Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Jan Błoński

SŁOWA I UPIORY

"W czerwieni" Magdaleny Tulli

Proza Magdaleny Tulli jest mocno nacechowana, wyraźnie rozpoznawalna i to zbliża ją do poezji. Czytając, słyszymy jakby głos, który prowadzi nas po meandrach miasta i po ludzkich o mieście pojęciach.

Przed kilku laty Magdalena Tulli zdumiała i zachwyciła literacką publiczność osobliwą opowieścią o swoim stołecznym (i chyba rodzinnym?) mieście. "Sny i kamienie" przeplatały się tam w osobliwych arabeskach: kamieniami były oczywiście budowle, te zwłaszcza, pompatyczne i ogromne, które nadały Warszawie jej współczesny wygląd. A sny? Snami były znaczenia, uczucia, wyobrażenia, jakimi te kamienie nasycili ludzie, przydając miastu swoistości i niepowtarzalności. A więc pod "snami" możemy rozumieć także słowa, którymi miasto - jak wszelki przedmiot - nieustannie zmieniamy, bogacimy lub przeciwnie - pomniejszamy, pozbawiając je niejako substancji i zrozumiałości. Czyż już Schulz nie przypominał, że rzeczywistość jest - lub może być - odblaskiem słowa? I choć Tulli do Schulza bezpośrednio nie nawiązuje, to pod tym mniemaniem musiałaby się nolens volens podpisać.

Zajmuje ją - po Warszawie - inne miasto, bardziej jednak przyziemne i oddane pracowitej walce o chleb i pieniądze. Gdzie je umieszcza? I kim zaludnia? Tyle je zmian dotknęło i wojen, jak tylko w tej części Europy zdarzyć się mogło. Na początku opowieści żyło sobie spokojnie pod szwedzkim zaborem. Ale później, po wybuchu wojny, o której pisano w gazetach, że wyniknęła z "zamachu na arcyksięcia Ferdynanda w dręczonym upałami Sarajewie" przeszło w ręce niemieckie... co sprawiło, że na ulicach Ściegów pojawili się także węgierscy huzarzy i austriaccy żandarmi. W końcu zaś "gimnazjaliści pozrzucali gotyckie litery i odebrali broń żołnierzom". Gdzie więc dzieje się "W czerwieni"? Najpewniej w wyobraźni pisarki... nad zimnym morzem, a więc w Gdańsku, Szczecinie, Kołobrzegu... Gdybym musiał, wskazałbym na Gdańsk, ale dziwnie pozbawiony swojej starodawnej przeszłości... Nie warto więc szukać odpowiedzi.

Jak osobliwe umiejscowienie Ściegów, tak niejasne, dziwaczne i nie w pełni zrozumiałe losy tych, którzy grali tam najpierwsze role. Tak z rodzinami Strobbli (porcelana), Neumanów (gramofony), przede wszystkim jednak Loomów (sól, nafta i szwalnie, czyli wszystko, bez czego naprawdę nie można się obyć). "Aktywa i pasywa firmy Loom i Syn przelewały się po świecie tam i z powrotem", ale sami Loomowie nie mnożyli się, przeciwnie, żenili się późno i jakby niechętnie, w końcu zaś doczekali się jednej tylko wnuczki, na którą - gdy wybierała się na bal - "róg obfitości Loomów obsunął się w zwietrzałych rączkach aniołków, które podtrzymywały go od stu lat, zaś serce Emilki stanęło jak uszkodzony zegarek". Jej narzeczony, Kazimierz Krasnowolski, po przyzwoitym czasie zwrócił swe zapały ku Stefanii Neuman, nim jednak doszło do zaręczyn, wojna wciągnęła młodego porucznika w swe śmiertelne tryby. Ale jak i dlaczego? Otóż szyjąc ślubną wyprawę, "Stefania upuściła robótkę na chodnik i zapatrzyła się w ścianę. Tak przesiedziała dzień cały, a wieczorem drżącą ręką sięgnęła po jedwab o barwie mocnej jak zapach róży. Ciemna czerwień rozkwitła na tamborku i wniosła nagły zamęt między lilie. Stefania zlękła się róży, która wymknęła się spod jej zręcznych palców. W rumieńcach gorączki wypruła jedwabne nitki. Prądy powietrzne porwały je i rozniosły po świecie. Posłuszne siłom elektrostatycznym, nitki osiadały (...) na mundurach. Każdego, kto nosił na sobie strzęp czerwonego jedwabiu dosięgła na wojnie kula. Nim Stefania dokończyła saszetkę z liliami, Kazimierz wrócił (...) z czerwoną nitką wplątaną we włosy, w podłużnej skrzyni zabitej gwoździami". I taka właśnie czerwień towarzyszyć będzie losom rodzin, miast i ludzi, związanych ze Ściegami.

Któż to z nas tutaj kpi, Stefania czy Magdalena? Czyżby Stefania uprawiała czary? Albo Magdalena wierzyła w siły tajemne? Bardziej podejrzana Magdalena, bo biegła w literackich robótkach i dobrze świadoma, co i jak chce opisać...

Jak określić opowieść, której początek przed chwilą streściłem? To najoczywistsza historia rodzinna, dzieje rodu (rodów?), jego początków, sukcesów, dekadencji... W XIX i XX wieku powstało takich opowieści niemało, tam wszędzie, gdzie mieszczański patrycjat wziął górę nad blaskiem szlacheckich rodzin. Pisarze lubili chwytać te rodzinne dzieje w momencie, kiedy przechylały się ku schyłkowi: dziedzicem rycerzy pieniądza był najczęściej artysta, niebezpiecznie obcujący ze śmiercią... co widać najlepiej w niemieckich "Buddenbrookach", bardziej skumanych ze śmiercią niż żwawi Francuzi ("Les Rougon-Macquart") i wielce siebie pewni Anglicy (Forsythowie). Doprawdy, wiele z tych dziewiętnastowiecznych bogaczy już się nie wyciśnie, nawet w literaturze! Historię wielkości i rozkładu znamy już dokładnie. Pozostaje tylko pokazać - pół żartobliwie, pół melancholijnie - grę przypadku i wyczerpania, która uwieńczy sagę Loomów, tak już bardzo literackich, że nie potrafimy nawet wskazać dokładnie, gdzie i kiedy władali swoim nadmorskim i nieco już nierzeczywistym imperium... Aby więc rozstać się z nimi, wystarczy strzęp czerwonego jedwabiu.

Ten jednak - najoczywiściej - z innej niż wielkomieszczańska fabryki. Tyle w nim naiwności, wzruszenia, delikatności... Stefania, której los rozgrywa się między lilią a różą, każe myśleć o Karusi, co w miasteczku... A tu nagle pojawiają się jeszcze "siły elektrostatyczne"! Doprawdy, niczego się ta pani Tulli nie boi. Bo też nie domaga się sankcji innej niż literacka.

Ale opowieść o Ściegach posuwa się wytrwale naprzód, choć zmienia - bardziej czy mniej dyskretnie - swe rodzajowe wyróżniki. Saga rodzinna ustępuje miejsca naturalistycznej powieści. Naturalistycznej, bo jaka inna tu przystoi? Posiadaczy z tradycją zastępują finansowi awanturnicy, jak ten Felek Chmura, co handlując wszystkim i podejmując się każdego interesu, którego kuszący blask pojawia się na kupieckim horyzoncie - walczy, daremnie niestety, ze wszystko pożerającą inflacją. A przecież i on, i Slotzki, który przejął fabrykę Strobbla, uczynili wszystko, co można było zrobić czyli kupić! Apokaliptyczne przedstawienie wszechniszczącej i wszystko pożerającej inflacji powojennej, która tak dała się we znaki Polsce i Europie po pierwszej światowej - należy do najlepszych kart Tullinej opowieści. Inflacja jest w tym świecie odpowiednikiem apokalipsy, wysysa i zgniata ona wszystko i wszystkich: "w szacownym sklepie firmy Loom i syn sprzedawano tanio jak nigdy towar tak podłego gatunku (...) herbatę mieszaną z suszoną pokrzywą, mąkę zmieszaną z kredą i gipsem...". Tymczasem "każdego dnia (...) fabryka pracowała na szkodę firmy Strobbel i Slotzki (...) ogień niepotrzebnie buzował w piecach, na darmo polewa mieszała się w kadziach".

W końcu przegrali wszyscy, od Loomów, którym nie odmówimy patrycjuszowskiej godności, aż do Felka Chmury, który nie mógł zrozumieć, że sprzedając od rana do nocy można się odnaleźć bez klientów i pieniędzy... lub raczej, z pieniędzmi, ale nic niewartymi. Porzucili go też wszyscy, nie wyłączając żony Stefanii, Neuman de domo. Była ostatnią, co łączyła dawny światek arystokratów pieniądza z wulgarnymi rycerzami masowego handlu... ale i ona wyjechała z angielskim plantatorem herbaty. Zresztą - ludność w tych Ściegach stała się po wojnie dwujęzyczna, na szyldach "kłóciły się ze sobą dwa języki" i ze zbiedniałego miasta wyjechała nawet ze swymi płatnymi dziewczętami Madame: ta tylko pociecha, że do Warszawy, nie zaś tam, dokąd dążyły "ogromne pasażerskie parowce (...) gwiżdżąc przeciągle i smutno" na rozstanie z ojczyzną.

A więc po sadze rodzinnej, po romantycznych aluzjach, po ekonomicznym kataklizmie, co pozwala się opowiedzieć tylko w tonie naturalistycznym i groteskowym zarazem... po tym wszystkim marzenie o fortunie (i społecznych szczytach) kończy się w bankrutującym burdelu. Ale mieszkańcy - teraz już dwunarodowi - znaleźli sobie nową rozrywkę i namiętność: występy Nathalie Zugoff, kabaretowej gwiazdy (podobnej, ale może się mylę?... do sławnej kiedyś Mistinguette): "jej głos, mroczny i niespokojny (...) szybował wysoko, drżący od gorzkiej pogardy dla mieszczańskiej harmonii. Podstępnie wtrącał orkiestrę w piaszczyste doły dysonansu (...), z których wydobywała się po karkołomnych ewolucjach i pośpiesznie zbierała szyki, by ze skrzypcami na czele, przy fanfarach, powrócić triumfalnie na prostą drogę". Nathalie Zugoff podbiła Ściegi i uszczęśliwiła swoim sukcesem mieszkańców, a już zwłaszcza dyrektora teatru, Raucha; były to przecież szalone i krótkie lata, les années folles. Stąd dysonanse, egzotyzm (Murzynek w świecie Nathalie) i kult szybkości a raczej - wysokości. Zaproszona przez kapitana d’Auxerre Nathalie zgodziła się na przelot balonem, z którego nigdy już nie wróciła... Wszyscy, co ją kochali i szukali, zagubili się albo umarli.

Lata te bowiem, niestety, obfitowały w ryzykowne i niewyjaśnione wydarzenia: podejrzewano handel bronią, czekano na pożary, epidemie... Młodzi ludzie pragnęli powrotu przedwojennych porządków, argumentując okutymi laskami. Stary Strobbel zmarł "z wyrazem surowości i pogardy na twarzy". Z wiecznego snu zbudziła się niespodziewanie Emilka i musiała zostać przebita osinowym kołkiem... Doszliśmy tak prawie do końca lat 30.

Wszystko zaczęło się z rosnącą szybkością rozprzęgać. W teatrze nie było już całej szyby, "przeciągi roznieciły pod podłogami zapomniany żar". Tak - można by powiedzieć - mściła się przeszłość. Wreszcie "gala czerwieni rozsadziła teatr i zawładnęła całym miastem. - Muzyka sfer brzmi nieczysto - stwierdził Rauch ginąc w płomieniach". Mówiąc krótko: świat - albo ostrożniej: epoka została ogarnięta płomieniami, tytułową czerwienią.

Jeśli tak, kolejne zdarzenia, które składają się na opowieść Tulli, byłyby znakami zmian lub etapami rozkładu, w jakie popadła w XX wieku Europa... a przynajmniej nasza Europa, reprezentowana przez Ściegi. Podobnie też - chwyty literackie, do jakich się odwoływała, podkreślały niezwykłość i nawet - upadek epoki, która wiele w dziejach ważyła, w dobrem i bardziej jeszcze - w złem. Tak, bardziej w złem.

Jednak takie proste stwierdzenie nie wyczerpuje całej osobliwości "W czerwieni". Tulli odwołuje się często do stereotypów, obyczajowych i literackich. Nie po to nawet, aby je wyszydzić, ale raczej, aby odbić się od nich w sferę dziwności i nieprawdopodobieństwa. Buduje tak sobie świat zwykły, nawet banalny, ale jakby podminowany pokracznością. W tym literackim przedsięwzięciu główną rolę gra (obok manipulacji gatunkowych, o jakich już była mowa) naruszenie prawdopodobieństwa i związków przyczynowych:

"Wybudowana siłami niemieckiego wojska linia tramwajowa nakreśliła równoboczny trójkąt między dworcem, domem publicznym i koszarami. Dopiero wówczas grenadierzy przestali po pijanemu zamarzać w zaspach". Albo: "Nad gwiazdą ratusza co noc rozbłyskiwała gwiazda pomyślności, a złoty kurek rozdziawiał dziób. (...) Niezmienny porządek tej konstelacji budził wiarę w trwałość koniunktury, sprzyjał długoterminowym przedsięwzięciom i zachęcał do inwestowania w nieruchomości". "Jak bilecik z fałszywym wyznaniem upuszczony z trzeciego balkonu, górne C, wirując, opadało z wolna na głuche dno subkontry". Fałszywe wnioski, dziwaczne implikacje, realizujące się nagle figury mowy budują tandetną a pociągającą niby-rzeczywistość, która budzi poczucie cudowności i zarazem - zapowiada fatalny koniec rozpoczętej opowieści. Stąd też niespodziewany humor - czy humorek - narratora.

"Zanim fajerwerki rozerwały się na górze, pod sklepieniem lodowatego nieba, doktor stwierdził ponad wszelką wątpliwość, że serce Emilki nie bije. Ona sama wiedziała już o tym przynajmniej od kwadransa. Przecież to nic nie znaczy - powtarzała - pragnąc tylko jednego: czym prędzej ruszać na bal". Ani więc żyła, ani umarła... I nic dziwnego, przecież jej istnienie zależy od literackiej konwencji: realistycznej, opartej o zdrowy rozsądek, czy romantycznej, która może sprawić, że otoczą nas duchy i czas zacznie biec do tyłu. W tym właśnie - w tej umiejętności zestawiania i współgrania rozmaitymi konwencjami - upatruję najciekawszą z umiejętności Magdaleny Tulli.

Jej świat jest naprawdę "papierowy", literacki. Buduje się jawnie za sprawą słów. Przenośnie, porównania niespodziewane zestawienia słowne tworzą - jak u Schulza - chwilową rzeczywistość, której nie trzeba w pełni uzgadniać z całością wypowiedzi. Tak właśnie jest z Emilką, która umiera już na stronie 17., na 54. zaczytuje się - jak gdyby nigdy nic - francuskimi romansami, zaś na 154. cierpi męki upiora, któremu osinowy kołek przynosi dopiero wieczny spokój. W ogóle sporo w tej książce upiorów, nawet całkiem poślednich, jak pan Lapidus, co pytał lekarza, czy on - Lapidus - żyje: "to pańskie pytanie, więc zna pan i odpowiedź" - odparł eskulap. "Umarli wszystkim trzęsą - mówili bywalcy cukierni Korellego - wpływają na kursy walut, stopę procentową i rządowe zamówienia". Równie dobrze można by powiedzieć, że rzeczywistość zrobiona jest ze słów. Są one jednak ograniczone w swej mocy i muszą dokonywać cudów zręczności czy wdzięczności, aby znaleźć się we właściwym miejscu świata... lub zdania.

Doszły mnie głosy, stawiające "W czerwieni" niżej niż "Sny i kamienie". Proza Tulli jest mocno nacechowana, wyraźnie rozpoznawalna i to zbliża ją do poezji. Czytając, słyszymy jakby głos, który prowadzi nas po meandrach miasta i po ludzkich o mieście pojęciach.W "Snach..." nie ma żadnego dialogu ani cytatu, żadnej też werbalnej interakcji. Wszystko jest monologiem. "W czerwieni" jest już powieścią i może to właśnie osłabiło absolutną jednolitość, cechującą "Sny i kamienie". A jednak druga książka Tulli jest - moim przynajmniej zdaniem - bogatsza i bardziej w swej strukturze misterna. A także swobodniejsza, odważniejsza, zaskakująca literackimi pomysłami... Bo co jak co, pisarskich pomysłów Tulli nie zbywa!

MAGDALENA TULLI: "W CZERWIENI", Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 1998.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: literatura wojna pisarstwo Magdalena Tulli W czerwieni Sny i kamienie saga miasteczko Strobbel Slotzki
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W