Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Jan Grosfeld

Zapach miły Bogu

Łazarz wychodzi z pieczary śmierci, zgromadzeni wokół cieszą się z jego wskrzeszenia.
Pozostaje jednak pytanie: co dalej?

Dlaczego w tegoroczną piątą niedzielę Wielkiego Postu proklamujemy i słuchamy długiego fragmentu z Ewangelii św. Jana o wskrzeszeniu Łazarza? Czy chodzi o to, by pokazać — jak wówczas i dziś nadal wielu myśli — jakąś nadzwyczajną moc Jezusa, który czyni cuda i pociesza ludzi, ożywiając ich umarłych? Zapewne o to też chodzi, bo Bóg bierze pod uwagę biedę i smutek naszej ludzkiej natury, gdyż kocha człowieka takim, jakim jest, bez warunku poprawy. Dlaczego jednak na wieść o chorobie Łazarza, którego podobnie jak jego siostry miłował, Jezus zwlekał aż dwa dni, by przyjść i go uzdrowić? Czy od razu nie byłoby łatwiej, niż potem wskrzeszać trupa? Czarownik na pewno by tak postąpił, ponieważ jest to łatwiejsze zadanie. W dodatku Łazarz później i tak kończy swe ziemskie życie. Jezus mówi: „Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej” (J 11, 4) i czeka, aż Łazarz umrze.

Jakie orędzie niesie z sobą ta ewangelia, napisana jak wszystkie pozostałe po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, a zwłaszcza po otrzymaniu Ducha Świętego przez uczniów, którzy dopiero wtedy pojęli, o co w tym wszystkim chodzi, i zostali uzdolnieni do pełnienia misji apostolskiej? Adresatem tej katechezy jest każdy szukający spotkania z Nim na drodze od wierzeń infantylnych do wiary dojrzałej.

Gdybyś tu był

Chrystus oznajmia, że idzie obudzić Łazarza ze snu. I my również śpimy. Jest to sen śmiertelny: nie żyjemy naprawdę, lecz w naszych ułudach, w projekcjach naszych koncepcji życiowych, hierarchii wartości najczęściej drobnomieszczańskich, których poziom zależy jedynie od zasobów materialnych — a wszystko to w głębi motywowane ucieczką przed cierpieniem. Oby tylko nic złego się nie stało, a jeżeli już się dzieje, to chociaż niech nie będzie gorzej.

Żyjemy, jakbyśmy nie żyli... i mamy sny: o większych zarobkach, a najlepiej o porządnym spadku, nie ogromnym, bo przecież jesteśmy religijni, a wiadomo, że człowiek religijny, tak zwany chrześcijanin, ma być skromny i za dużo nie żądać. Czy to przesada pragnąć, by powodziło mi się nie gorzej od innych? Nie mam przecież wygórowanych roszczeń wobec Boga i ludzi. Nie myślę o tym, że moje życie zmierza ku śmierci, w której to chwili na nic nie przyda mi się konto bankowe, zaskórniaki, rodzina, dom, samochód i piękne podróże. Ludzkich przyjaźni i innych afektów także nie da się wówczas wykorzystać.

Na pewno będzie to moment największej samotności.

Ta drzemka czy sen są skutkiem przekonania, że trzeba bronić własnego życia. Jezus Chrystus przychodzi, by ciebie i mnie obudzić. Mówi: „Przebudź się, przetrzyj oczy, przeczyść uszy, wstań, spójrz w moją stronę, czekam na ciebie właśnie tam, gdzie myślisz, że spotka cię śmierć, a Ja przychodzę, by dać ci życie”.

Chrystus wielokrotnie powtarza to samo, co Bóg wyraził w słowach wypowiedzianych do Mojżesza: „Usłyszałem lament, jęk mojego ludu, więc interweniuję, by przyjść mu z pomocą” (por. Wj 3, 7; 6, 5). Jezus został posłany i przychodzi ze względu na nasze doświadczenie braku miłości, które rodzi poczucie nieszczęścia i ucieczkę w grzech. Marta, siostra Łazarza, mówiąc z pretensją: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”, wyraża jednocześnie bardzo głęboką prawdę o Nim.

Obecność Jezusa Chrystusa przywraca życie, gdyż przyszedł szukać tego, co zginęło.

Wyjdź na zewnątrz

Wydarzeniem najbardziej uderzającym, o potężnej treści i mocy katechetycznej, jest w tej opowieści scena wyjścia Łazarza z grobu. Jezus poleca, by odsunąć kamień zagradzający wejście do pieczary, gdzie był pochowany. Marta odpowiada, że przecież trup już cuchnie, bo leży tam od kilku dni. Jakie znaczenie ma ta scena dla nas? Czym jest ów smród rozkładającego się ciała? Skąd bierze się ta odrażająca woń? Jej źródłem jest moje wnętrze pełne grzechów i ich skutków.

Skoro, jak pisze św. Paweł, „grzech, gdy pocznie, rodzi śmierć”, to w takim razie moje „ja” nie żyje, jest umarłe i wydziela nieznośny zapach, który jest skutkiem braku miłości. Jestem przepełniony zgniłymi owocami siedmiu grzechów głównych: pychy, chciwości, nieczystości, zazdrości, obżarstwa, gniewu, lenistwa.

Dlaczego więc inni tego zapachu nie czują? Po pierwsze, sami również go wydzielają i utracili zmysł powonienia, smaku, smaku życia. Po drugie, owszem, często czują i uciekają, bo nawet psychologia potwierdza fakt, że nie akceptujemy innych za słabości, które sami mamy, także za grzechy, które sami popełniamy.

Jezus mówi: „Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!”. I Łazarz wychodzi wraz z całą tą zgnilizną. Co to oznacza?

Tym, co blokuje nas przed życiem prawdziwym, jest paniczne i potężne przywiązanie do zła, które czynię, choć tego nie chcę (św. Paweł). Jak tę blokadę usunąć, jaki jest pierwszy krok do zerwania pęt piekielnych, które trzymają mnie w niewoli, jak nie utonąć w zalewających mnie falach śmierci (Ps 18)?

Wyjść na zewnątrz! Jedyna droga to, poznawszy zgniliznę swojego wnętrza, ujawnić ją, wyznać prawdę o grzechach!

Wyzwalająca moc prawdy na tym polega, by nieznośny zapach śmierci wyszedł na zewnątrz. Diabeł wiedząc dobrze, jak rzeczy się mają, że wtedy utraci niewolnika, nie chce, by tak się stało, i zawsze będzie szeptem kłamał do ucha: „Gdy zobaczą, jaki naprawdę jesteś, nikt cię nie zaakceptuje, nawet ty sam. Dlaczego masz ponosić takie ryzyko? Wtedy twoje »ja« umrze”.

Tymczasem prawda jest odwrotna. Twój trup, aby ożyć, musi wydalić z siebie zapach śmierci, uwalniając się od niej. Co więcej, człowiek wyznający własne grzechy, dzięki temu, że nie udaje kogoś innego, staje się w swej słabości bliższy ludziom, im podobny. Dostają nadzieję, że może i oni nie będą musieli udawać, iż są kimś innym. Wszyscy przecież w jakimś stopniu gramy różne role, występujemy w owym teatrze cieni, czyli postaci nierealnych, pozbawionych ciała.

Pozwólcie mu chodzić

Jest jeszcze jeden ważny i piękny wątek w tej ewangelicznej przypowieści. Gdy Łazarz znalazł się już na zewnątrz pieczary, miał nogi i ręce związane opaskami, a twarz zawiniętą chustą. Taki był zwyczaj grzebania zmarłych w Izraelu. Jezus mówi do obecnych: „Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić”. Jak to rozumieć w odniesieniu do naszego osobistego życia?

Widzimy tu wspólnotowy wymiar Kościoła. Sam w pojedynkę zbawić się nie mogę. Człowiek będący w pętach śmierci nie jest w stanie sam się od nich uwolnić. Bóg działa w zgromadzeniu, w ludzie przez Niego wezwanym i powołanym jak Izraelici idący przez pustynię, we wspólnocie chrześcijan, którzy przez obecność, słowo zachęty, modlitwę, często przez post i jałmużnę, pełnią misję wobec konkretnej osoby.

Jeszcze lepiej ewangelie przedstawiają ten wspólnotowy wymiar ratowania człowieka w przypowieści o paralityku, którego współbracia spuszczają przez dach do wnętrza domu, gdzie przebywa Jezus, aby go uzdrowił.

Nasza indywidualistyczna mentalność i postawy najczęściej wcale nie biorą pod uwagę faktu, że żyjemy w jakiejś wspólnocie Kościoła, której nigdzie nie widać, że nasze czyny mają społeczne skutki, że zarówno ja mam pewną misję do spełnienia wobec innych, jak i oni wobec mnie.

Moralistyczne i niechrześcijańskie dążenie do doskonałości pogłębia tylko tę naturalną, indywidualistyczną skłonność do bycia samemu pępkiem świata. Innych ludzi widzę jak przez mgłę, są podobni do obrazu drzew, jakie niewidomy dostrzega w lesie.

Łazarz wyszedł z pieczary śmierci, zgromadzeni wokół cieszą się z jego wskrzeszenia. Pozostaje jednak pytanie: co dalej? Co ma czynić ten, którego miłość Boga zrealizowana w obecności i mocy Jezusa Chrystusa wydobyła z grobu, z otchłani bezsensu życia, rozpaczy i pustki? Taki człowiek już jest świadkiem tego, co Bóg uczynił, i może zacząć Go chwalić. Następnie otwiera się przed nim droga, której nie znał przedtem i nadal nie zna, droga długa, często trudna i pełna meandrów.

Kto widzi

Dokąd wiedzie ta droga? Do tego, by pozbywszy się złego zapachu, zacząć powoli wydawać piękną woń. Co jest tą piękną wonią, która będzie przyciągać ludzi? Chodzi o zapach, który jest miły Bogu. Mówi o nim wielokrotnie Biblia, od Księgi Rodzaju, przez Księgę Kapłańską, Liczb, Syracha, księgi prorockie, zwłaszcza zaś Pieśń nad Pieśniami, po Ewangelię Jana i Listy Pawła. Pierwotnie była to woń ofiar zwierzęcych spalanych ku czci Pana. Później, gdy ofiary uległy oczyszczeniu, sublimacji, nabrały bardziej duchowego wymiaru, zapachem miłym Bogu zaczął stawać się stopniowo sam człowiek i jego postawy.

Wonią, jaką wydaje chrześcijanin, a która podoba się Bogu, jest miłość do nieprzyjaciela. Nie leży ona w naturze i mocy człowieka, lecz stanowi właściwość Boga samego. Skąd to wiadomo, przecież Boga nikt nigdy nie widział? Jezus mówi: „Kto Mnie widzi, widzi i Ojca” (J 14, 9).

Chrystus oddaje swoje życie za wroga, czyli za mnie i za ciebie, którzy jesteśmy Jego nieprzyjaciółmi każdego dnia i godziny. Czyli kiedy? Wtedy, gdy nie mamy miłości do tych, którzy nas w jakikolwiek sposób niszczą: do bliskich (krewnych, przyjaciół, kolegów, przełożonych) i do dalszych (polityków i wszelkiego rodzaju „onych”!). Gdy nie tylko nie kocham, ale i nie akceptuję męża, żony, dzieci, rodziców i każdego innego, On mówi: „Ja Jestem, Jestem Inny, kocham cię właśnie jako grzesznika i za ciebie oddaję moje życie, abyś ty mógł żyć i zacząć dawać życie innym, kochając ich »jak Ja was umiłowałem«, czyli umierając i zmartwychwstając”.

Zapachem najmilszym Bogu jest ten, który przypomina Mu Jego samego, który jest Mu najbardziej znany. Św. Paweł mówi na przykład, że pieniądze przeznaczone na utrzymanie tego, kto głosi Dobrą Nowinę, wydają zapach miły Bogu. Wydając woń Bogu przyjemną — na przykład pożyczając pieniądze temu, kto dotąd nie oddał poprzednich pożyczek, albo dając jałmużnę na cel, który uważam za niezgodny z moimi kryteriami racjonalności (przywiązujemy do pieniędzy ogromną wagę i dlatego zawsze muszą być pożytecznie spożytkowane!) — człowiek-chrześcijanin właśnie wtedy szczególnie podoba się Bogu, bo daje dowód, że dostrzegł Jego obecność na ziemi i przyjmuje Jego Słowo. Staje się do Niego podobnym.

***

Wielki Post jest czasem, gdy możemy chociaż trochę podtopić egoistycznego „starego człowieka”, który jest w nas i kurczowo trzyma się swojego „ja” z lęku, że umrze.

A gdy skończy się czterdzieści dni, podczas nocy paschalnej będzie możliwość utopić go do końca.           

Prof. Jan Grosfeld (ur. 1946) jest kierownikiem katedr Współczesnej Myśli Społecznej Kościoła oraz Cywilizacji i Kultury Europejskiej w Instytucie Politologii UKSW.

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: grzech stary człowiek pocieszenie wskrzeszenie Łazarza wyzwalająca moc prawdy przywiązanie do grzechu
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W