Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Ks. Adam Boniecki

Na przełomie epok

Był skazany na poruszanie się w cieniu „wielkiego poprzednika”. A czasy, w jakich pełnił funkcję prymasa, z pewnością nie ułatwiały mu zadania.

Dobrze pamiętam śmierć dwóch prymasów Polski, kard. Augusta Hlonda (październik 1948) i kard. Stefana Wyszyńskiego (maj 1981). Ich pogrzeby były wielkimi narodowymi manifestacjami. Szkoła księży marianów na Bielanach nie zwolniła uczniów na pogrzeb prymasa Hlonda, wobec czego z kilkoma kolegami uciekliśmy z lekcji, za co obniżono nam zresztą stopień z zachowania (na „odpowiedni”). Pogrzeb prowadził kard. Adam Stefan Sapieha — wśród ruin warszawskiej starówki, w zburzonej katedrze świętojańskiej.

Na iście królewski pogrzeb Prymasa Tysiąclecia przyjechałem z Rzymu. Liturgii przewodniczył papieski legat, sekretarz stanu kard. Agostino
Casaroli. Nie darmo Prymasa nazwano „niekoronowanym Królem Polski”...

Piszę to w przeddzień rozpoczęcia uroczystości pogrzebowych kard. Józefa Glempa, pewien, że po długim okresie kierowania Kościołem warszawskim i po 29 latach prymasostwa także jego będą żegnały tłumy. Zmarły zamyka bowiem wielki rozdział historii Kościoła w Polsce, o czym sam mówił po nominacji obecnego księdza prymasa: „Wraz z nominacją dla
abp. Kowalczyka przychodzi nowy styl sprawowania urzędu prymasa. Kończą się — jak to nazywam — prymasi niepodległościowi, którzy w różnych momentach swego życia prowadzili naród do odzyskania wolności: Dalbor, Hlond, Wyszyński i ja” (wywiad dla „Newsweeka”, czerwiec 2010).

Nie do zwerbowania

W 1981 r. wielu Polaków zaskoczyło powołanie młodego, będącego od niedawna biskupem warmińskim Józefa Glempa na stolicę prymasowską. Nie wiemy, czy nastąpiło to na sugestię kard. Wyszyńskiego, czy to Jan Paweł II wybrał właśnie jego spośród kandydatów zaproponowanych przez Prymasa. Sam kard. Glemp wspominał: „Byłem przez niego brany pod uwagę, ale chyba nie jako pierwszy na liście. Byłem przecież jednym z najmłodszych biskupów, objąłem diecezję warmińską zaledwie w 1979 r. Wiem, że bliscy prymasowi byli abp Bronisław Dąbrowski oraz późniejszy biskup Alojzy Orszulik. Myślę, że o moim wyborze zadecydował papież. A postawił na mnie, bo byłem młody, zdrowy, znałem łacinę i włoski, zaś dzięki studiom i pracy z kardynałem Wyszyńskim znałem Kościół w Polsce i w świecie”.

Ks. Józef Glemp (święcenia kapłańskie w 1956 r.) wyjechał do Rzymu na studia w 1958 r. W ciągu sześciu lat zdobył doktoraty z prawa kościelnego i świeckiego, ukończył kurs stylistyki łacińskiej, studium administracji kościelnej i studium rotalne, uzyskując tytuł adwokata Roty Rzymskiej. Później wrócił do Polski, gdzie pełnił funkcje odpowiadające jego wykształceniu w seminarium, kurii i trybunałach kościelnych. To pewnie wtedy — jak mi opowiadano — ktoś zwrócił uwagę Prymasa Wyszyńskiego na wybitnie zdolnego księdza, którego talenty powinien lepiej wykorzystać. Kardynał zabrał więc ks. Glempa z Gniezna, gdzie wówczas pracował, do Warszawy, by w grudniu 1967 r. zatrudnić go w swoim Sekretariacie.

Ks. Glemp szybko okazał się cennym współpracownikiem. Został sekretarzem Prymasa, powierzano mu ważne funkcje w Konferencji Episkopatu Polski, prowadził zajęcia na Wydziale Prawa Kanonicznego Akademii Teologii Katolickiej. Znawcy Kościoła wiedzieli o jego rosnącym znaczeniu, kiedy więc po śmierci kard. Wyszyńskiego deliberowano nad osobą następcy, „Tygodnik” wytypował dwóch prawdopodobnych kandydatów i przeprowadził z nimi wywiady. Jednym z nich był właśnie ordynariusz diecezji warmińskiej. Rozmowa ukazała się w czerwcu (nr 25/81), nominację ogłoszono w Watykanie 7 lipca (z datą 3 lipca). Trafiliśmy w dziesiątkę.

Prymasostwo dla bp. Glempa nie zaskoczyło również tajnych służb PRL. Jak wynika z dokumentów opublikowanych przez Instytut Pamięci Narodowej w książce „Plany pracy departamentu IV MSW na lata 1972—1979”, SB przewidywała, że po śmierci kard. Wyszyńskiego zakończy się unia personalna archidiecezji warszawskiej i gnieźnieńskiej. Tytuł prymasa Polski zostanie w Gnieźnie i będzie godnością honorową, jednak „stwarzającą możliwość podejmowania korzystnych dla nas rozgrywek w układach personalnych Episkopatu”. W przygotowanym na tę okoliczność planie pracy czytamy: „Należy przypuszczać, że kard. Stefan Wyszyński w swoim testamencie na tę godność (prymasa Polski) desygnuje bp. Z. Kraszewskiego, ks. dr. J. Glempa lub bp. J. Michalskiego w związku z tym (...) w odniesieniu do
ks. dr. Józefa Glempa działania będą zmierzały do mocniejszego związania go w płaszczyźnie dialogu politycznie-operacyjnego”.

Przyszłego prymasa SB miała na oku od dawna. W 1974 r. planowała pozyskanie „prac. Sekretariatu Prymasa ks. dr. Glempa” do współpracy agenturalnej. W 1976 r. jej funkcjonariusze zalecali „prowadzić aktywne opracowanie księży Orszulika, Glempa i Piaseckiego, zmierzające do stworzenia korzystnych sytuacji, sprzyjających podjęciu ponownie próby z nimi kontaktu operacyjnego”.

Pracownicy SB niczego nie wskórali. Z ujawnionych w 2005 r. przez Katolicką Agencję Informacyjną materiałów IPN wynika, że księdza Glempa próbowano nakłaniać do współpracy w latach 1964-79 r. (nadano mu pseudonim „Glon”) — za każdym razem stanowczo odmawiał, co być może stało się powodem odrzucenia w 1977 r. przez rząd jego kandydatury, kolejno, na arcybiskupstwo wrocławskie i poznańskie.

Test na interrexa

Obejmując prymasostwo, był „skazany” na poruszanie się w cieniu wielkiego poprzednika. Wspominając chwilę otrzymania wiadomości o mającym nastąpić za kilka godzin wprowadzeniu stanu wojennego, wyznawał: „miałem przed oczami postać kard. Wyszyńskiego, który był dla mnie punktem odniesienia. Wiedziałem też, że po powstaniu styczniowym stan wojenny trwał latami, i że to jest czas na przetrwanie”.

13 grudnia 1981 r. o godzinie 5.30 w prymasowskiej siedzibie przy ul. Miodowej zjawiła się partyjno-rządowa delegacja w składzie: Kazimierz Barcikowski, min. Jerzy Kuberski i gen. Marian Ryba, by osobiście poinformować arcybiskupa o wprowadzeniu stanu wojennego. Prymas zwołał Radę Główną, która dwa dni potem (15 grudnia) przygotowała mocny komunikat: „Poczucie moralne społeczeństwa zostało boleśnie ugodzone dramatycznym ograniczeniem praw obywatelskich”. Biskupi stwierdzili, że „warunkiem zachowania spokoju społecznego były nie czołgi, a przywrócenie praw związku”. 16 grudnia rozegrała się tragedia w kopalni „Wujek”. Władze wywierały naciski na Prymasa i biskupów, by komunikat wycofać: „Jeśli Kościół utrzyma tę negatywną postawę, będzie odpowiedzialny za każdą kroplę przelanej krwi” — mówił Prymasowi min. Kuberski. Ostatecznie komunikat odczytano w 11 diecezjach; arcybiskup gnieźnieńsko-warszawski ogłosił swój własny tekst, w którym powstrzymał się od bezpośredniej krytyki władz.

W pamięci zbiorowej pozostało też przemówienie prymasa Glempa z 13 grudnia do młodzieży akademickiej w warszawskim kościele Matki Boskiej Łaskawej: „Nie ma większej wartości nad życie ludzkie. Dlatego sam będę wzywał o rozsądek nawet za cenę narażenia się na zniewagi i będę prosił, nawet gdybym miał boso iść i na kolanach błagać: nie podejmujcie walki Polak przeciwko Polakowi”. Władze uznały te słowa za swój sukces i nadały im rozgłos. Brytyjski historyk Timothy Garton Ash napisał: „Kazanie odegrało rolę w osłabieniu biernego oporu i słowa Prymasa zostały przyjęte z goryczą przez wielu chrześcijan w Polsce, którzy byli w tym momencie gotowi ryzykować życiem w imię tego, co uważali za wyższą wartość”.

Właśnie wydarzenia stanu wojennego stały się dla Prymasa, biskupów, polskiego Kościoła i władz komunistycznych testem na interrexa. Testem, który wypadł negatywnie: arcybiskup stolicy prymasowskiej nie odnajdywał się w tej roli. Z objęciem przez niego sterów KEP ogromnie wzrosła rola Rady Głównej. Najważniejsze akty publiczne stały się „produktem” pracy kolegialnej, nie zaś dziełem jednej, charyzmatycznej osoby. Jak zwykle w takich przypadkach były wynikiem kompromisu różnych postaw — nie zawsze więc bywały wyraziste i jednoznaczne. Często głównym argumentem, na którym wspierała się zawartość dokumentów Episkopatu, było odniesienie do „polskiego Papieża”.

Prymas Glemp w znanych dziś dokumentach władz PRL jawi się jako postać, którą można, jeśli się zechce, „utopić”, według wyrażenia gen. Jaruzelskiego, który (na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR 11 czerwca 1982 r.) scharakteryzował Prymasa jako człowieka chwiejnego. Coraz rzadziej używano (fałszywego z punktu widzenia kościelnego, a nagminnie stosowanego w stosunku do kard. Wyszyńskiego) określenia „głowa Kościoła polskiego”...

Dzień w Białołęce

Z drugiej strony, ks. Jan Sikorski, jeden z księży najbardziej zaangażowanych w pomoc internowanym i uwięzionym, wspominając tamten czas i podnoszone wobec Prymasa zarzuty, mówi: — Ks. Józef Glemp był w bardzo trudnej sytuacji, gdy objął stanowisko prymasa Polski po wielkim kardynale Wyszyńskim, gdy ważyły się losy kraju. Trzeba było ogromnej odwagi i rozwagi, żeby podjąć się kierowania Kościołem w tak trudnej sytuacji. Na początku spotkał się z trudnościami nie tylko ze strony komunistycznych władz, ale także własnych kapłanów, którzy uważali, że jest za mało radykalny, zbyt pacyfistyczny, za bardzo ugodowy. Dla niego jednak zawsze najważniejsza była troska o człowieka i w stanie wojennym upominał się o skrzywdzonych ludzi bardzo zdecydowanie i mocno. Po 13 grudnia 1981 r. zacząłem jeździć do internowanych w Białołęce i zdawałem mu sprawę ze swoich wizyt. A on natychmiast zdecydował: „Ja tam pojadę”. I w jedną z pierwszych niedziel, jeszcze w grudniu, przyjechał do Białołęki i spędził tam praktycznie cały dzień, starał się odwiedzić wszystkich w celi, a ja mogłem wtedy dotknąć tej jego wielkiej wrażliwości na krzywdę. Starał się pomóc ludziom wszelkimi siłami, dlatego, dosłownie kilka godzin po ogłoszeniu stanu wojennego, powołał Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom.

Eksponowanie dziś od nowa potknięć, niezręczności czy nawet pomyłek zmarłego, jego współpracownicy odbierają jako niesprawiedliwe i krzywdzące. Tak odczuwa to Maja Komorowska, w okresie stanu wojennego pracująca w Prymasowskim Komitecie. W rozmowie ze mną wspomina, jak o każdej porze mogła do niego dotrzeć i zdać sprawę ze swoich wypraw, jak dyskretnie i skutecznie wspierał Komitet, także finansowo, jak się angażował w sprawy poszczególnych ludzi, np. zapewniając miejsce w szpitalu w Rzymie dla pewnego chłopca, ciężko poszkodowanego w wypadku motocyklowym.

— Dziś mówi się o nim jako o polityku, strategu, zapominając, że przede wszystkim był to człowiek dobry i człowiek modlitwy — mówi Maja Komorowska. Utkwiło jej w pamięci zdanie wypowiedziane przez Prymasa po wprowadzeniu stanu wojennego: „Gdyby kardynał Wyszyński żył, serce z bólu by mu pękło”.

Wśród świeckich

Obok znanych, przypominanych dziś w mediach dzieł kard. Glempa, jest wiele inicjatyw zapomnianych, np. Prymasowska Rada Społeczna, powołana po raz pierwszy w grudniu 1981 r. — jej pierwsze spotkanie odbyło się w sobotę 12 grudnia w rezydencji na Miodowej. Do Rady kard. Glemp powołał 28 osób, głównie świeckich. Przewodniczącym, za jego sugestią, został Stanisław Stomma. Jak zauważa historyk-świadek Andrzej Friszke: „Wprowadzenie stanu wojennego określiło sytuację Rady i jej prace. Stała się — w ciągu paru godzin — jedyną legalnie istniejącą świecką instytucją społeczną w Polsce. (...) Rada stawała się instytucją polityczną o dużym znaczeniu, namiastką niezależnej opinii publicznej,
13 grudnia zmuszonej do milczenia”.

W 1986 r. Prymas powołał drugą Radę, pod przewodnictwem rektora Politechniki Warszawskiej prof. Władysława Findeisena. Sporządzała ona m.in. raporty dotyczące udziału katolików w życiu publicznym, emigracji, pracy i ochrony życia, a w 1989 r. członkowie Rady brali udział w opracowywaniu porozumień Okrągłego Stołu.

Prof. Findeisen: — Najważniejszy dokument, który przygotowaliśmy, to „Katolicy w życiu publicznym”. Stało się to w 1987 r., kiedy jeszcze było daleko do Okrągłego Stołu. Prymas to kolportował w Rzymie, na jakimś zebraniu biskupów. Był z niego zadowolony i myśmy byli zadowoleni. Jest tam powiedziane: nie uchylaj się od życia publicznego, bierz w nim udział na takim szczeblu, na jakim możesz, choćby w komitecie rodziców w szkole, ale niech nie dojdzie do tego, że będziesz firmował jakieś niegodne rzeczy. To, co czynisz, zawsze czynisz w imieniu własnym, nie w imieniu Kościoła.

Mój rozmówca dodaje, że Prymas Glemp był miłym i ciepłym człowiekiem: — Na posiedzeniach Prymasowskiej Rady Społecznej nie było dystansu — mówi prof. Findeisen. — Dzielił się z nami niektórymi spostrzeżeniami, odważę się powiedzieć: także przeżyciami, jak w bolesnej sprawie ks. Jerzego Popiełuszki. Czasem wspominał lata niemieckiej okupacji, przeżyte w Inowrocławiu. Był wtedy nastolatkiem, pracował przymusowo jako robotnik.

W latach 1986-90 Rada odbyła ponad 20 roboczych posiedzeń, zawsze z udziałem Prymasa. — Uczestniczył w tych spotkaniach w sposób cierpliwy i czynny, słuchał, zadawał pytania, notował. Nigdy nie przemawiał ex cathedra. Myślę, że takie spotkania, głównie w gronie świeckich z całego kraju, były dla niego bardzo pożyteczne. Chodziło o obieg informacji i ucieranie opinii — wolnej prasy przecież nie było.

Ta działalność trwała do 1990 r. W pluralistycznej Polsce takie forum nie było już potrzebne — relacjonuje prof. Findeisen.

Najtrudniejsza rozmowa

Ksiądz Prymas Senior miał swoje zdanie. Czasem je zmieniał, czasem nie. Był — jak już powiedzieliśmy — człowiekiem dobrym, ciepłym, życzliwym, jednak umiał iść w poprzek poprawności politycznej, modzie i opinii dominującej w jego środowisku.

Przepytywany przez dziennikarzy „Newsweeka”, odpowiadał z całą prostotą, nie bacząc na to, „co ludzie powiedzą”. Tak, w rywalizacji do prezydentury między Wałęsą a Mazowieckim stawiał na Mazowieckiego. Owszem, popierał Okrągły Stół, przekonany, że porozumienie jest możliwe. Nie żałuje, że bronił abp. Wielgusa przed zarzutami lustracyjnymi, bo ten „został zniszczony bez należytej obrony”. Nie tylko sobie wyobraża Radio Maryja bez ojca Rydzyka, ale to właśnie postulował. Z satysfakcją stwierdza, że ostry list do prowincjała redemptorystów, wysłany w 1997 r., odniósł skutek, bo „ojciec Rydzyk nieco przyhamował”. Nie tai, że jest zdziwiony aktywnością abp. Paetza i powiada, że „byłoby lepiej, gdyby był poza Polską”.

Przewodniczył nabożeństwu pokutnemu i przepraszał Boga i Żydów za to, co się stało w Jedwabnem („Za błędy trzeba przepraszać. Odprawiliśmy wielkie nabożeństwo, bardzo szczerze powiedzieliśmy o naszych winach...”), co nie zmienia faktu, że książka Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi” to tylko „owinięte w bawełnę oskarżenie pod adresem całego narodu polskiego”. Prymas mówił „Newsweekowi”, że „w naszej wspólnej historii Żydzi nie są niepokalani, bez zarzutu. Przecież niektórzy Żydzi nie uznawali Polski międzywojennej. A gdy przyszli bolszewicy, to — nie da się zaprzeczyć — dochodziło do denuncjowania Polaków, którzy trafiali do więzień i na Sybir”...

Dodać tu trzeba, że „Tygodnika” specjalną miłością Prymas nie darzył. Czas, w którym udzielał nam wywiadów, bezpowrotnie minął, w ostatnich latach na moje prośby, z właściwym sobie ciepłem... odmawiał. Czasem trudno było zrozumieć, czym się kierował. Nie uczestniczył w odbywających się w Warszawie pogrzebach tak zasłużonych dla Kościoła ludzi jak np. prof. Irena Sławińska czy prof. Stefan Swieżawski, zaś z własnej inicjatywy, niezapraszany przez rodzinę, przewodniczył Mszy pogrzebowej Ryszarda Kapuścińskiego, którego osobiście nie spotkał nigdy.

Inaczej niż wielki poprzednik, miał do siebie dystans i nie celebrował swojej osoby. Czymś jak na Polskę niezwykłym było publikowane w mediach zdjęcie ubranego w dres kardynała na rowerze, jako uczestnika pielgrzymki z Warszawy do Wilanowa. Potrafił publicznie, także w wywiadach, przyznać się do własnych błędów. Kiedy w jednym z wywiadów nazwał ks. Isakowicza-Zaleskiego „nadubowcem”, napisał później do niego list z przeprosinami.

Podczas nabożeństwa „oczyszczenia pamięci” w Roku Jubileuszowym, przemawiając na placu Teatralnym w Warszawie, poruszył wątki bardzo osobiste. Mówił m.in. o swoim lęku i o dramacie śmierci ks. Jerzego Popiełuszki: „Bałem się rozlewu krwi w czasie stanu wojennego, wiedząc, jak wielkie jest oburzenie ludu. Pozostaje na moim sumieniu ciężar, że nie zdołałem ocalić życia księdza Popiełuszki, mimo wysiłków podejmowanych w tym kierunku. Niech mi to Bóg przebaczy, może taka była Jego święta wola”. Społeczeństwo jednak miało żal do Prymasa nie dlatego, że nie ocalił życia księdza (czy był w stanie?), ale za brak zrozumienia i wsparcia dla jego działalności, kiedy jeszcze żył. I że trzy dni po uprowadzeniu księdza pojechał do NRD z wizytą, którą według powszechnego przekonania powinien był wtedy odwołać.

Niektórzy dopatrują się swego rodzaju ekspiacji za postawę w tamtym dramatycznym czasie w wyrażeniu zgody na udział w filmie Rafała Wieczyńskiego „Wolność jest w nas” o ks. Popiełuszce. Prymas odegrał tam rolę samego siebie sprzed lat — odtwarzał słynną rozmowę, którą ksiądz Jerzy porównywał do rozmów z esbekami. Prymas do końca nie mógł zrozumieć, dlaczego... „Był to przecież dramat. Także mój dramat” —  wyjaśniał w rozmowie z „Niedzielą”.

hhh

Kiedy w marcu 2012 r. udawał się na operację nowotworu płuc do Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie, ogłosił niezwykły komunikat: „Miałem wątpliwości, czy godzi się podejmować operację w moim podeszłym wieku. Lekarze wątpliwości nie mieli. Proszę o dalszą modlitwę, abym umiał dobrze wypełnić wolę Bożą także w tym doświadczeniu. Sam kieruję moje prośby przez wstawiennictwo błogosławionego Jana Pawła II, błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki i Sługi Bożego Prymasa Stefana Wyszyńskiego”.

Wszyscy trzej, choć każdy inaczej, byli ważni w jego życiu. Teraz mamy nadzieję, że są razem.                       

Korzystałem m.in. z własnego artykułu „Osobista łagodność” („TP” nr 27/2006).

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć nowotwór Jerzy Popiełuszko wspomnienie Józef Glemp stan wojenny prymas
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W