Decentralizacja Kościoła – lekarstwo bardziej śmiercionośne niż choroba?

„Decentralizacja nie tylko może zniszczyć jedność Kościoła, ale nie respektując jedności doktryny i praktyki duszpasterskiej, może też ostatecznie rozbić jedność między doktryną i władzą w Kościele” – pisze o. Jan P. Strumiłowski OCist.

Jednym z postulatów Synodu o synodalności, bardzo mocno wspieranym i inspirowanym myślą papieża Franciszka, jest decentralizacja Kościoła. Idea brzmi dość atrakcyjnie, tym bardziej, że wpisuje się w trend zmierzający do scedowania władzy na niższe podmioty, bliższe konkretnym społecznościom i kulturom, w których żyją katolicy. Bardziej problematyczny jest fakt, że decentralizacja realizuje się w kontekście liberalnych dążeń do walki z klerykalizacją (często błędnie i ekstremalnie rozumianą). Niemniej, kiedy spojrzymy na Kościół z perspektywy jego historii, zauważyć możemy w starożytności i średniowieczu pewnego rodzaju strukturę oddolną. Można powiedzieć, że zawsze Duch Święty w Kościele wzbudzał świętych i rodził zbawienne idee, które nie były odgórnie nakładane przez Magisterium. Tak więc jak dzisiaj widzimy, że publikuje się dokumenty które odgórnie usiłują regulować wszelkie, najdrobniejsze kwestie życia Kościelnego, tak dawniej, szczególnie przed epoką nowożytną, Magisterium ograniczało się do czuwania, by wspólnoty żyjące tchnieniem Ducha nie zeszły na bezdroża. Zakony, formy modlitwy a nawet liturgie powstawały w sposób oddolny. Magisterium ich nie kreowało lecz weryfikowało.

Współcześnie proponowana decentralizacja nie jest próbą powrotu do takiego stanu rzeczy. Niestety takiej sytuacji nie da się zadekretować. Życie nie rodzi się z dokumentów. Jednakże postuluje się, żeby organami nadrzędnymi w wielu kwestiach życia kościołów lokalnych nie zajmowała się bezpośrednio Stolica Apostolska, lecz żeby kompetencje przenieść na niższe organy, jak na przykład konferencje episkopatów kontynentalnych czy krajowych. Trudno bowiem ustalać jedną wspólną zasadę realizacji życia kościelnego dla tak skrajnie różnych wspólnot, jak wspólnoty europejskie i afrykańskie. W historii widzimy zresztą, że nawet tak istotna kwestia jak kształtowanie się formy liturgii przebiegała w różnoraki sposób w różnych kulturowo miejscach.

Problem stanowi jednak zakres kompetencji, które mają być przydzielone tym pomniejszym ciałom eklezjalnym. Otóż nie chodzi tutaj jedynie o kwestie kulturowe, formalne, pobożnościowe czy nawet prawnokanoniczne jedynie w takim zakresie by nie naruszać i zmieniać doktryny, ale chodzi także o kwestie doktrynalne. A nawet gdyby je wyłączyć, to w dobie, w której naprawdę globalnie zatracił nam się katolicki zmysł rozumienia powiązania między doktryną a praktyką (nastąpiło tutaj naprawdę ogromne rozdarcie), taki zabieg nieuchronnie musi prowadzić do rozczłonkowania Kościoła.

Może zatem okazać się, że kościoły zachodnioeuropejskie będą zachowywały nie tylko odmienną praktykę niż w innych miejscach, ale ta praktyka w sposób milczący będzie zakładała już odmienną doktrynę. Tymczasem w historii widzimy, że chociaż lokalne kościoły czasami różniły się obrzędami czy obyczajami, to jednak zawsze twardo stano na stanowisku, że dla zachowania jedności musi być utrzymana zgoda co do trzech elementów: jedności wiary (całego depozytu), jedności kultu (zwłaszcza w rozumieniu i urzeczywistnianiu istoty Najświętszej ofiary oraz dyscypliny i liczby sakramentów) oraz władzy (wraz z jednakowym jej hierarchicznym rozumieniem i nadprzyrodzonym pochodzeniem). Jeśli zważymy na te trzy elementy, to jak zauważył to już w 80. latach kard. Ratzinger, mamy do czynienia ze schizmą de facto. Decentralizacja ma być środkiem, który nie zaleczy podziałów, ale je usankcjonuje.

