Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Krystyna Czerni

Śmietnik metafizyczny

Pamięci Teresy Rudowicz - w 4. rocznicę śmierci

Malarz nie potrzebuje koniecznie do stworzenia obrazu pędzla ani farb. "Malować można czym się chce - pisał Apollinaire - fajkami, znaczkami na listy, pocztówkami lub kartami do gry, kandelabrami, kawałkami ceraty, sztywnymi kołnierzykami, tapetą, gazetami...". W tym najsłynniejszym cytacie z książki o kubistach, francuski poeta uchwycił moment, który dla miłośników malarstwa stał się prawdziwym "przewrotem kopernikańskim" - w większym stopniu niż efektowny gest Duchampa. Pisuar "Fontanna" i cała koncepcja ready mades, rezygnująca z artystycznego warsztatu i komentarza - były po trosze dezercją z właściwej przestrzeni sztuki. Kolaże kubistów otwierały natomiast tej sztuce niezwykłe możliwości; kolejne nurty - surrealizm, pop-art - upominały się o włączanie do malarstwa nowych, zaskakujących obszarów. Nietypowe środki materii oznaczały także rewolucję technologiczną - u schyłku lat 50. włoscy i hiszpańscy artyści malowali piaskiem, żwirem, smołą, nadpalonymi drewienkami. Dokładnie w tym czasie znalazła się w Rzymie Teresa Rudowicz - i pobyt ten okazał się decydujący także dla jej twórczości, zwłaszcza, że udało jej się przetłumaczyć modną konwencję na sztukę osobistą, do niczego innego niepodobną...

Krytycy polscy często podkreślali "włoskość" jej malarstwa, na Zachodzie pisano zazwyczaj o "krakowskich korzeniach"; Rudowicz przebywała w Rzymie kilka lat, ale wykształciła się i żyła w Krakowie. Oba te miasta mają wspólną cechę: czuje się w nich wszechobecność historii; na ulicach, w architekturze - widać przenikanie epok, stylów, nakładanie się czasu; niekiedy sąsiadują ze sobą nie wieki nawet, ale tysiąclecia. O uroku wiecznego miasta i "cudownym amalgamacie starożytności i baroku" pisał Roberto Salvadori: "...to metropolia, która posiada największe centrum historyczne, z największą różnorodnością zgromadzonych tam cywilizacji, a co za tym idzie, stylów architektonicznych. (...) Tutaj, ściśnięte w niewiarygodnej gmatwaninie ulic, współżyją ze sobą klasyczne ruiny, barokowe kościoły i szpitale, resztki dzielnicy żydowskiej". A w Krakowie - surowe wnętrze gotyckiego kościoła zdobią złote, rokokowe ołtarze; w ścianę średniowiecznych krużganków winkrustowano okruchy dawnych nagrobków i epitafiów; na starych, odrapanych murach Kazimierza widnieją ślady szyldów, gasnące litery. Ta sama zasada - wędrówki w czasie - rządzi malarstwem Teresy Rudowicz, tyle tylko, że bardziej niż odbiciem historii powszechnej, jest ono zapisem osobistych, indywidualnych mitologii.

Zanim Teresa zaczęła wyklejać swoje słynne kolaże, próbowała - jak niemal wszyscy w czasie odwilży - spontanicznego, zamaszystego "malarstwa gestu". Zachowała się wspaniała fotograficzna rejestracja z takiego "seansu": na zdjęciach Wojciecha Plewińskiego śliczna, drobna dziewczyna klęczy, krąży, niemal tańczy wokół rozłożonego na podłodze płótna - wylewając farbę wprost z puszki, coś gorączkowo przecierając, rozmazując. Kadry jak ze słynnego filmu o Pollocku - choć szybko okazało się, że radość płynąca z samej energii malarskiej jest zbyt wątłym źródłem, by starczyć na długo. Wkrótce zmęczenie abstrakcją było powszechne. Rudowicz wróciła w swych obrazach do świata w sposób dosłowny: włączając jego fragmenty, wklejając okruchy ocalałej materii. Początkowo głównie papiery: szczątki zetlałych mszałów pokryte drobnym szlaczkiem cyrylicy, zbierane jeszcze w latach 40. w zrujnowanych cerkwiach Łemkowszczyzny; łacińskie rękopisy skupowane za grosze u włoskich antykwariuszy na Piazza Borghese, wycinki archiwalnych gazet, stare afisze, puste opakowania. A także ścinki materii: adamaszki, pasmanterie, tiule, fragmenty staromodnej garderoby, skrawki żakardowych tkanin z motywem rzymskiej architektury - Colosseum, Łuk Hadriana... Rzeczywistość uboga, a równocześnie szalenie wysmakowana, bo przecież nie przypadkowa zbieranina form, ale misterne zestawienie faktur i deseni, subtelnie zestrojona gama barw, alternacja odcieni - sepii, beżu, brązów, czasem z akcentem czerwieni lub czerni.

Te obrazy mają jedną, zaskakującą cechę: przy całej rozmaitości użytych materiałów, struktur, ruchliwości powierzchni - są w jakiś sposób jednolite, zamknięte jako estetyczna całość. Na dobrą sprawę, to co na nich widzimy, to klasyczny śmietnik - ale śmietnik archeologiczny, gdzie każdy odnaleziony okruch jest bezcenny, każdy strzęp materii wyrwany nicości, pieczołowicie wydobyty, wyeksponowany. Dzięki malarskiej "obróbce", następuje znacząca unifikacja, równo-ważność wszystkich elementów, pokrytych szlachetną patyną werniksu. Tyle samo znaczą i równie są piękne: kunsztowny medalion i plastikowy guzik, misterna koronka i wytarte obicie fotela, pożółkłe listy i strzęp współczesnej gazety, a także kapsel od mleka, wyblakły starodruk, gwoździe tapicerskie, skrawki bielizny, która nie kusi już nikogo, zdjęcie kobiety, której uroda przeminęła... Wszyscy archeolodzy wiedzą, że najcenniejszym wykopaliskiem jest właśnie wysypisko śmieci - bo pozostaje świadectwem przeszłości, kultury, śladem czyjegoś życia, obyczajów, kopalnią informacji. W tych obrazach informacja jest sentymentalna - każdy z tych strzępów ma swoją przeszłość, jakąś tajemniczą biografię, dotykały go czyjeś ręce, czemuś służył - możemy się tego tylko domyślać. Ale korci nas próba rekonstrukcji, dlatego tę sztukę można postrzegać jako poetycki i nostalgiczny obraz pamięci: mieszają się w niej zamazane, wyblakłe kadry, ułamki wspomnień, mgliste skojarzenia, a czasem, nagle, wyraźnie jak błysk - powraca jakiś obraz: czyjaś twarz i spojrzenie patrzące nam w oczy na fotografii sprzed pół wieku.

Każdy, kto zajrzał kiedyś do zapomnianej szuflady, pełnej szpargałów i rupieci, lub sprzątał mieszkanie po kimś, kto już odszedł, zna to uczucie - lawiny wspomnień, obrazów, zapachów. Może właśnie sentymentalny ładunek tej sztuki powodował, że Teresa nie lubiła tytułować obrazów, jakby nie chcąc dopowiadać, zagadywać wszystkiego. Warsztat Teresy - to były stosy papierzysk, szmat i złomu, znajdowane w dziwnych miejscach, na wysypiskach, targach staroci, znoszone przez przyjaciół, czasem przez nieznajomych - wprost do galerii. Wizyty w słynnej pracowni na Widoku oznaczały przedzieranie się przez te stosy, były jakby "wchodzeniem w obraz", do wnętrza sztuki. Warstwa technologiczna: przylepianie tego wszystkiego elastycznym klejem, częściowe zagipsowanie, pokrywanie wilgotną warstwą cienkiej bibułki i emulsji, szpachlowanie marmurowym proszkiem - jest dziś alchemiczną zagadką dla konserwatorów. Kłopoty z konserwatorami były zresztą od początku i miały charakter qui pro quo. 30 lat temu nie wypuszczono dwóch obrazów Rudowicz za granicę, bo na jednym był zabytek: pudełko od cygar "Superiores" sprzed I wojny światowej, a na drugim... dewizy: stary banknot 5-centowy. Skandal doszedł do Biura Handlu Zagranicznego, władz ZPAP i Ministerstwa Kultury - wydano oficjalne zakazy.

Teresa w ogóle miała szczęście (pecha?) do skandali. Gdy ktoś jej dobrze nie znał, mógł odebrać jej egzaltację jak histerię i agresję; urządzała w Krzysztoforach jakieś awantury... Poznałam ją na początku lat 80., przeżywała wtedy swoje malarskie "rekolekcje", malując gwałtowne, dramatyczne obrazy religijne - niepodobne do niczego, co można było oglądać w Kościele. Dalej zaczepna i prowokująca, chociaż w sakralnych murach widać było wyraźniej zarówno jej serdeczną życzliwość, jak i to, że wszystkie lamenty i połajanki tak naprawdę są "w cudzysłowie", są konwencją, którą ona sama trochę się bawi. Stale w ruchu, porywcza, nerwowa, ciągle zatroskana - umiała to wspaniale przetłumaczyć na malarstwo. Zarówno na początku, przy obrazach strukturalnych, zderzających różne faktury, powierzchnie i sentymenty, jak i wtedy gdy wróciła do malarstwa olejnego. Jej późne, ekspresyjne "Ukrzyżowania" były jakimś bluzgiem, gwałtowną erupcją farby, materią cierpiącą... Teresa sama była kłębkiem emocji, ale z tych emocji i rozedrgania potrafiła zrobić sztukę. A że była jakaś cena? Podobno profesor Kępiński powiedział jej kiedyś: no, albo pani chce być zdrowa, albo być artystką...

Ostatnich kilkanaście lat jej życia to twórczość religijna, przejmująca osobistym tonem i pokorą - dziesiątki niewielkich rysunków rozdawanych bezinteresownie, z potrzeby serca. Niektórzy nie mogli jej darować ucieczki z terenu "czystej sztuki", zaakceptować dobrowolnej ascezy, wyrzeczenia. Nieliczni pamiętali, że tak naprawdę to nie ucieczka, a właściwie powrót: jedne z pierwszych fotomontaży i monotypii z lat 50. - te z wykorzystaniem prawosławnych starodruków - nosiły tytuły "Transfiguracja", "Ucierniowanie". Pożegnanie z kolażem też nie okazało się definitywne; ostatni obraz, skończony już po śmierci Teresy przez jej męża Mariana Warzechę - to znowu "śmietnik metafizyczny": zbiór pamiątek z ostatniej podróży do Paryża. Tym razem już nie "archiwalia", ale "aktualia" - ślady własnej pamięci: bilet do metra, serwetka LOT-u, paragon z paryskiego supermarketu; wszystko przykryte woalem bibułki, po malarsku uszlachetnione. Właśnie ten obraz przypomniał mi zwyczaj praktykowany w mojej klasie przez koleżanki, jak i pewnie większość dziewcząt w tym wieku - do panieńskich sztambuchów wlepiałyśmy skrupulatnie różne ślady naszego "burzliwego", targanego emocjami życia: bilety do kina, papierki z ulubionych łakoci, ususzone liście zebrane na pierwszej randce. Obyczaj ten rychło wydał mi się infantylny, aż do czasu, gdy zobaczyłam to samo w "kajetach" Czapskiego, notatnikach Rodzińskiego i dziennikach innych dojrzałych mężów. Mania zbieractwa pozostała zapewne jedną z bardziej uporczywych manii ludzkości - cały sekret w tym, jak poddać ten "śmietnik" artystycznej transfiguracji, jak zrobić z niego sztukę. To już przywilej tylko urodzonych malarzy - do nich z pewnością należała Teresa.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: sztuka kultura malarstwo Kraków Teresa Rudowicz