Naturam expellas furca, czyli prawdziwy koszt in vitro. O tym nie powiedzą ci placówki wspomaganego rozrodu

Jeśli chodzi o in vitro, nie wolno poddawać się narracji tych, którzy zarabiają na tej procedurze, przemilczając liczne problemy z nią związane. Co ciekawe, w krajach, w których procedura ta jest powszechnie dostępna, korzystają z niej głównie samotne kobiety po czterdziestce oraz pary LGBT. Naturam expellas furca – powiedziałby o tym wszystkim rzymski poeta Horacy.

W 2023 roku USA doświadczyły zaskakującej zmiany demograficznej:

po raz pierwszy kobiety w wieku 40 lat i starsze urodziły więcej dzieci niż te, które mają poniżej 20 lat. 

Od 1990 roku udział urodzeń wśród kobiet przed 20 rokiem życia spadał z każdym rokiem – z 13 proc. wszystkich urodzeń do zaledwie 4 proc. obecnie – podczas gdy wskaźnik urodzeń wśród kobiet w wieku 40–44 lata wzrósł o 127 procent. Choć ogólny wskaźnik dzietności w USA spadł do 1,62 dziecka na kobietę, cały czas wzrasta grupa starszych matek. Za tym trendem kryje się coś więcej, niż pokazują statystyki: nie tylko coraz więcej kobiet powyżej 40. roku życia rodzi dzieci, ale także coraz częściej sięga po in vitro i coraz częściej robią to jako kobiety samotne.

„Naturam expellas furca”

Któż dziś pamięta rzymskie powiedzenie: „naturam expellas furca tamen usque recurret”? Cytat ten, pochodzący z jednego z listów Horacego, wyraża głęboką mądrość. W dosłownym tłumaczeniu oznacza „choćbyś naturę wypędzał widłami, ona i tak powróci”. Z naturą nikt nie wygra. Ten, kto działa wbrew naturze, prędzej czy później przekona się o tym, jak wysoką cenę będzie musiał zapłacić.

To, że dzieci gatunku ludzkiego rodzą się i wychowują w rodzinie można tłumaczyć Bożym zamiarem dla człowieka. Można jednak odwołać się do samej natury – stworzonej przecież przez Boga: dziecko ludzkie nie jest zdolne do przetrwania bez wieloletniej opieki; potrzebuje pokarmu i schronienia, a także stabilnego środowiska społeczno-emocjonalnego, w którym nie jest ono traktowane jako spełnienie „potrzeb” rodzicielskich takiej czy innej jednostki.

To nie dziecko ma zaspokajać potrzeby rodzica, ale przeciwnie – rodzic dziecka. Jeśli chodzi o biologię, najlepszy okres dla kobiety na ciążę i rodzenie dzieci to czas między 20. a 30. rokiem życia. Potem spada płodność i znacząco wzrasta ryzyko powikłań ciążowych.

W ostatnich dziesięcioleciach tradycyjna rodzina w zachodnim świecie popadła w niełaskę; kobiety wybierają karierę zawodową, odkładając macierzyństwo na później. To „później” oznacza zarówno późniejsze zamążpójście (jeśli w ogóle), jak i późniejszą decyzję o urodzeniu dziecka. Zaawansowane technologie reprodukcyjne wydają się wychodzić naprzeciw tej skoncentrowanej na własnych osiągnięciach mentalności. Z naturą jednak nie da się wygrać i pomimo najnowocześniejszych nawet osiągnięć medycyny, prędzej czy później zarówno poszczególne kobiety, jak i całe społeczeństwo będą musiały zapłacić bardzo wysoki rachunek.

„Przypadkowo samotna”

Nie chodzi tu tylko o kryzys macierzyństwa, ale w pierwszym rzędzie – o kryzys małżeństwa i rodziny. Opisuje go Rosanna Hertz, socjolog z Wellesley College i autorka książki Single By Chance, Mothers by Choice, wskazując, że obecnie coraz więcej kobiet poświęca swoje lata dwudzieste i trzydzieste na zdobywanie kolejnych stopni naukowych, pokonywanie szczebli w karierze zawodowej, odkrywanie świata, ignorując całkowicie uwarunkowania biologii. Gdy dociera do nich wreszcie prawda, że ich własne ciało się starzeje i nie mają już tyle energii, co wcześniej, gdy zaczynają myśleć o ustatkowaniu się, okazuje się, że „nie ma z kim się ustatkować” – zauważa Hertz.

Zamiast znaleźć oparcie dla siebie i swojego dziecka w życiowym partnerze, w mężczyźnie, któremu mogłaby zaufać, coraz więcej samotnych kobiet realizuje swoje pragnienia o macierzyństwie dzięki in vitro. Mężczyzna sprowadzony zostaje jedynie do roli dawcy materiału genetycznego.

In vitro, przedstawiane jako dobrodziejstwo dla niepłodnych par, ma w rzeczywistości zupełnie inne oblicze od tego, które usiłuje się ukazywać społeczeństwu. Coraz częściej staje się drogą do rodzicielstwa dla kobiet, które zauważyły poniewczasie, że ich biologiczne zegary nieubłaganie tykają. Obecnie in vitro odpowiada za prawie 2 proc. wszystkich narodzin w USA – około 100 000 dzieci rocznie. W ciągu ostatnich 10 lat wykorzystanie tej technologii wzrosło o 50 proc., a jej beneficjentami nie są przede wszystkim pary zmagające się z problemem niepłodności, ale pary LGBTQ+ oraz starsze samotne kobiety.

Problem pierwszy: finanse

In vitro jako droga do rodzicielstwa wiąże się ze znacznymi kosztami finansowymi, biologicznymi oraz społecznymi. O tym bardzo niechętnie mówią propagatorzy tej metody. Jedna runda in vitro w warunkach amerykańskich kosztuje od 15 do ponad 30 tys. dolarów. To koszt zbyt wysoki dla znacznej części amerykańskiego społeczeństwa (typowe ubezpieczenie zdrowotne nie pokrywa in vitro). Na in vitro stać nie przeciętne małżeństwo, ale zamożną samotną kobietę, dobrze wykształconą, posiadającą ugruntowaną pozycję społeczną i finansową.

Problem drugi: koszt społeczny i psychiczny

W Europie kwestia finansowania procedury in vitro wygląda inaczej. Jej koszt w wielu krajach ponoszony jest przez system ubezpieczeń zdrowotnych. Nie oznacza to, że in vitro jest za darmo, ale że koszt tej procedury przerzucony jest na całe społeczeństwo. Niemal nikt nie zadaje sobie pytania, czy jest to dobre dla samego społeczeństwa: zamiast wspierać kobiety w młodym wieku, pozwalając im godzić zdobywanie wykształcenia i karierę zawodową z macierzyństwem, oferuje im się rzekomą pomoc w zajściu w ciążę poprzez in vitro, gdy sama biologia mówi „nie”.

Kwestie finansowe to bynajmniej nie jedyny problem społeczny związany z in vitro. Zjawisko obserwowane obecnie bardzo wyraźnie w USA – wzrost stosowania tej procedury wśród samotnych kobiet po 40. roku życia – nie jest przypadkowe, ale jest oczywistą konsekwencją jej promowania. Gdy w społecznej świadomości oddzieli się płodność od małżeństwa i rodziny, pojawiają się modele życia sprzeczne z ludzką naturą. To nie mężczyzna ma zapewnić stabilność kobiecie i dzieciom, ale oczekuje się, że zagwarantuje ją społeczeństwo.

Czy ktoś zastanawia się jednak nad tym, jak ukształtowane psychicznie będą dzieci urodzone przez samotne, zorientowane na samospełnienie zawodowe kobiety? Dzieci, które nie znają swego ojca, nie mają z nim kontaktu. Dzieci, które pojawiają się, gdy już kobieta osiągnie wszystko. Czy nie dostrzegamy różnicy między postawą osoby, która zdolna jest do poświęcenia dla swoich dzieci najlepszych lat swego życia oraz taką, która traktuje dzieci jako zaspokojenie własnych potrzeb?

Czym innym jest utrata ojca na skutek choroby, wypadku czy zdarzeń losowych, a czym innym jest jego całkowita nieobecność w życiu dziecka. Jedno i drugie jest trudnym przeżyciem, jednak traumatyczne zdarzenie można psychicznie przepracować, przechodząc czas żałoby i ukojenia; bardzo trudno jednak przepracować programowy brak ojca będący skutkiem wsobnej postawy matki. Co powie samotna kobieta, gdy jej dziecko wróci z przedszkola lub szkoły i widząc, jak po inne dzieci przychodzą ojcowie, zapyta: „a gdzie jest mój tatuś”? Czy naprawdę wierzy, że dziecko nie odczuje, że w jego życiu brakuje kogoś istotnego?

Problem trzeci: uwarunkowania medyczne

Procedura in vitro to nie prosty zabieg medyczny. To, że dana para nie jest w stanie zajść w ciążę, ma konkretną przyczynę. Z jakiegoś powodu natura nie pozwala na posiadanie przez nią potomstwa. In vitro nie leczy bezpłodności, tylko usiłuje ją „ominąć”. Związane jest z tym podwyższone ryzyko zarówno dla samej kobiety, jak i dla dziecka.

Hiperstymulacja jajników wiąże się z poważnymi konsekwencjami medycznymi, hormony przyjmowane przez kobietę także nie są obojętne dla jej zdrowia. Dochodzi do tego stres, niepowodzenia implantacji (jedynie około 30-40 proc. zabiegów przynosi spodziewany efekt), znacznie zwiększone ryzyko ciąży mnogiej, nieprawidłowego rozwoju zarodków, przedwczesnego porodu, zbyt niskiej masy urodzeniowej, a także wielu innych problemów zdrowotnych u dzieci poczętych tą metodą.

Patrząc zarówno na dobro kobiety, jak i na dobro jej dziecka, czy możemy uczciwie powiedzieć, że rozpowszechniający się obecnie model odkładania macierzyństwa na późniejsze lata jest w interesie obojga? Czy jest w interesie społeczeństwa?

Problem czwarty: komplikacje prawne

Procedury wspomagania reprodukcji – in vitro i surogacja – stwarzają także bardzo poważne problemy prawne. Mowa przede wszystkim o sytuacji, w której materiał genetyczny nie pochodzi od biologicznych rodziców dziecka albo matka, która nosiła dziecko w swoim łonie, nie jest jego biologiczną matką.

Coraz częściej pojawiają się pozwy dotyczące opieki nad dzieckiem, finansowania macierzyństwa zastępczego, wymuszania aborcji, gdy surogatka nie spełnia wymagań narzuconych przez zamawiającą parę. Pozwalając na in vitro z materiałem genetycznym anonimowego dawcy społeczeństwo funduje sobie w przyszłości poważny problem: kto jest w stanie zagwarantować, że genetycznie blisko spokrewnione ze sobą osoby nie zechcą w przyszłości wejść w związek i spłodzić potomstwa? A gdy okaże się, że potomstwo to obciążone jest poważnymi wadami genetycznymi, kto poniesie za to odpowiedzialność? Kto zapłaci rachunek za ich leczenie? Klinika wspomagania rozrodu? Czy raczej całe społeczeństwo?

Problem piąty: kwestie moralne

Celowo na sam koniec pozostawiłem kwestie moralne. Współczesny świat wydaje się bowiem coraz bardziej traktować etykę jako coś kompletnie niepotrzebnego, jako piąte koło u wozu, jako przeszkodę w wygodnym życiu. Tymczasem od starożytności etyka rozumiana była właśnie jako sztuka dobrego (choć niekoniecznie wygodnego) życia. Tego, kto ignoruje etykę, spotkają równie poważne konsekwencje jak tego, kto ignoruje naturę.

Jedną z podstawowych zasad uznanych powszechnie w etyce jest ta, że cel nie uświęca środków. Nie da się realizować dobrego celu niegodziwymi środkami. Jeśli pragniemy posiadać dziecko i decydujemy się na procedurę in vitro, która wytwarza wiele zarodków, a następnie wykorzystuje jedynie część z nich, pozostałych zaś pozbywa się lub je zamraża, nie możemy uniknąć pytania: co z pozostałymi dziećmi? Czy wolno poświęcić życie kilkorga dzieci, nienarodzonych, zamrożonych lub zniszczonych po to, aby zrealizować swoje marzenia o rodzicielstwie?

Prawda o in vitro powinna wybrzmieć w przestrzeni publicznej. Nie możemy poddawać się narracji tych, którzy zarabiają na tej procedurze i mówią o niej jednostronnie, przemilczając problemy z nią związane. Bez uczciwego spojrzenia na wszystkie kwestie – finansowe, społeczne, medyczne, prawne i etyczne, zarówno społeczeństwo jako całość, jak i poszczególne kobiety, będziemy ponosić koszt w wielu sferach, a jedynymi wygranymi będą placówki wspomaganego rozrodu.

 

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama

reklama