Decentralizacja tak ekstremalnie rozumiana ma jednak sięgać dalej. Z ostatnich dokumentów Dykasterii do spraw Nauki Wiary wynika, że kwestie, które do tej pory były nienaruszalne, gdyż wynikały z depozytu boskiego objawienia, teraz mają być w kompetencji rozeznania poszczególnych duszpasterzy. Taki zabieg doprowadzi już nawet nie do zmielenia jedności Kościoła na pył, ale do jego prywatyzacji. Jeśli wierny pozostający w obiektywnie grzesznej sytuacji natrafi na „złego” duszpasterza, który nie wykaże odpowiedniego „zrozumienia” i „miłosierdzia”, to sobie znajdzie innego. Poza tym, że Kościół przemieni się w coś na kształt pseudoduchowego supermarketu, to zauważyć należy, że takie posunięcie jest o dziwo aktem radykalnej klerykalizacji Kościoła. Do tej pory kapłan miał być sługą Kościoła, miał strzec jego zasad i wdrażać je w życie ludu Bożego. Teraz kapłan będzie właścicielem depozytu, którym samodzielnie będzie mógł szafować. Już nie sługa ale pan, od którego zależy wszystko, a zwłaszcza dostęp do życiodajnych sakramentów.

Różnica więc jest ogromna między tym co było, a tym co ma być. Hierarchiczna struktura Kościoła jest jasna. Żaden duchowny nie może stać ponad Kościołem i jego depozytem. Ma być pokornym sługą zbawienia. Teraz kapłani będą ponad depozytem, mogąc tenże depozyt może nie tyle skreślić czy zmienić, ale swobodnie naginać. Kryterium naginania prawa Bożego będzie zaś wierny, któremu kapłan będzie służył. Hierarchia jest tutaj całkowicie odwrócona.

Niektórzy jednak w decentralizacji upatrują szansy na ocalenie. Bo jeśli żyjemy w czasach zamętu i faktycznego deformowania odwiecznego nauczania Kościoła, to może dzięki decentralizacji w naszej jeszcze katolickiej Polsce uda się zachować autonomię. Są to oczywiście złudne nadzieje. A nawet jeśli formalnie taki stan rzeczy udałoby się zachować, to byłaby to katastrofa – właśnie ze względu na rozumienie katolickości w Kościele i zależności między Kościołem powszechnym i kościołami partykularnymi.

Kościoły partykularne, chociaż zachowują swoją autonomie – biskup diecezjalny nie jest wikarym papieża, ale jest rzeczywistym pasterzem kościoła lokalnego z rzeczywistą a nie jedynie delegowaną władzą – nie są tworami samoistnymi. Kościół powszechny nie jest wypadkową lub sumą kościołów partykularnych. To nie jest tak, że możemy mieć różne kościoły, które nie zachowują trzech wyżej wskazanych filarów jedności, a jednak będą one tworzyły jeden różnorodny Kościół powszechny. Taki model nie jest oczywiście niczym innym jak transpozycją postmodernistycznego rozumienia „piękna różnorodności”, wynikającego z zakwestionowania obiektywnej prawdy.

Kościół powszechny nie wyłania się z konsensusu kościołów partykularnych. Nie jest również średnią arytmetyczną czy wypadkową egzystującą gdzieś pomiędzy różnymi konkretnymi realizacjami (kościołami partykularnymi) duchowego Kościoła Chrystusowego. Kościół partykularny ma być urzeczywistnieniem (partykularnym, i jednostkowym) Kościoła powszechnego. Jeśli zatem Kościół powszechny oficjalnie akceptuje zmianę doktrynalną lub chociażby duszpasterską, która milcząco zakłada zmianę doktryny, to tym samym staje się to dziedzictwem całego Kościoła (oczywiście jedynie w sensie jurydycznym, gdyż rzeczywistej zmiany doktryny nie ma prawa dokonać nawet papież).

Zatem jeśli w jakimś kościele lokalnym zostanie zaaprobowane błogosławienie związków homoseksualnych, to wierni również w innym miejscu będą mieli prawo w sposób uzasadniony pytać, dlaczego u nas nie wolno? Oczywiście chcąc zachować ducha katolickiego ordynariusz będzie musiał sprzeciwić się zmianie doktryny, która będzie tak naprawdę usankcjonowanym bezprawiem. Tak więc decentralizacja nie tylko może zniszczyć jedność Kościoła, ale nie respektując jedności doktryny i praktyki duszpasterskiej, może też ostatecznie rozbić jedność między doktryną i władzą w Kościele.

Czyżby zatem pomimo diagnozy dotykającej rzeczywistych symptomów choroby, lekarstwo okazało się bardziej śmiercionośne niż sama choroba? W przeszłości Kościół rzeczywiście funkcjonował w sposób oddolny, bo spajała go hierarchiczna struktura. Błędem jest więc mniemać, że naruszenie tej struktury doprowadzi do ożywienia wspólnot eklezjalnych na niższym, partykularnym poziomie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama