobrze, wreszcie poprzez całkowity dar z samego siebie, aż do cielesnej śmierci włącznie.

Dla chrześcijanina ciało nie jest nieszczęściem, dziełem szatana czy przekleństwem, lecz darem miłości. Darem otrzymanym i zadanym. W tajemnicy Bożego Narodzenia Bóg odsłania nam prawdę, że na tej ziemi miłość potrzebuje ludzkiej cielesności. Jeśli bowiem miłość ogranicza się jedynie do duchowych pragnień, dobrych intencji czy emocjonalnych poruszeń, jeśli nie wyraża się przez fizyczną aktywność, poprzez służenie drugiej osobie własnym działaniem, własnym zdrowiem i czasem, własną siłą, osobowością, wytrwałością i zmęczeniem, to taka miłość jest jedynie iluzją, utopią, teorią. Taka miłość nikogo z ludzi tej ziemi nie przemieni, nikomu nie doda siły i odwagi, by iść w dobrym kierunku, by nie ustać w drodze, nikogo nie pociągnie i nie zafascynuje. Taka odcieleśniona miłość nie będzie w ogóle dostrzeżona. Gdybyśmy w któryś momencie życia - zachowując świadomość i wolność - zostali pozbawieni naszego ciała, to w tym samym momencie stracilibyśmy możliwość okazywania miłości. Nie moglibyśmy nawet zasygnalizować naszym bliźnim, że w ogóle istniejemy, że przebywamy obok nich, że zależy nam na ich losie i że o nich się troszczymy.

Najbardziej wymownym przykładem miłości konkretnej, widzialnej, wcielonej, na jaką potrafi zdobyć się człowiek na tej ziemi, jest miłość macierzyńska. Stając się matką, kobieta ofiarowuje kawałek swojego ciała i część swojej krwi, aby obdarzyć życiem i miłością rodzące się dziecko. A potem do końca życia potrafi ofiarować swe siły, zdrowie i czas, aby jej dziecko czuło się kochane i aby mogło się rozwijać. Więcej uczynił tylko Jezus Chrystus. Z miłości do nas ofiarował On całe swoje ciało i przelał za nas wszystką swoją krew. A jednocześnie w Eucharystii znalazł sposób, by pozostać z nami do końca świata i by nadal karmić nas samym sobą.

7. Obecność, pracowitość, czułość

Aby zająć dojrzałą postawę wobec ciała, nie wystarczy jednak samo odkrycie, iż sensem ludzkiej cielesności jest widzialne wyrażanie miłości. Równie ważnym zadaniem jest uświadomienia sobie tego, w jaki sposób człowiek może wyrażać swą miłości poprzez ciało. Sądzę, że istnieją trzy podstawowe sposoby okazywania miłości za pośrednictwem ciała. Te trzy sposoby to: obecność, pracowitość i czułość. Przyjrzyjmy się teraz bliżej każdemu z nich. Pierwszym sposobem wyrażania miłości jest fizyczna obecność w życiu drugiego człowieka. Kochać to być obecnym. Także fizycznie obecnym. Dobrą ilustracją tej zasady jest miłość rodzinna. Gdyby ktoś z małżonków był przekonany, że kocha współmałżonka i dzieci, a nie miał dla nich czasu, nie przebywał z nimi fizycznie, gdyby unikał domu i spotkań z najbliższymi, to jego miłość byłaby pustą deklaracją. Gdy ktoś nie dąży do takiej obecności, to nie może mówić, że kocha. Bez fizycznej obecności trudno jest mówić o miłości w najważniejszych kontaktach międzyludzkich: w rodzinie, wśród przyjaciół czy w relacji wychowawca - wychowanek.

O tym, że miłość nierozerwalnie związana jest z obecnością, przekonuje nas sam Chrystus, który w Eucharystii pozostaje obecny dla nas aż do skończenia świata. Największym znakiem miłości na tej ziemi jest oddanie życia za bliźnich. Człowiek nie może uczynić niczego więcej. Tylko Syn Boży uczynił jeszcze coś więcej: nie tylko oddał za nas życie, gdyż do końca nas ukochał, ale jednocześnie pozostał z nami, gdyż wie, że tego bardzo potrzebujemy. On miał moc, by oddać życie z miłości do nas i by je znowu odzyskać. Zmartwychwstały Chrystus jest nie tylko kimś żywym. On jest kimś obecnym. W tym kontekście należy odróżnić dwa pojęcia: być i być obecnym. Rzeczy po prostu są: w sposób dla nich nieświadomy i niedobrowolny. Człowiek natomiast potrafi być obecnym, czyli znajdować się w obliczu drugiego człowieka w sposób świadomy i dobrowolny, w sposób ukierunkowany na dobro osoby, którą kocha. Być obecnym to zatem coś znacznie więcej niż po prostu być, czy być żywym. Popatrzmy na przykład, który ilustruje różnicę między "być" a "być obecnym".

Oto czteroletni chłopczyk bawi się w swoim pokoju z mamą. Po pewnym czasie mama wyjaśnia dziecku, że musi teraz pójść do kuchni, aby gotować obiad. Piotruś boi się jeszcze samotności, więc rodzice nie zostawiają go nigdy samego w domu. W opisywanej sytuacji chłopczyk jednak nie protestuje. Bawi się dalej. Jest spokojny. Mama wyszła wprawdzie z pokoju, ale dla Piotrusia ona jest tam nadal obecna. Piotruś jest pewien, że mama go kocha i cieszy się nim. Z tego powodu - mimo, że jej teraz nie widzi i nie słyszy - ufa, że mama nie wyszła z domu i nie zostawiła go samego. Jest pewien, że ona nieustannie nasłuchuje, co się z nim dzieje. Jeśli będzie jej potrzebował, to ona usłyszy najcichsze nawet wołanie syna i natychmiast pojawi się w jego pokoju. Gdyby natomiast w pokoju Piotrusia była jakaś obca osoba, to wcale nie stałby się on dzięki temu spokojniejszy. Przeciwnie, mógłby się przestraszyć i rozpłakać. Chłopczyk nie potrzebuje, by ktoś tam z nim po prostu przebywał. On potrzebuje kogoś, kto jest dla niego obecny. Potrzebuje osoby, której obecność będzie wyrażała miłość i troskę.

Powyższy przykład dobrze ilustruje, co to znaczy być obecnym. Istotą i podstawowym warunkiem, by być dla kogoś obecnym, nie jest więc ani widzenie oczyma, ani dotykanie rękoma, lecz więź miłości i zaufania. Jeśli z kimś łączą mnie więzi miłości i zaufania, to ta osoba jest zawsze obecna w moim życiu, mobilizuje mnie, umacnia, dodaje pewności siebie i otuchy. Także wtedy, gdy w danym momencie nie widzę jej, ani nie słyszę. Także wtedy, gdy dzieli nas odległość tysięcy kilometrów. Gdy natomiast nie ma między nami takiej więzi, to ty jedynie istniejesz, po prostu jesteś. Ale nie jesteś dla mnie. Nie jesteś obecny w moim życiu. Nie koncentrujesz się na moich radościach i troskach. Jestem ci obojętny. Czasem nawet mnie nie zauważasz. Masz oczy, ale nie widzisz mnie i nie dostrzegasz mojego wyrazu twarzy. Masz uszy, ale nie słyszysz tego, co się we mnie dzieje, ani tego, co przeżywam. Twoje istnienie nie jest wyrazem miłości wobec mnie. Twoje istnienie nie cieszy mnie, ani nie umacnia. Nie daje mi poczucia bezpieczeństwa. Twoje istnienie mnie wtedy niepokoi. Czasem powoduje lęk. Bywa, że niesie zagrożenie lub krzywdę.

Brak obecności to brak miłości. Miłość karmi się obecnością. Miłość rodzi się, rozwija i trwa dzięki obecności i poprzez obecność. Zrozumiałe, że obecność ta powinna być dostosowana do wieku i potrzeb tych, których kochamy, do rodzaju więzi, które nas z nimi łączą, do stopnia odpowiedzialności, jaką za nich ponosimy. Najbardziej intensywna i stała powinna być nasza obecność dla najbliższych: dla współmałżonka, dla dzieci, dla rodziców, dla wychowanków, dla przyjaciół, a także dla tych osób, które szczególnie potrzebują naszej obecności, np. dla starszych, chorych, osamotnionych. Obecność jest wyrazem i potwierdzeniem miłości. Jest też najlepszą metodą wychowawczą. Wiedział o tym wspaniały wychowawca trudnej młodzieży - św. Jan Bosco, którego podstawowym sposobem wychowywania i zapobiegania złu była nieustanna obecność wśród wychowanków. W naszych czasach boleśnie odczuwa się niedostatek wzajemnej obecności wśród ludzi sobie najbliższych. W sposób szczególny odnosi się to do mężczyzn. W wielu rodzinach niepokoi zwłaszcza brak obecności ojca. Dla chłopców jest to wielka krzywda, bo nie mają oni wtedy wzorca i autorytetu mężczyzny. Stała obecność ojca jest potrzebna synowi, aby ten mógł się dowiedzieć, co znaczy być dojrzałym mężczyzną, co znaczy być kochającym i odpowiedzialnym mężem oraz ojcem. Jeśli ojciec jest zbyt mało obecny w życiu syna, to taki chłopiec szuka wzoru mężczyzny u kolegów z ulicy, albo w prymitywnych filmach. W ten sposób staje się często karykaturą mężczyzny. Ma poważne trudności, by zrozumieć własną płeć oraz by dojrzale podjąć i wypełnić podstawowe role społeczne.

Także dla dziewczynek nieobecność czy niedostateczna obecność ojca jest wielką krzywdą. Nie pozwala im bowiem uwierzyć, że są kochane i że zasługują na miłość, skoro tata nie ma dla nich czasu, skoro pieniądze, odwiedzanie znajomych czy jakieś hobby, to coś ważniejszego niż kontakt z własną córką. Ponadto w takiej sytuacji dziewczęta są dosłownie głodne męskiej obecności, bliskości, czułości. W konsekwencji poszukują tego wszystkiego poza rodziną. Wiążą się z nieodpowiedzialnymi mężczyznami, gdyż łatwo je oszukać. Coraz częściej i coraz wcześniej szukają ciepła i miłości poza domem rodzinnym. Czasami kończy się to konfliktami sumienia, wielkimi krzywdami fizycznymi, psychicznymi i moralnymi.

Jednak sama obecność nie wystarczy, jeśli jest to obecność bierna. Jeśli jest to obecność, która nie staje się działaniem na rzecz tych, których kochamy. Miłość wymaga konkretnych słów i czynów, wymaga aktywności, zaangażowania dla dobra drugiego człowieka. Wymaga poświęcenia mu własnego czasu, własnych sił, własnego zdrowia. Bardzo czytelnym przykładem takiej właśnie miłości aktywnej i ofiarnej jest miłość kobieca. Żona i matka w dzień i w nocy ofiarowuje najbliższym swoją pracowitą obecność. Obecność pracowitą nieraz aż do granic heroizmu i ludzkiej wytrzymałości. Ona chroni, karmi, pielęgnuje, wychowuje, wspiera własnym przykładem, modlitwą i nadzieją. Najwspanialszym przykładem miłości, która staje się obecnością pracowitą i ofiarną, jest postawa Chrystusa. Syn Boży po to przyjął ludzkie ciało, aby szukać człowieka, aby na niego patrzeć, aby wsłuchiwać się w jego słowa i przeżycia, aby go uzdrawiać, uczyć życia, aby go pocieszać, upominać, rozgrzeszać, aby przemieniać go swoją pracowitą obecnością. Ewangelia wielokrotnie wspomina, że Jezus był zmęczony, że nie miał chwili wytchnienia, że na modlitwę zostawała Mu już tylko noc. Widząc to, apostołowie czasem nie chcieli już dopuszczać ludzi w Jego pobliże, a On miał wtedy tylko jedną odpowiedź: nie zabraniajcie im przychodzić do Mnie.

Miłość Chrystusa i miłość macierzyńska w najbardziej oczywisty sposób demaskują naiwność tych wszystkich ludzi, którzy redukują miłość do uczuć, do słownych deklaracji, do wspólnej zabawy na dyskotece, do romantycznego nastroju w czasie randki, do emocjonalnego zauroczenia dwojga zakochanych, do dobrej woli, która nie staje się działaniem i pracowitością. Gdy ktoś z nastoletnich dziewcząt mówi mi, że jakiś chłopiec wyznał jej miłość, a ona nie jest pewna, czy on kocha ją naprawdę, to proponuję wtedy następujący eksperyment. Zachęcam, by pożyczyła sobie kamerę video i by zarejestrowała wszystko to, co będzie mówił i czynił kandydat na męża i ojca jej dzieci, gdy ją odwiedzi. Zachęcam następnie, by po jego odwiedzinach poprosić rodziców, księdza, przyjaciół, aby wspólnie obejrzeć nagraną kasetę. Jeśli będą tam jakieś tematy rozmów czy zachowania ze strony chłopaka, których dziewczyna się boi, których się wstydzi, które ją niepokoją, czy których nie chciałaby pokazać innym ludziom, to na tyle właśnie jej chłopiec nie umie jeszcze kochać ją w sposób dojrzały i odpowiedzialny.

Gdy tak obrazowo i konkretnie mówię do młodzieży o weryfikacji miłości, to większość młodych uświadamia sobie, że wcale już nie potrzebują kamery video, gdyż sami potrafią odróżnić słowa i czyny miłości od zachowań, które są zaprzeczeniem czy zagrożeniem miłości. Młodzi nie zdawali sobie tylko sprawy, że miłość poznaje się po takim konkretnym sposobie działania, a nie po nastrojach, prezentach czy deklaracjach. Jeden z nastolatków powiedział mi, że nie zgadza się z tego typu weryfikacją miłości, bo przecież kamera video nie może zarejestrować tego, co on czuje wobec dziewczyny. Odpowiedziałem, iż rzeczywiście kamera nie zarejestruje jego uczuć i wewnętrznych przeżyć, ale to nie uczucia i nastroje są sprawdzianem miłości, lecz słowa i czyny, czyli konkretne sposoby zachowania się wobec drugiej osoby. A to widać doskonale także z zewnątrz. A może zwłaszcza z zewnątrz. Miłość rodzi się we wnętrzu człowieka, w tajemnicy jego serca, jego woli, jego dążeń, ale objawia się w sposób zewnętrzny i widzialny: w tym, o czym i w jaki sposób ktoś rozmawia z drugą osobą oraz w tym, co ktoś czyni drugiej osobie i jak się wobec niej zachowuje. Sam zainteresowany ma zwykle trudności, by według tych kryteriów oceniać swoją miłość wobec drugiego człowieka.

Z powyższych analiz wynika oczywisty wniosek, że ludzie leniwi, egoistyczni, wygodni, nie są zdolni, by dojrzale kochać. Miłość wymaga bowiem pracowitości. Wymaga słów i czynów, które kosztują wiele wewnętrznej dyscypliny, ofiarności, wytrwałej służby na rzecz tych, których chcemy kochać. Nie jest zdolny, by kochać, ten, kto nie ma władzy nad własnym ciałem, kto ulega różnym cielesnym zniewoleniom, popędom, kto kieruje się logiką ciała. Miłość bowiem wykracza poza logikę ciała i wymaga panowania nad własną cielesnością. Miłość nie jest postawą spontaniczną. Jeśli komuś z łatwością przychodzi działanie na rzecz drugiej osoby, jeśli niemal nie może się powstrzymać, by być obecnym w jej życiu, by z nią rozmawiać i by czynić coś w odniesieniu do niej, to raczej nie mamy do czynienia z miłością lecz z zakochaniem, z zależnością od drugiej osoby, z zamaskowaną formą egoizmu.

Jeśli kochamy kogoś w sposób bezinteresowny i dojrzały, to zdobywamy się na słowa i czyny, które wiele kosztują, które często wymagają zwycięstwa nad logiką ciała, nad popędami, nad spontanicznością, nad emocjonalnością, nad tym, co nam przychodzi łatwo i bez wysiłku. Dojrzała i wierna miłość jest działaniem zdyscyplinowanym, ofiarnym. Jest trudem. Jest aktywnością i pracowitością, która staje się możliwa dzięki naszej cielesności, ale która nie jest wyrazem naszej cielesności i która nie wypływa z logiki ciała. Miłość jest wcielonym w działanie wyrazem naszej świadomości, naszej wewnętrznej wolności, naszej hierarchii wartości, naszego poczucia odpowiedzialności, naszej więzi z Bogiem, naszej zdolności podejmowania decyzji i naszej wierności wobec przyjętych zobowiązań. Miłość to nie każde działanie. To nie jakiekolwiek słowa i czyny. Przeciwnie, większość słów i czynów nie jest wyrazem miłości, lecz raczej wyrazem naiwności, wrogości, manipulacji, uzależnień, słabości, grzeszności, agresywności, okrucieństwa. To takich właśnie słów jest najwięcej w naszych środkach przekazu, w programach tv, w czasopismach, w zachowaniach, które zauważamy na naszych ulicach. Tymczasem miłość to te słowa i te czyny, które zwykle kosztują najbardziej, które nie przychodzą nam łatwo i spontanicznie, które rzeczywiście są wyrazem naszej ofiarnej i pracowitej obecności dla innych.

Sama jednak pracowitość nie wystarczy. Spotykając się z rodzinami, dosyć często słyszę wypowiedzi żon czy dzieci, typu: „mój mąż (mój tata) chyba mnie nie kocha. Jest wprawdzie pracowity i stara się uczciwie zarobić na utrzymanie domu, ale nigdy nie okazuje, że się nami cieszy, nie uśmiecha się do nas, nie przytula nas. Zwykle jest milszy wobec ludzi obcych bardziej niż wobec nas. Chyba jest pracowity nie dlatego, że nas kocha, a tylko z poczucia obowiązku czy dla własnych potrzeb”. Tego typu wypowiedź sygnalizuje problem prawdziwy i poważny, który świadczy o tym, że sama pracowitość na rzecz innych nie wystarczy, aby ci inni czuli się przez nas kochani. Jeśli ktoś nie jest zdolny poświęcić nam czasu i wysiłku, to znaczy, że nas nie kocha. Ale jeśli okazuje nam tylko pracowitość, to trudno jest nam uwierzyć w jego czy w jej miłość. Czułość jest więc trzecim - obok obecności i pracowitości - ważnym sposobem okazywania miłości. W niniejszym kontekście słowo „czułość” użyte jest w najszerszym z możliwych znaczeń. Czułość to życzliwy uśmiech i radosne spojrzenie, to miły ton głosu, to gest przyjaznego podania dłoni, to delikatny pocałunek i serdeczny uścisk.

Dojrzała miłość wymaga nie tylko zdolności, by okazywać czułość, lecz także umiejętności dostosowania formy okazywanej czułości do rodzaju więzi, które łączą danych ludzi. Przejawy czułości powinny być zatem proporcjonalne do głębi więzi, która została zbudowana. Najsilniejszą z więzi międzyludzkich na tej ziemi jest więź małżeńska. Z tego właśnie powodu Chrystus mówi, że małżonkowie stają się jednym ciałem. Miłość małżeńska wymaga nie tylko największego stopnia wzajemnej obecności i pracowitości, lecz także największego stopnia wzajemnej czułości. Ponieważ więź małżeńska oznacza miłość wierną i wyłączną, to również najbardziej intymne przejawy czułości między małżonkami muszą być wierne i wyłączne, czyli ograniczające się wyłącznie do samych tylko małżonków. Odnosi się to nie tylko do współżycia seksualnego, lecz także do wszelkich form fizycznej bliskości i pieszczot, właściwych dla więzi małżeńskiej. Drugą co do głębi oraz intensywności - obok więzi małżeńskiej - jest więź rodzinna, czyli więź między rodzicami i dziećmi oraz między rodzeństwem. Tutaj także miłość wyraża się, a jednocześnie umacnia poprzez intensywną czułość emocjonalną i fizyczną w postaci przytulenia, pocałunku oraz innych gestów, wyrażających delikatność, radość i szacunek wobec drugiej osoby.

Ilustracją tego, jak silna jest potrzeba fizycznej bliskości i czułości w kręgu rodzinnym, niech będzie następująca historia. Oto pewien tata postanowił kupić na imieniny swojej sześcioletniej córeczce książkę z bajkami. Dziewczynka była bardzo szczęśliwa. Wdrapała się tacie na kolana i poprosiła, by przeczytał jej tę nową książkę. Następnego dnia, gdy tata wrócił z pracy, historia się powtórzyła. Córeczka przytuliła się do niego i poprosiła, by czytał znowu. W kolejne dni było dokładnie tak samo. Któregoś wieczoru tata wpadł na pomysł, by zarejestrować bajkę na taśmie magnetofonowej. Następnego dnia, gdy córka znowu przybiegła do niego i prosiła o czytanie bajki, on wręczył jej taśmę magnetofonową. Początkowo dziewczynka była tym zainteresowana i pobiegła do magnetofonu, by posłuchać nagrania. Jednak już po kilku minutach wróciła do taty, wdrapała się mu na kolana i poprosiła, by znowu zaczął czytać jej książkę. Zdziwiony tata spytał, dlaczego nie chce słuchać nagrania magnetofonowego. Wtedy córeczka odpowiedziała: „bo ja nie mogę usiąść magnetofonowi na kolanach”. Sprawą najważniejszą dla dziewczynki nie było wysłuchanie bajki kolejny raz, lecz przebywanie blisko taty i przytulenie się do niego.

W więziach pozarodzinnych czułość nie jest wyrażana w sposób tak częsty, intensywny i intymny. Wynika to właśnie z wyżej wspomnianej zasady, że człowiek, który dojrzale kocha, potrafi dobierać przejawy i gesty czułości w sposób odpowiedzialny, czyli proporcjonalny do rodzaju więzi, zbudowanych między danymi osobami. Z natury rzeczy znaki czułości pełnią istotną rolę w więziach, które nazywamy przyjaźnią, a także w więziach między narzeczonymi. Warto pamiętać, że podstawowe wyrazy ludzkiej czułości (życzliwe spojrzenie, ton głosu, uśmiech, podanie dłoni) pełnią istotną rolę we wszystkich rodzajach więzi międzyludzkich. Także między ludźmi zupełnie sobie obcymi, którzy spotykają się przypadkowo na ulicy, w sklepie czy autobusie. Słusznie mówi się, że uśmiech jest najkrótszą drogą do drugiego człowieka. Życzliwy uśmiech czy miły gest usuwa niepokój, lęk, poczucie zagrożenia i niepewności.

Zachęcając do okazywania czułości, jeszcze raz chcę podkreślić, że konieczna jest proporcjonalność między kontaktem fizycznym i fizyczną czułością a rodzajem istniejącej więzi! Zwłaszcza kontakt intymny, który posiada bogate konsekwencje psycho-fizyczne, duchowe, moralne, społeczne i religijne, musi kierować się bardzo konkretnymi zasadami i jasnymi prawami. Jeśli jakieś dziecko przytula się do obcych osób, to mówimy o chorobie sierocej. Jeśli czyni to ktoś dorosły, to nikt nie ma wątpliwości, że jest to przejaw poważnych zaburzeń psychicznych. Jasne normy i ograniczenia uznawane są nawet przy podawaniu ręki, choć taki gest nie ma przecież istotnego znaczenia dla psychiki danego człowieka czy dla jego prawidłowego rozwoju. Tymczasem żyjemy w czasach, w których podobnie jasne i stanowcze normy kwestionowane są np. w odniesieniu do intymnych pieszczot, a nawet w odniesieniu do współżycia seksualnego. To dramatyczny przejaw chorej cywilizacji, która powoduje u wielu ludzi poważne zranienia psychiczne i moralne. Czułość nieodpowiedzialna staje się bowiem czułością szkodliwą, wprowadzającą w błąd, a nawet czułością trującą.

Czułość powinna być okazywana dla dobra drugiej osoby i ze względu na jej potrzeby, a nie ze względu na nasze własne potrzeby. Innymi słowy chodzi o czułość, która jest bezinteresownym darem, która jest mądrą odpowiedzią na sytuację i potrzeby drugiej osoby, a nie sposobem zaspakajania własnych pragnień czy oczekiwań. Zasada ta odnosi się w sposób szczególny do czułości, którą dorośli okazują dzieciom czy młodzieży. Dla przykładu, obserwujemy czasem rodziców, „obsypujących” swoje pociechy mnóstwem przejawów czułości, które wprowadzają tych drugich w zakłopotanie, a nawet w stany rozdrażnienia czy buntu. Zabawną ilustracją tego typu zagrożenia jest sytuacja, w której przesadnie czuła mama, pochylona nad kołyską swojego pięcioletniego synka, śpiewa mu kolejną kołysankę, aż wreszcie synek pyta: „mamusiu, czy ja mogę już zasnąć, czy ty chcesz jeszcze śpiewać?”. Prawdopodobnie mama „bombarduje” synka czułymi kołysankami, nie dlatego, że on tego w tym momencie potrzebuje, lecz dlatego, że ona sama lubi takie piosenki. Dojrzała, odpowiedzialna czułość to zatem rodzaj służby, rodzaj czułej pracowitości na rzecz innych. To coś, co kosztuje wysiłku i dyscypliny, bo przecież w wielu sytuacjach uśmiech, życzliwy ton głosu, przytulenie czy miły gest to zachowania, które wcale nie przychodzą spontanicznie i bez wysiłku. Przeciwnie, często wymagają świadomości, mobilizacji, siły woli, koncentracji na przeżyciach i potrzebach innych ludzi. Codzienne życie nie jest zwykle podobne do romantycznych randek we dwoje, gdzie okazywanie czułości jest czymś zupełnie oczywistym i łatwym. Jeśli przychodzi nam z dużą łatwością i całkiem spontanicznie okazywanie czułości, to warto wtedy o refleksję, czy nasza czułość jest rzeczywiście darem dla innych, czy też może jest ona raczej nieświadomym egoizmem i szukaniem głównie własnej przyjemności.

Dojrzałe wyrażanie miłości oznacza, że istnieją właściwe proporcje między pracowitością a czułością. Ktoś, kto jest tylko pracowity, ale zupełnie niezdolny do okazywania czułości, będzie miał trudności w upewnieniu najbliższych sobie ludzi, że ich kocha. Podobnie ktoś, kto łatwo i często wyraża swoją czułość wobec innych, lecz jednocześnie okazuje się człowiekiem leniwym i lekceważącym swoje obowiązki wobec tych osób (np. wobec współmałżonka czy dzieci), nie powinien się łudzić, że ich naprawdę kocha. Żyjemy w czasach, w których wiele osób ma trudności ze znalezieniem właściwej równowagi w wyrażaniu miłości za pośrednictwem pracowitości i czułości. Coraz częściej obserwujemy w tym względzie postawy skrajne i niepokojące. Z jednej strony jest coraz więcej ludzi zdolnych jedynie do wyrażania swej troski o innych poprzez aktywność, wysiłek fizyczny, ciężką pracę. Ludzie ci wpadają jednak w kryzys wtedy, gdy kochane przez nich osoby potrzebują i oczekują choćby tylko najbardziej podstawowych przejawów czułości. Z drugiej strony sporo jest takich ludzi, którym łatwo przychodzi wyrażanie czułości, nawet w miejscach publicznych czy przed kamerami telewizyjnymi, ale mają oni wielkie trudności wtedy, gdy trzeba miłość wyrazić i potwierdzić wytrwałą pracą, zdyscyplinowanym wysiłkiem, regularnym trudem fizycznym, zapanowaniem nad zmęczeniem.

Zdecydowana większość ludzi ma świadomość, że należy unikać powyższych skrajności, oraz że w życiu małżeńskim i rodzinnym czułość jest ogromnie cenna i potrzebna. Mimo to sporo osób doświadcza trudności, a nawet całkowitych zahamowań w okazywaniu czułości. Może być to związane z błędnym wychowaniem, z brakiem doświadczenia czułości we własnym dzieciństwie, z niedocenianiem tego aspektu w budowaniu więzi międzyludzkich. Tacy ludzie powstrzymują się od okazywania czułości, albo ich czułość staje się formalna, sztywna, oficjalna, ograniczona do jakichś szczególnych okazji, np. świąt czy imienin. Przykładem bolesnych konsekwencji takiej właśnie formalnej jedynie i nie wystarczającej czułości, jest następująca sytuacja. Oto pewna matka przyprowadza do psychologa piętnastoletnią córkę. Kobieta jest bardzo zaniepokojona. Wyjaśnia psychologowi, że córka już od dawna była wobec niej agresywna, ale kilka dni temu przebrała wszelką miarę. Zaatakowała matkę nożem. Na szczęście nie doszło do tragedii. Psycholog pyta córkę o powód jej agresywności. Ona odpowiada: „zaatakowałam mamę, gdyż jest mi przykro, bo mama już od dawna nie okazuje mi czułości”. Poproszona o wyjaśnienie, mama odpowiada: „to prawda, że nie okazuję córce czułości, ale tylko dlatego, że ona tego nie chce”. Wtedy córka wyjaśnia: „nie chcę takiej sztucznej, oficjalnej tylko czułości, którą mama okazuje mi jedynie od święta. W inne dni mama jest nieczuła i nie daje mi prawa przytulić się do niej, gdy ja mam taką potrzebę”.

Chrystus, który jest najdoskonalszym wzorem dojrzałej miłości, jest też najdoskonalszym wzorem dojrzałej i zrównoważonej czułości. On wzruszał się ludzką niedolą, litował się nad cierpiącymi, zapłakał nad grobem przyjaciela, brał w objęcia dzieci, pozwalał, by się do Niego przytulali nawracający się grzesznicy i by dotykali Go chorzy, szukający uzdrowienia.

Jakże podobną postawę zajmuje Ojciec Święty, Jan Paweł II. Dla człowieka XX-tego wieku jest on najbardziej czytelnym znakiem czułej miłości Boga. Z ojcowską czułością całuje dzieci, młodzież i dorosłych. Przytula chorych, osamotnionych, odrzuconych. Na wszystkich patrzy z ciepłym uśmiechem. Dla każdego znajduje przyjazny gest i życzliwe spojrzenie. Jego pielgrzymki do ludzi wszystkich kontynentów są wzruszającym wyrazem miłości, która staje się obecna nie tylko przez ofiarną pracowitość, lecz także poprzez subtelną czułość. Wymownym zapisem tej papieskiej czułości są tysiące zdjęć, pokazujących postawę Ojca Świętego wobec ludzi tej ziemi. Jana Pawła I nazwano papieżem uśmiechu. Jana Pawła II można chyba nazwać papieżem czułości.

8. Szacunek i troska o ludzkie ciało

Zajęcie dojrzałej postawy wobec ludzkiego ciała wymaga nie tylko odkrycia jego sensu oraz nauczenia się pracowitej i czułej obecności. Wymaga także nauczenia się szacunku dla cielesności człowieka. Skoro moja cielesność jest mi potrzebna po to, bym mógł wyrażać miłość, bym mógł naśladować słowa i czyny Jezusa Chrystusa, to ciało nie jest czymś zbędnym ani drugorzędnym. Jest czymś cennym. Przysługuje mu ta sama godność, która przysługuje człowiekowi. Do ludzkiego ciała należy odnosić się zatem z szacunkiem oraz z uwzględnieniem wszystkich zasad moralnych, które odnoszą się do człowieka. Z tego właśnie względu św. Paweł przypomina nam, że ludzkie ciało jest świątynią Ducha Świętego, że jest mieszkaniem Boga i że zostało przez Stwórcę powołane do świętości.

Ludzkiego ciała nie można zatem wyłączyć z tajemnicy człowieka. Nie można go wyłączyć z powołania do świętości, ani z wymiaru moralnego. Każda próba takiego wyłączenia ludzkiej cielesności z godności i powołania człowieka jest przejawem swoistego rodzaju schizofrenii, przejawem wewnętrznego rozbicia i głębokiego kryzysu poszczególnych osób, środowisk a nawet całych cywilizacji. Przykładem może tu być wspomniana wcześniej próba rozróżniania między „psychiczną” a „fizyczną” zdradą małżeńską, w celu „usprawiedliwienia” tej ostatniej. Tego typu próba oddzielania ciała od psychiki jest albo wyrazem cynizmu danej osoby, albo też rzeczywistego rozdwojenia osobowości, zwanego w psychologii schizofrenią. Postawa wobec ludzkiej cielesności okazuje się jednym z najważniejszych sprawdzianów postawy wobec człowieka. Nasz rachunek sumienia - indywidualny i społeczny - musi więc obejmować refleksję nad naszą postawą wobec własnego ciała, a także wobec cielesności innych ludzi.

Brak szacunku dla ludzkiego ciała charakteryzuje wszystkiego rodzaju cywilizacje śmierci, które doprowadziły ostatecznie do pogardy dla całego człowieka. Przypomnijmy, że przez hitlerowskich nazistów ludzkie ciało było traktowane jak rzecz, jak surowiec do produkcji mydła czy szczotek. Podobnie przez aparat komunistycznej przemocy ludzkie ciało było maltretowane i poniżane. Dlatego właśnie wielkim niepokojem napawa lekceważenie godności ludzkiego ciała również poprzez cywilizację, w której żyjemy. Przykładów pogardy dla ludzkiego ciała można niestety w naszych czasach dostrzec wiele, poczynając od prostytucji i pornografii, gdzie ciało jest traktowane jak rzecz, którą można wykorzystać czy sprzedać. W podobnym kierunku zmierzają eksperymenty z klonowaniem, których celem jest reprodukowanie ludzi na „części zamienne” dla bogatych. Na szczęście eksperymenty ze zwierzętami pokazują, że sama natura stawia tutaj tamę, gdyż sklonowane organizmy okazują się w swych istotnych cechach biologicznych tak samo stare, jak komórki dawcy. Chrześcijanin to ktoś, kto odnosi się z szacunkiem do własnego ciała i do ciała innych ludzi. To ktoś, kto ceni ludzką cielesność i chroni ją przed każdą formą traktowania ciała na sposób rzeczy, surowca czy towaru na sprzedaż. To ktoś, kto wie, że brak szacunku dla ludzkiego ciała nieuchronni prowadzi do braku szacunku dla całego człowieka.

Podstawowym przejawem szacunku wobec cielesności człowieka jest właściwa troska o ciało. Skoro ciało umożliwia człowiekowi wyrażanie widzialnej miłości, skoro uczestniczy w godności osoby ludzkiej, to należy dbać o cielesność, o zdrowie fizyczne, o prawidłowe odżywianie, o odpowiedzialny tryb życia. Trudno jest przecież kochać spotykanych ludzi, gdy nasze ciało jest przemęczone, chore czy zaniedbane. Trudno wtedy o życzliwą obecność, o wytrwałą pracowitość, o cierpliwą czułość. Minimum troski o ciało wyraża się w respektowaniu przykazania: nie zabijaj, nie wyrządzaj krzywdy w sferze cielesnej ani samemu sobie, ani drugiemu człowiekowi. Można w tej dziedzinie podać bardzo konkretne wskazania: nie pal nikotyny, nie sięgaj po narkotyki, nie pij alkoholu w wieku rozwojowym, nie nadużywaj alkoholu w wieku dorosłym. Nie sięgaj po substancje chemiczne, które niszczą równowagę hormonalną twego organizmu (np. tabletki antykoncepcyjne czy odchudzające). Nie przejadaj się, ani nie doprowadź do niedożywienia organizmu. Nie wyrządzaj sobie krzywdy niezdrowym trybem życia: niedostatkiem snu, przemęczeniem, brakiem ruchu i świeżego powietrza.

Jednak troska o ciało to coś więcej niż tylko powstrzymywanie się od wyrządzania sobie krzywdy. To także dążenie do zachowania zdrowia oraz do osiągnięcia dobrej kondycji fizycznej. Troska w tym pozytywnym znaczeniu ważna jest zwłaszcza w wieku rozwojowym, gdyż okres ten w dużym stopniu decyduje o stanie fizycznym naszego organizmu w dorosłym życiu. Troska o zdrowie to odpowiedzialne odżywianie się, dostosowane do wieku, płci i rodzaju aktywności danej osoby. To właściwy tryb życia, który zapewnia równowagę wysiłku, odpoczynku i snu. To troska o ekologię ciała, by nie tylko powietrze, ziemia i woda były czyste, lecz także by nasze najważniejsze środowisko naturalne, czyli nasza cielesność nie była zatruta fizycznie, chemicznie czy psychicznie. Właściwa troska o zdrowe ciała to nie tylko sprawa dobrej woli. Troska o zdrowie wymaga dobrej znajomości ludzkiej cielesności. Wymaga również znajomości podstawowych potrzeb fizycznych naszego organizmu, a także fizjologii i specyfiki ciała danej płci. Przyjrzyjmy się teraz bliżej temu ostatniemu aspektowi.

Najważniejsza różnica między płciami to fakt, że kobiety mają spontaniczną tendencję i większą łatwość, by funkcjonować bardziej w świecie osób, podczas gdy mężczyźni mają spontaniczną tendencję i większą łatwość, by funkcjonować bardziej w świecie rzeczy. Z tej podstawowej różnicy wynika między innymi odmienność fizyczna obu płci. W sferze cielesnej podstawowe różnice między kobietą a mężczyzną nie ograniczają się do różnic w wyglądzie zewnętrznym (np. odmienny wzrost, waga, sylwetka) czy do odmiennej budowy narządów rodnych. Najbardziej istotna różnica wynika z faktu, że ciało kobiety dostosowane jest bardziej do wymagań związanych z funkcjonowaniem w świecie osób, podczas gdy ciało mężczyzny dostosowane jest bardziej do wymagań związanych z działaniem w świecie rzeczy. Innymi słowy organizm mężczyzny lepiej radzi sobie z "oporem" i wymaganiami, jakie stawia funkcjonowanie w świecie rzeczy, a organizm kobiety lepiej radzi sobie z potrzebami i zadaniami, które trzeba podjąć w świecie osób. Aktywność w świecie osób wymaga nieco innych cech fizycznych, niż aktywność w świecie rzeczy. Osoby wymagają bowiem zwykle stałej obecności fizycznej, stałej troski, rozmowy, dzielenia się przeżyciami, czułości, pomocy i służby, której często nie da się uregulować kodeksem pracy czy z góry ustalonym wymiarem godzin. W świecie osób trzeba być zawsze na "dyżurze", ciągle do dyspozycji. Nie jest tu natomiast z reguły konieczne dysponowanie dużą siłą fizyczną, czy podejmowanie wielkiego jednorazowego wysiłku fizycznego. Funkcjonowanie w świecie osób nie wymaga specjalnej siły fizycznej, lecz cierpliwości, stałej aktywności, zdolności do wysiłku długofalowego, nieraz dosłownie dzień i noc, jak w przypadku mamy troszczącej się o małe dzieci. I taki właśnie jest organizm kobiety: słabszy od organizmu mężczyzny, gdy chodzi o zdolność do jednorazowego wysiłku, ale silniejszy, gdy chodzi o zdolność do stałej i długotrwałej aktywności.

Z kolei organizm mężczyzny jest z reguły zdolny do znacznie większego wysiłku fizycznego niż organizm kobiety, ale za to wysiłek ten musi być bardziej ograniczony w czasie. I takie są właśnie wymagania stawiane przez świat rzeczy. Czasem trzeba podnosić duże ciężary i bardzo intensywnie pracować, ale po kilku godzinach pracy świat rzeczy można dosłownie zamknąć na kłódkę (np. warsztat, fabrykę czy biuro) i spokojnie udać się na wielogodzinny odpoczynek. Natomiast funkcjonowanie w świecie osób raczej nigdy nie pozwala na "spokojne" udanie się na odpoczynek. Można zatem powiedzieć, że kobiety - wbrew dominującym stereotypom myślenia - nie są płcią słabszą, lecz okazują się płcią silną w odmienny sposób, według odmiennych kryteriów. Różnica ta jest wrodzona i - wbrew poglądom skrajnych feministek - ma swoje podłoże anatomiczne, a nie jedynie psychiczne. Otóż istnieje odmienna proporcja mięśni poprzecznie i podłużnie prążkowanych w organizmie kobiety i mężczyzny i to decyduje o wyżej opisanych różnicach.

Odpowiedzialna troska o ciało i o zdrowie fizyczne powinna uwzględniać sygnalizowane tutaj odmienności. Oznacza to, że tryb odżywiania, tryb aktywności i wypoczynku, a także rodzaj podejmowanych prac, musi respektować odmienne możliwości i ograniczenia organizmu kobiety i mężczyzny. Dla przykładu, gdyby kobieta miała pracować w kopalni czy grać w hokeja, to jej organizm znacznie szybciej doznałby uszczerbku niż organizm mężczyzny. Gdyby natomiast mężczyzna przejął np. rolę matki opiekującej się dzień i noc małymi dziećmi, to nie tylko przyszłoby mu to z większym trudem, lecz ponadto znacznie szybciej odczułby wyczerpanie fizyczne. Drobnym, ale jakże wymownym przykładem w tym względzie, jest znacznie większa zdolność organizmu kobiecego do radzenia sobie z zakłóceniem snu. Jeśli trzeba wstawać w nocy do dziecka lub do osoby chorej, to kobieta szybciej się rozbudzi, ale także z reguły znacznie łatwiej niż mężczyzna zaśnie ponownie. Z kolei organizm mężczyzny potrzebuje więcej czasu zarówno na rozbudzenie się, jak i na ponowne zaśnięcie. Fakt, że to zwykle właśnie mama, a nie tata, wstaje do dziecka w nocy, nie musi więc świadczyć o tym, iż mama kocha dziecko bardziej niż tata lecz, że jej organizm jest bardziej dostosowany do tego typu okazywania miłości kosztem własnego snu. Z kolei tacie łatwiej jest okazywać miłość i czułość np. poprzez noszenie dziecka na rękach czy przesuwanie ciężkich mebli w jego pokoju.

Aplikacje pedagogiczne powyższych analiz są oczywiste. Rodzice i inni wychowawcy powinni przestrzegać przed modnym obecnie negowaniem różnic - w tym także negowaniem odmienności w fizycznej sprawności - między dziewczętami i chłopcami. Troska o zdrowie i prawidłowy rozwój fizyczny wymaga bowiem, by chłopcy i dziewczęta umieli dostosować rodzaj odżywiania, tryb życia, aktywność sportową czy przygotowanie zawodowe do specyficznych możliwości i ograniczeń własnego ciała.

Istotną dla właściwej troski i postawy wobec cielesności jest także świadomość odmienności hormonalnej między organizmem kobiety a mężczyzny. Szczególnie ważne w tym aspekcie jest uświadamianie dziewczętom, iż w ich organizmie występuje większa niż u mężczyzn zmienność hormonalna i że zmienność ta wpisana jest strukturalnie w kobiecy rytm płodności. Ponieważ istnieje ścisły związek między sytuacją hormonalną organizmu a samopoczuciem psycho-fizycznym, to też dziewczęta i kobiety przeżywają większą niż chłopcy i mężczyźni zmienność nastrojów. Jeśli dziewczęta nie zdają sobie sprawy z tej zależności, to doświadczana przez nie zaskakująca i bolesna nieraz zmiana samopoczucia może być powodem nieuzasadnionych lęków o stan zdrowia, może powodować trudności w zaakceptowaniu własnej kobiecości, a nawet może doprowadzić do buntu wobec własnej płci. Specyficznym zadaniem dziewcząt jest zatem poznawanie rytmu zmienności hormonalnej własnego organizmu oraz uczenie się przewidywania swojego samopoczucia i nastrojów. Tego typu umiejętność eliminuje aspekt zaskoczenia w okresie gorszego samopoczucia, a jednocześnie umożliwia dostosowanie rytmu pracy i odpoczynku oraz rodzaj podejmowanej aktywności do sytuacji psycho-fizycznej organizmu w danym momencie.

Motywując wychowanków do troski o zdrowie warto przypominać zwłaszcza dziewczętom, że powinny dbać o właściwy rozwój fizyczny nie tylko ze względu na odpowiedzialność za własne zdrowie, lecz także ze względu na zdrowie ich przyszłych dzieci. Na organizm dziecka ma oczywiście wpływ również sytuacja psycho-fizyczna ojca, ale wpływ kondycji psycho-fizycznej matki jest jeszcze bardziej bezpośredni i decydujący. Przypominanie tego faktu przez rodziców i innych wychowawców okazuje się dla wielu dziewcząt skutecznym argumentem, by nie wyrządzać sobie fizycznych szkód, np. przez czynne lub bierne palenie, przez sięganie po substancje zawierające hormony (np. tabletki antykoncepcyjne i odchudzające oraz leki psychotropowe) przez picie alkoholu czy niewłaściwe odżywianie.

Kolejnym zadaniem wychowawców jest wyjaśnianie chłopcom i dziewczętom, że różnice między kobietą a mężczyzną - stawiające konkretne zadania wychowawcze w odniesieniu do ich cielesności- dotyczą nie tylko odmiennych predyspozycji, co do rodzaju aktywności i wysiłku fizycznego, czy co do wpływu na stan zdrowia potomstwa. Różnice te dotyczą także odmiennego funkcjonowania poszczególnych narządów zmysłów. Przyjrzyjmy się teraz bliżej temu zagadnieniu. Gdy chodzi o wzrok, to statystycznie kobieta widzi więcej, lepiej, szerzej, barwniej i jaśniej niż mężczyzna. Jest to związane z tym, że w siatkówce, z tyłu gałki ocznej, znajduje się więcej światłoczułych pręcików i czopków u kobiet niż u mężczyzn. Z tego względu kobietom łatwiej przychodzi dostrzeżenie wielu szczegółów, które uchodzą uwadze mężczyzn. Łatwiej im np. o harmonijny dobór ubrań czy zestawu kolorów. Sprawniejsze działanie wzroku u kobiet nie jest przypadkowe. Wynika ono z tego, że w świecie osób potrzebny jest znacznie lepszy wzrok niż w świecie rzeczy. Z tego względu kobieta nie tylko widzi lepiej fizycznie. Widzi też lepiej psychicznie, bardziej w głąb, bo tego wymaga dobre funkcjonowanie w świecie osób. Dla przykładu kobieta z reguły łatwiej niż mężczyzna zauważy nawet drobne zmiany w układzie ust czy mimice twarzy drugiej osoby. Zadaniem wychowawców jest w tej sytuacji pomaganie dziewczętom, by pielęgnowały i doskonaliły swoje szczególne predyspozycje wzrokowe, gdyż w przyszłości głównie od nich będzie zależeć to, jak będzie wyglądał ich dom, jak będzie ubrany ich mąż i ich dzieci, co będą umieli dostrzegać ich najbliżsi. Dojrzała kobieta to ktoś, kto potrafi swoim wzrokiem dostrzec dosłownie wszystko: od kurzu na meblach do subtelnych, „niewidocznych” zmian w wyrazie twarzy czy spojrzeniu drugiej osoby. Z kolei w odniesieniu do chłopców zadaniem wychowawców jest pomaganie im, by ćwiczyli i rozwijali swoją wrażliwość wzrokową. Będą wtedy mogli prawidłowo funkcjonować nie tylko w świecie rzeczy, lecz także w świecie osób.

Oprócz szczególnych predyspozycji wzrokowych, kobiety z reguły dysponują także lepszym słuchem niż mężczyźni. Stąd właśnie bierze się łatwo dostrzegalny fakt, że kobiety na ogół śpiewają chętniej i lepiej niż mężczyźni. Z tego samego powodu żona zwykle łatwiej niż mąż usłyszy w nocy płacz dziecka. Prawdą jest oczywiście i to, że miłość "wyostrza" słuch, lecz nie zmienia to faktu, że już w punkcie wyjścia kobieta dysponuje lepszymi niż mężczyzna predyspozycjami w tym względzie. Podobnie jak w odniesieniu do wzroku, także tutaj nie chodzi jedynie o to, że kobieta ma lepszy słuch w sensie fizycznym. Kobieta z reguły lepiej i łatwiej słyszy też "w głąb". Dla przykładu, jeśli mąż wraca z pracy z jakimś problemem i - nie chcąc niepokoić żony - stwierdza na powitanie, że w fabryce wszystko jest w porządku, to może spotkać się z zaskakującą reakcją z jej strony. Może usłyszeć zdanie typu: "mężu, co ci się dzisiaj stało?". W tego typu sytuacji mężczyzna bywa zaskoczony i może pomyśleć, że żona czyta w jego myślach lub że ma niezwykłą intuicję. A ona po prostu słyszy, że mężowi drży dzisiaj głos i że mówi on zmieniony tonem. Tymczasem on sam tego nie słyszy. Różnice we wrażliwości słuchowej mogą prowadzić do bolesnego zdumienia ze strony żony, gdy odwrócimy tę sytuację. Załóżmy, że to nie mąż lecz żona ma jakieś zmartwienie i cierpi. Nie chcąc niepokoić męża, nie mówi o tym wprost, lecz jest przekonana, że mąż i tak zauważy jej cierpienie w zmienionym wyrazie twarzy oraz usłyszy niespokojny ton jej głosu. Kiedy przekonuje się, że tak nie jest, wątpi w jego miłość i zatroskanie o nią. Czasami może oczywiście tak właśnie być. Ale często tego typu "niewrażliwość" mężczyzny wynika jedynie z tego, że nie dysponuje on tak wyczulonym i wrażliwym wzrokiem i słuchem jak kobieta.

W tej sytuacji zadaniem wychowawców jest pomaganie dziewczętom, by doskonaliły swój słuch, zwłaszcza w kontekście relacji międzyludzkich. Chodzi tu np. o zdolność rejestrowania tonu głosu czy nastroju wypowiedzi drugiej osoby. Rozwijanie tego typu sprawności fizycznej bardzo ułatwi im empatyczne wczuwanie się w przeżycia drugiego człowieka oraz umożliwi budowanie pogłębionych więzi międzyludzkich. W odniesieniu do chłopców zadaniem wychowawców jest mobilizowanie ich, by uczyli się wsłuchiwać nie tylko w świat rzeczy (muzyka, komputer, odgłos silnika samochodowego), ale także by ćwiczyli umiejętność wsłuchiwania się w świat osób, w odczucia, przeżycia, wewnętrzne stany tych ludzi, z którymi się kontaktują.

Gdy chodzi o kolejne różnice w budowie i funkcjonowaniu narządów zmysłów, to statystycznie kobiety dysponują znacznie lepiej niż u mężczyzn działającym powonieniem i smakiem. Z tego właśnie powodu okazują się z reguły wrażliwsze od mężczyzn na zapachy i doznania smakowe. Stąd właśnie bierze się znany fakt, że kosmetyki są zdecydowanie bardziej atrakcyjne dla kobiet niż dla mężczyzn oraz że kobietom z reguły łatwiej przychodzi przyrządzenie smacznych potraw czy napojów. Zadaniem wychowawców jest pomaganie dziewczętom, by doskonaliły swoje wrodzone predyspozycje węchowo-smakowe, a jednocześnie mobilizowanie chłopców, by nie lekceważyli tej sfery życia, w której dziewczęta i kobiety są szczególnie wrażliwe.

Jeszcze bardziej wyraźne różnice dotyczą dotyku. W jednym z eksperymentów w USA robiono pomiary wrażliwości dotykowej u kobiet i u mężczyzn. Okazało się, że w tej dziedzinie skale między mężczyznami a kobietami w ogóle na siebie nie zachodzą. Oznacza to, że w badanej grupie najmniej wrażliwa z kobiet odznaczała się i tak większą wrażliwością w dotyku niż najbardziej wrażliwy w tym względzie mężczyzna. Podobnie jak w przypadku innych narządów zmysłów, tak i tutaj większa wrażliwość dotykowa u kobiet jest związana z predyspozycjami do kontaktu ze światem osób. Z reguły bowiem potrzebna jest znacznie większa wrażliwość, precyzja i delikatność dotykowa w kontakcie z osobami niż w kontakcie z rzeczami. Fakt ten wykorzystuje się od dawna chociażby w przemyśle precyzyjnym (np. przy produkcji zegarków czy podzespołów komputerowych), gdzie zatrudniane są o wiele częściej kobiety niż mężczyźni właśnie dlatego, że dysponują one bogatszym unerwieniem opuszków palców oraz znacznie wrażliwszą i precyzyjniejszą pracą dłoni. Mniejsza wrażliwość dotykowa u mężczyzn w stosunku do kobiet jest niemal przysłowiowa. Ilustruje ją następująca anegdota. Oto żona wraca z zakupami i zagląda do łazienki, gdyż słyszy tam plusk wody. Widzi męża pochylonego nad wanną, który ciągnie za uszy po powierzchni wody ich kilkumiesięcznego synka. Przerażona pyta męża, dlaczego kąpie on dziecko w taki właśnie sposób, na co słyszy odpowiedź: „chyba nie chcesz, żebym sobie poparzył ręce”. Komentując nieco ironicznie powyższą anegdotę można powiedzieć, że mężczyźni dysponują na tyle wrażliwym dotykiem, by czuć, iż np. woda do kąpieli jest zbyt gorąca, ale za mało wrażliwym, by czuć, że także drugi człowiek odczuwa podobnie.

Zadaniem wychowawców jest pomaganie dziewczętom, by pielęgnowały wrodzoną im wrażliwość dotykową, która jest bardzo cenna w kontakcie z drugim człowiekiem, gdyż umożliwia np. delikatne i czułe pielęgnowanie niemowląt czy też odnoszenie się z podobną wrażliwością do osób chorych i w podeszłym wieku. Dziewczęta nie powinny zatem wykonywać prac czy form aktywności, które niszczą właściwą im delikatność i wrażliwość dotyku. Z kolei w odniesieniu do chłopców zadaniem rodziców i innych wychowawców jest pomaganie im, by ćwiczyli sprawności manualne oraz by dbali o pogłębianie wrażliwości dotykowej.

Różnice anatomiczne między kobietą a mężczyzną nie kończą się na odmiennym działaniu narządów zmysłów. Dotyczą one również budowy i funkcjonowania mózgu. Jeszcze do niedawna badaniom poddawano jedynie mózg mężczyzny, gdyż naukowcy zakładali, że jest on identyczny jak u kobiety. Tymczasem okazuje się, że także mózg ludzki ma swoją płeć: istnieje mózg płci męskiej i żeńskiej. Rzadko przytaczane są wyniki tych badań, gdyż żyjemy w czasach, w których mówienie o różnicach między płciami jest na ogół źle widziane w środowiskach opiniotwórczych. Tymczasem istotne różnice między płciami, w tym także różnice w budowie mózgu, są obecnie niepodważalnym, chociaż wciąż niepopularnym faktem naukowym. Już od dawna badacze dostrzegali odmienność w budowie mózgu, a także różnice w myśleniu między kobietami a mężczyznami. Niektóre interpretacje tych różnic mogą dzisiaj już tylko śmieszyć. Dla przykładu Bayerthal w 1911 roku pisał, że kobiety nie mogą być genialne, bo do tego potrzebny jest obwód głowy powyżej 53 cm, co u kobiet nie jest spotykane. Z kolei Weksler wnioskował, że inteligencja mężczyzn zdecydowanie przewyższa inteligencję kobiet, gdyż w rozwiązywaniu testów z labiryntami aż w 99% przypadków bezsporną wyższość wykazują mężczyźni. Nikogo jednak nie zastanowił fakt, że testy te opracowywali jedynie mężczyźni i że być może kobiety są zbyt inteligentne, aby zajmować się czymś tak mało ważnym jak zabawy z labiryntem.

Przypatrzy się bardziej szczegółowo ludzkiemu mózgowi płci męskiej i żeńskiej. W obu wypadkach mózg podzielony jest na dwie półkule. Lewa strona mózgu u kobiet i mężczyzn odpowiada głównie za sprawności werbalne oraz za myślenie logiczne. Prawa półkula odpowiada za informacje wizualne i przestrzenne, a także za emocje. Na tym jednak kończą się podobieństwa między mózgiem kobiety i mężczyzny. Mózg płci męskiej charakteryzuje się bowiem większą specjalizacją poszczególnych ośrodków kory mózgowej, podczas gdy mózg kobiecy działa bardziej całościowo. Ponadto u kobiet obie półkule mózgowe są ze sobą o wiele lepiej powiązane połączeniami neurologicznymi. Dzieje się tak dzięki ciału modzelowatemu, które znajduje się u podstawy półkul mózgowych i składa się z wiązek włókien nerwowych. Istotny obszar tego ciała jest u kobiet grubszy i bardziej bulwiasty niż u mężczyzn.

Konsekwencje praktyczne sygnalizowanych różnic są ogromne. Mózg kobiet działa bardziej całościowo i lepiej radzi sobie ze złożonymi informacjami intelektualno-emocjonalnymi. Tutaj właśnie tkwi tajemnica przysłowiowej intuicji kobiet. Kobiecie łatwiej jest jednocześnie kojarzyć informacje werbalne, wizualne i emocjonalne. Z kolei mózg mężczyzn ma większą specjalizację w ramach poszczególnych ośrodków kory mózgowej. Z tego powodu mężczyznom łatwiej jest o precyzyjne analizowanie mniejszych i prostszych jednostek informacyjnych. Mózg kobiecy jest zatem lepiej przystosowany do analizowania informacji typowych dla świata osób, natomiast mózg mężczyzn przystosowany jest lepiej do analizowania informacji typowych dla świata rzeczy.

Zadaniem wychowawców jest pomaganie wychowankom, by coraz lepiej radzili sobie z analizowaniem i przyswajaniem zarówno informacji abstrakcyjnych, oderwanych od emocji i więzi międzyludzkich - co z reguły przychodzi łatwiej chłopcom -, jak również złożonych informacji ze świata więzi międzyludzkich, gdzie jednocześnie trzeba uwzględniać aspekt intelektualny, emocje, wymiar estetyczny i artystyczny - co z reguły okazuje się łatwiejsze dla dziewcząt.

9. Zrozumieć język ciała

Kolejnym warunkiem zajęcia dojrzałej postawy wobec ludzkiej cielesności jest rozumienie języka ciała. Nie możemy troszczyć się o coś, ani respektować czegoś, czego nie rozumiemy. Ciało „mówi” do nas nieustannie. Pierwszym zadaniem jest wsłuchanie się w to, co ciało komunikuje nam o samym sobie, czyli o naszej sytuacji fizycznej. Bywa tak, że ktoś wyrządza krzywdę swemu ciału, np. poprzez palenie papierosów, nadużywanie alkoholu, niedosypianie czy przez niezdrowy tryb życia i tak się do tego stanu „przyzwyczaja”, że nie słyszy już ciała, które „wykrzykuje” swój protest, np. poprzez bóle głowy, stałe poczucie zmęczenia, brak koncentracji, drażliwość, itp. Zajęcie dojrzałej postawy wobec cielesności wymaga zatem najpierw uważnego wsłuchiwania się w to, co mówi nam ciało, aby w odpowiedzialny sposób respektować jego słuszne potrzeby.

Ludzkie ciało potrafi jednak mówić nam nie tylko o samym sobie. Potrafi powiedzieć nam coś znacznie więcej. Ponieważ w człowieku istnieje ścisła jedność wszystkich elementów, to nasze ciało odczuwa i wyraża na swój sposób to, co dzieje się w naszej sferze psychicznej, moralnej, religijnej czy społecznej. Wszystko to zostaje zapisane w naszej cielesności i odbija się - jak w lustrze - w naszym samopoczuciu fizycznym. Gdy ktoś rozmawia z przyjacielem, to cieszy się także jego ciało, choćby było w tym momencie bardzo zmęczone. Gdy z kolei ktoś przeżywa bolesne konflikty psychiczne czy moralne, wtedy współcierpi również jego ciało, choćby było bardzo zdrowe fizycznie. Ciało potrafi nam zatem powiedzieć także o tym, co dzieje się w naszej sferze poza- i ponad-cielesnej. Popatrzmy na kilka przykładów.

Zdarza się, że ktoś odżywia się w dziwny sposób. Spożywa ogromne ilości pokarmów, których jego organizm nie potrzebuje, a nawet nie przyswaja. A jednocześnie czyni to w dziwny sposób: odruchowy, automatyczny, niemal nieświadomy. Tego typu nerwicowe, kompulsywne jedzenie jest zwykle sposobem odreagowania bolesnych przeżyć, napięć czy niepokojów. Pamiętam pewnego Włocha, który przyjechał do Polski z pielgrzymką ze swojej parafii. Kilka tygodni wcześniej zginął w wypadku samochodowym jego syn. Wspomniany Włoch ogromnie cierpiał. Od pierwszego dnia zauważyłem, że jadł potrójne porcje pokarmów i zdawał się nawet tego nie zauważać. Po którymś obiedzie zapytałem go, czy smakują mu polskie potrawy. Okazało się, że nie był świadomy tego, co jadł i w jakich ilościach. Jego „apetyt” nie mówił o potrzebach jego organizmu, lecz był próbą odreagowania bólu i zapomnienia o cierpieniu po stracie syna.

Podobna sytuacja może mieć miejsce w przypadku masturbacji. Jest oczywiście możliwe, że masturbacja wynika z nadkoncentracji danej osoby na sferze popędowej, albo że jest rezultatem nieodpowiedzialnej stymulacji w tej dziedzinie. Często jednak jest przede wszystkim wyrazem cierpienia. Jest błędną próbą szukania ulgi w obliczu napięć, niepokojów, konfliktów. Masturbacja może być zatem zachowaniem analogicznym do sięgania po alkohol czy narkotyk, aby złagodzić cierpienie. Kiedy ktoś z wychowanków prosi mnie o pomoc w radzeniu sobie z problemem masturbacji, wtedy zwykle dziwi się, że nie koncentruję uwagi na tej sprawie, lecz pytam o jego sytuację rodzinną, osobistą, szkolną, o jego więzi z ludźmi i z Bogiem, o jego sposoby przeżywania samego siebie oraz otaczającego go świata. Staram się najpierw pomóc rozmówcy, by lepiej radził sobie z trudnościami i niepokojami w innych dziedzinach życia, by szukał głębszego szczęścia i dojrzalszych więzi z samym sobą, z Bogiem i ludźmi. Okazuje się, że kiedy zmniejsza się ilość napięć, cierpień i niepokojów oraz gdy pojawia się więcej radości i satysfakcji życiowej, wtedy problemy z masturbacją odchodzą niemal automatycznie. Dany człowiek nie ma już bowiem potrzeby, aby w ten sposób odreagowywać swoje cierpienia.

Innym typowym przykładem cielesnego wyrażania pozacielesnych problemów jest nadatrakcyjność chwilowych przyjemności fizycznych: np. głód czułości, szukanie bliskości fizycznej za wszelką cenę, a nawet godzenie się na nieodpowiedzialne współżycie seksualne. Taka sytuacja może wyrażać nadpobudliwość popędową czy uzależnienia seksualne, ale często bywa rezultatem sytuacji, w której ktoś nie doświadcza radości życia, nie ma prawdziwych przyjaciół, nie zaspakaja dostatecznie głodu miłości, uśmierca swoje najpiękniejsze pragnienia i aspiracje. Wtedy doraźna przyjemność cielesna - nawet za cenę bolesnych następstw - wydaje się jedyną możliwością szukania radości i satysfakcji. Człowiek, który nie umie lub nie chce szukać prawdziwego i trwałego szczęścia, skazuje siebie na szukanie chwilowej przyjemności, która nie wyraża faktycznych potrzeb jego ciała i która przynosi coraz większe rozczarowanie.

Przytoczone przykłady to przejawy somatyzacji, czyli sytuacji, w której nasze ciało mówi nam coś o naszej sytuacji pozacielesnej. Mówi oczywiście na swój sposób, np. poprzez trudności z oddychaniem, astmę, bóle głowy, nieuzasadnione poczucie przemęczenia, nadciśnienie, wrzody na żołądku czy też poprzez zaburzenia w trawieniu (nadmierny apetyt albo jadłowstręt). Czasami jest to wręcz dramatyczny krzyk protestu naszego ciała wobec sytuacji życiowej, w której się znajdujemy. Krzyk ten nie jest łatwo usłyszeć i zrozumieć, gdyż ciało mówi do nas językiem wieloznacznym, wyrażanym poprzez trudności ze zdrowiem i samopoczuciem. Grozi nam wtedy, że skoncentrujemy się na dolegliwościach fizycznych i że nie zwrócimy uwagi na to, co ciało chce nam rzeczywiście „wykrzyczeć”. Udajemy się w takiej sytuacji do lekarza i szukamy pomocy medycznej, zamiast zastanowić się i zmienić coś w naszej sytuacji życiowej. Oprócz tego, że ciało mówi do nas językiem wieloznacznym, który trudno odczytać, to jeszcze mówi do nas językiem bolesnym, który powoduje nie tylko doraźne dolegliwości, ale może prowadzić do poważnych i nieuleczalnych chorób fizycznych.

Dojrzała postawa wobec cielesności wymaga zatem wysiłku, by nie dopuszczać do somatyzacji, czyli by na tyle odważnie obserwować własne życie i postępowanie, aby nie uciekać od prawdy o sobie i aby szybko korygować ewentualne błędy. Wtedy ciało nie będzie przez nas zmuszane do „wykrzyczenia” nam tych problemów, których nie potrafimy czy też nie chcemy dostrzec i przezwyciężyć. Dojrzałość wymaga ponadto odwagi, by w obliczu trudności czy zaburzeń zdrowotnych zastanowić się, czy nie mówią mi one czegoś o mojej sytuacji pozacielesnej, którą powinienem zmienić.

10. Człowiek: pan czy niewolnik ciała?

Zasygnalizowałem powyżej podstawowe warunki, które umożliwiają zajęcie dojrzałej postawy wobec ludzkiej cielesności. Warunkami tymi są: odkrycie, że sensem ludzkiego ciała jest wyrażanie miłości, objęcie ciała szacunkiem należnym człowiekowi oraz odpowiedzialną troską o zdrowie i rozwój fizyczny. Dojrzała postawa wobec cielesności wymaga spełnienia jeszcze jednego warunku, jakim jest zachowanie dyscypliny i czujności wobec własnego ciała.

Dojrzały człowiek nie dlatego troszczy się o dobre zdrowie i sprawność fizyczną, że chce żyć wygodnie, albo że sensu życia upatruje w dobrym samopoczuciu fizycznym, lecz dlatego, że im zdrowszym i sprawniejszym dysponuje ciałem, tym większe i piękniejsze może mu stawiać wymagania. Nie chodzi o to, by kontrolować swoją cielesność z lęku przed własnym wymiarem fizycznym, albo by szukać umartwienia dla samego umartwienia. Sensem dyscypliny wobec cielesności jest osiągnięcie pozytywnego celu, to znaczy stanu, w którym dany człowiek jest panem, a nie niewolnikiem własnego ciała. Innymi słowy człowiek dojrzały troszczy się o dyscyplinę w odniesieniu do własnego ciała ze względu na aspiracje, jakie posiada. Stawia sobie twarde wymagania w sferze cielesnej po to, by kierować się w życiu logiką miłości i odpowiedzialności, a nie logiką ciała. Troszczy się o ciało nie po to, by mu ulegać, lecz by jego ciało stało się zdolne do wyrażania miłości, wcielonej w aktywną obecność dla innych, w wytrwałą pracowitość, w cierpliwą łagodność i wrażliwość. Dyscyplina wobec ciała potrzebna jest po to, by ciało nie wyrażało popędów, instynktów, wygodnictwa czy lenistwa - co w sposób spontaniczny grozi każdemu człowiekowi - lecz by było zintegrowane z całym człowieczeństwem danej osoby, by uczestniczyło w powołaniu człowieka do miłości. Bez dyscypliny i czujności człowiek staje się niewolnikiem ciała, bierną ofiarą biologicznych popędów i cielesnych uzależnień.

Zadaniem rodziców i innych wychowawców jest mobilizowanie dzieci i młodzieży do stawiania sobie wymagań i do zachowania dyscypliny w sferze cielesnej. Jest to zadanie trudne nie tylko dlatego, że sprzeciwia się naturalnym po grzechu pierworodnym skłonnościom człowieka do wygodnictwa i egoizmu, lecz także dlatego, że żyjemy w czasach, w których wielu antywychowawców wprost namawia młodych, by żyli na luzie, spontanicznie, bez wysiłku, by kierowali się jedynie poruszeniami ciała, subiektywnymi przekonaniami i emocjonalnymi nastrojami. Nic więc dziwnego, że współcześni młodzi na ogół zbyt mało wymagają od siebie w sferze fizycznej. Łatwo ulegają lenistwu. Szybko się męczą i zniechęcają. Nie odkrywają radości z podejmowanego trudu, z wykonanej pracy, z wytrwałości w wysiłku, w pokonywaniu zmęczenia i słabości.

W tej sytuacji trzeba przypominać, że odpowiedzialni wychowawcy nie wzywają do dyscypliny i samokontroli w sferze cielesnej z powodu okrucieństwa czy po to, by odebrać komuś radość życia. Przeciwnie, czynią to dlatego, że codzienna dyscyplina i czujność w odniesieniu do ciała jest naszym zyskiem. Jest koniecznym warunkiem osiągnięcia wszechstronnego rozwoju i doświadczenia trwałej radości życia. Podejmujemy ją z powodu miłości i mocą miłości. Dyscyplina cielesna bez miłości staje się niezrozumiała i niemożliwa do osiągnięcia. Tylko miłość do Boga i do człowieka jest wystarczającym motywem oraz daje wystarczającą siłę, by zapanować nad popędami i nad logiką ciała, by nie podporządkować się instynktom, by brakiem dyscypliny i czujności nie skrzywdzić samego siebie i innych ludzi. Sądzę, że kluczową dla wychowania kwestią, jest wyrobienie w wychowankach tej właśnie pozytywnej motywacji do pracy nad własną cielesnością. Wielu młodych zachowuje się bowiem naiwnie w tym względzie lub pada ofiarą manipulacji ze strony tych, którzy chcą zarobić na ich cielesnych słabościach, oferując im alkohol, nikotynę, narkotyki, pornografię, prostytucję czy inne przedmioty, substancje i „usługi”, które żerują na ludzkich instynktach i które obiecują łatwe szczęście.

W czasie jednego ze spotkań z młodzieżą pewien nastolatek zapytał mnie, dlaczego miałby panować nad swoim popędem seksualnym? Moja odpowiedź była prosta: ze względu na inne aspiracje, które posiadasz! Panowanie nad cielesnością czy popędami nie wynika z zewnętrznych nakazów i zakazów, lecz z wewnętrznych aspiracji człowieka, które mogą ze sobą rywalizować i wzajemnie się wykluczać. Człowiek ma przecież nie tylko pragnienie, by się najeść, wyspać czy zaspokoić popędy. Ma także pragnienie, by kochać i być kochanym, by wspierać tych, którzy mu ufają, by nie skrzywdzić siebie i innych, by być odpowiedzialnym, cierpliwym, wytrwałym, by mieć czyste sumienie i szacunek do własnego zachowania. I właśnie ze względu na te swoje wewnętrzne, najgłębsze aspiracje człowiek musi panować na cielesnością, wymagać od siebie dyscypliny i czujności, rezygnować z określonych zachowań czy doraźnych przyjemności, aby nie zniszczyć tego, co w nim największe i najpiękniejsze. Aby nie zniszczyć radości znacznie większej niż ta, jaką człowiekowi może zaoferować jego ciało.

I kolejna ważna sprawa. Młodzi często mnie pytają o to, w jaki sposób radzić sobie z popędem, zwłaszcza w okresie dojrzewania seksualnego, gdy napięcia, myśli i pragnienia w tej dziedzinie stają się wyjątkowo intensywne i trudne do opanowania. Otóż należy wtedy respektować kilka podstawowych zasad. Po pierwsze, konieczny jest odpowiedzialny styl życia: rozsądne odżywianie, zdrowy wypoczynek, dużo ruchu i wysiłku sportowego. Człowiek rozleniwiony, nadmiernie odżywiany, stroniący od wysiłku, koncentrujący się na dobrym samopoczuciu fizycznym, będzie łatwą ofiarą własnej popędowości i biologicznych instynktów. Po drugie, konieczna jest czujność i roztropność w odniesieniu do wszelkich myśli, obrazów, rozmów, filmów, czasopism, które stymulują sferę seksualnych poruszeń. Podstawowym narządem seksualnym człowieka - w przeciwieństwie do świata zwierząt - jest jego umysł, a nie instynkt! To umysł i centralny system nerwowy decyduje o tym, na jakich bodźcach koncentruje się dany człowiek i jaki osiąga zakres wolności wobec sfery seksualnej. Po trzecie, odpowiedzialne kierowanie seksualnością wymaga rozbudowania konkurencyjnych wobec ciała źródeł radości! Jeśli ktoś nie cieszy się Bogiem i ludźmi, muzyką i poezją, nauką i sportem, jeśli nie ma bogactwa pasji, hobby i zainteresowań, to niewolnicze uleganie cielesności i popędom wydaje mu się jedyną drogą do osiągnięcia radości i szczęścia.

Zajęcie dojrzałej postawy wobec ciała jest jednym z podstawowych zadań wychowawczych, gdyż sposób odnoszenia się do cielesności określa w dużym stopniu sytuację życiową danego człowieka, jakość jego więzi międzyosobowych, jego zdolność lub nie do miłości i odpowiedzialności, a także granice jego wewnętrznej wolności. Tak, jak istnieją błędy w posługiwaniu się myśleniem, emocjami, wrażliwością moralną, sferą duchową, religijną czy społeczną, tak też istnieją błędy w sposobie kierowania własnym ciałem.

Największym błędem jest podporządkowanie się ciału i instynktom, gdyż to powoduje utratę wolności oraz podatność na manipulacje ze strony środowiska, które ma możliwość sterowania człowiekiem cielesnym poprzez dobór bodźców, które mu podsuwa. Za cenę doraźnej przyjemności człowiek cielesny płaci więc najwyższą cenę: cenę cierpienia, zniewolenia, dramatycznych konfliktów i krzywd. Czasem cenę śmierci. Na człowieku podporządkowanym własnej cielesności można zarobić ogromne pieniądze. Ktoś uzależniony od instynktów i popędów staje się bowiem coraz bardziej nieszczęśliwy i rozczarowany. A taki człowiek kupi wszystko, gdy tylko obieca mu się, że będzie wtedy szczęśliwszy lub że będzie mniej cierpiał. Gospodarka cywilizacji Zachodniej oparta jest na tworzeniu sztucznych potrzeb oraz na okrutnej eksploatacji ekonomicznej ludzi nieszczęśliwych. Z tego względu dążenie do unieszczęśliwienia i zniewolenia milionów ludzi jest istotną strategią tych, którzy mają władzę i pieniądze.

11. To, co ponadcielesne w ludzkiej cielesności

Dojrzały człowiek to ktoś, kto jest panem własnej cielesności.. To ktoś, kto swoją cielesnością wyraża miłość i odpowiedzialność. To ktoś, kto za pomocą własnej cielesności potrafi wyrażać wartości oraz budować więzi, które nie mieszczą się ani w logice, ani w możliwościach ciała. Chrześcijanin to ktoś, kto odkrył, że ludzkie ciało czerpie sens z tajemnicy człowieka, a nie z instynktów czy z własnej struktury chemicznej i anatomicznej. Dla przykładu, dłoń człowieka jest słabsza i mniej sprawna od dłoni niektórych zwierząt. Ale tylko ludzka dłoń potrafi pisać poezję, grać na fortepianie, wyrażać znaki miłości, rozgrzeszać. To samo dotyczy całego ludzkiego ciała. Posiada ono sens i możliwości, które wynikają z włączenia ciała w powołanie i godność człowieka.

Antoine de Saint Exupery, w książce pt. „Ziemia, planeta ludzi”, opisuje historię pewnego lotnika, swego przyjaciela. W czerwcu 1931 r. Guillaumet leciał samotnie małym samolotem pocztowym z Argentyny do Chile. Wysoko nad Andami wpadł w burzę śnieżną, która zmusiła go do lądowania. Zdołał wylądować na zamarzniętym jeziorze Laguna Diamante, na wysokości 3500 metrów. Jezioro to jest otoczone szczytami, które sięgają wysokości 6900 m. Przez dwa dni w czasie szalejącej wichury śnieżnej Guillaumet pozostawał uwięziony w kabinie samolotu. Gdy trzeciego dnia wichura ustała, postanowił ruszyć w drogę i walczyć o przetrwanie, które wydawało się nierealne. Aby liczyć na ocalenie, Guillaumet musiałby wspiąć się na jeden z okalających jezioro szczytów i szukać jakiejś indiańskiej osady po drugiej stronie góry. Musiałby kilka dni i nocy iść w śniegu, który sięgał mu po szyję i nie zamarznąć. Guillaumet podjął się tego zadania.

Exupery napisze później: „Słuchając twojej opowieści nocnej, widziałem cię idącego bez czekana, sznurów, żywności, pokonującego przełęcze na wysokości czterech tysięcy pięciuset metrów, albo posuwającego się wzdłuż pionowo spiętrzonych ścian skalnych, przy czterdziestostopniowym mrozie, z zakrwawionymi stopami i rękami. Wypompowany powoli z krwi, sił, myśli, szedłeś z uporem mrówki, wracałeś, by okrążyć przeszkodę, padałeś, wstawałeś z wysiłkiem, wspinałeś się na zbocza po to, by stanąć nad przepaścią, nie pozwalając sobie na najmniejszy odpoczynek, gdyż wiedziałeś, że nie zdołałbyś się podnieść z tego łoża ze śniegu”. Guillaumet szedł w ten sposób pięć dni i cztery noce.

Kiedy Exupery odnalazł go w indiańskiej wiosce i odwoził samolotem do szpitala w Mendozie, Guillaumet powiedział: „Niektóre znaki zapowiadały mi już bliski koniec. Oto jeden z nich. Musiałem zatrzymywać się mniej więcej co dwie godziny, żeby rozciąć jeszcze bardziej buty, natrzeć śniegiem nabrzmiałe stopy albo po prostu dać odpoczynek sercu. W ostatnich dniach zacząłem tracić pamięć. Już dawno byłem w drodze, kiedy nagle zdawałem sobie sprawę, że czegoś zapomniałem. Po każdym odpoczynku stawałem się uboższy”. Następnie lotnik wypowiedział niezwykłe zdanie: „Tego, co zrobiłem, możesz mi wierzyć, nie zrobiłoby nigdy żadne zwierzę”. I Guillaumet zdradził tajemnicę swego heroicznego wysiłku: „Mówiłem sobie: Moja żona, jeśli myśli, że żyję, myśli, że idę. Koledzy myślą, że idę. Wierzą we mnie”. Guillaumet nie szedł więc niesiony siłą ciała, lecz siłą miłości. Nie chciał rozczarować tych, którzy go kochali i którzy mieli nadzieję, że walczy. Tego rzeczywiście nie zrobiłoby żadne zwierzę, bo ono dysponuje jedynie siłą mięśni i instynktu. A to niewielka siła. Tylko ludzkie ciało dysponuje największą siłą w kosmosie: siłą miłości i nadziei. Bo jest ciałem człowieka.

Zacytujmy raz jeszcze Exupery’ego: „Tego, co zrobiłem, możesz mi wierzyć, nie zrobiłoby nigdy żadne zwierzę. Myślę ciągle o tym zdaniu, najpiękniejszym, jakie znam, zdaniu, które wyznacza miarę człowieka, podnosi go i przywraca prawdziwą hierarchię wartości. Zasnąłeś wreszcie, świadomość twoja została unicestwiona, ale wraz z obudzeniem miała odrodzić się w tym ciele znużonym, zniszczonym, udręczonym, spalonym i panować nad nim na nowo. Ciało jest więc tylko dobrym narzędziem, ciało jest tylko sługą.”

Doświadczenie Guillaumet’a pokazuje w jak niezwykły, w jak heroiczny sposób potrafi posługiwać się ciałem ktoś, kto kocha i kto wie, że jest kochany. Tak potrafił posłużyć się własnym ciałem nie tylko ten niezwykły lotnik. Tak posługuje się własną cielesnością każda mama, która ofiaruje swój wysiłek, a także kawałek ciała i część krwi, by narodził się nowy człowiek. Tak potrafią posługiwać się ciałem wszystkie kobiety i wszyscy mężczyźni tej ziemi: żony, matki, siostry, zakonnice, mężowie, ojcowie, kapłani, misjonarze, przyjaciele, wychowawcy. Ci wszyscy, którzy naśladują Chrystusa. On po to właśnie przyjął ludzkie ciało, aby je uświęcić, aby je uczynić nośnikiem miłości, aby wszystkim ludziom czynić dobrze. Aby odsłonić nam ostateczny sens ludzkiej cielesności. Aby nauczyć nas dojrzałej postawy wobec ciała.

Ks. Marek Dziewiecki

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama