Cesarz dostał od chrześcijaństwa moralny budulec na odbudowę społeczeństwa, w zamian za co przekazał młodemu Kościołowi rzymski system administracji – pisze o początku historii kościelnych instytucji w felietonie ks. Jarosław Tomaszewski.
Kościelne instytucje budzą zbyt wielkie emocje w proporcjach do znaczenia, jakie realnie mają w procesie dla przekazu wiary. Istotą skutecznej misji będzie dobrze wyważony, celny apostolat, zdrowa duchowość Kościoła czy spójne, społeczne i codzienne wybory świadków ewangelii, a cała reszta budynków, funkcji lub tytułów – szczerze mówiąc na czele z kuriami – to służebny dodatek do sprawy.
Tymczasem wielu święcą się oczy na widok kościelnych posad, więc marnują wszystkie energie, koncepcje oraz lata życia byle wspiąć się na tak zwany stołek. Szkoda czasu, bo szczerze mówiąc, za niewielką chwilę rozdęta struktura administracyjna Kościoła katolickiego w Polsce pęknie, w konsekwencji czego wszyscy duchowni – w tym również urzędnicy – zajmą się naturalnym dla ich środowiska duszpasterstwem. Inni jakby za cel istnienia obierają agresywne rozliczanie wpływów, układów lub dochodów kościelnych instytucji. Ale po co, przecież wystarczy pilnować tam dyscypliny oraz prawa. Są jeszcze i tacy, co skalą kościelnej korupcji wybielają własną apostazję od wiary, modlitwy czy Dekalogu.
Skoro instytucje Kościoła budzą skrajne emocje w zbyt wielu duszach, to warto postawić pytanie – skąd wzięła się właśnie taka, a nie inna struktura administracyjna katolicyzmu?
Dylemat cezara
Poza konfliktem ariańskim drugim z istotnych motywów zwołania biskupów całego Kościoła do ówczesnej Nicei – dokładnie tysiąc siedemset lat temu – był dylemat w głowie cezara. Konstantynowi, władcy zachodniego imperium, któremu słusznie historia przyznała tytuł Wielkiego, już wtedy nie domykał się system. Rzym tonął w luksusie zepsucia. Było tam wszystko – pieniądze, dawne trofea na pokrytych mchem i wilgocią ścianach, poduszki pod plecami na pijanych ucztach albo intrygi pałacowych homoseksualistów, nóż skrycie wbity w plecy, pożądliwe wyścigi i zdrady – poza silnym moralnie człowiekiem. Wybitnego władcę cechuje nie sprytne oglądanie się na sondażowe słupki po to, by przebiegle wskoczyć na podium wyborczego wyścigu, ale dalekowzroczna troska o zdrową tkankę społeczeństwa, bo tylko ona gwarantuje przyszłość państwa.
Cezar szukał więc ratunku. Być może zaintrygowany podszeptami swej siostry, Flawii Julii Konstancji, żony Licyniusza, chrześcijanki choć promotorki arianizmu, Konstantyn obserwował z uwagą młode chrześcijaństwo. Tak naprawdę jednak cesarskie rachunki kończyły się nieubłaganym wynikiem. Po prostu, jeśli cezar w jakiejś prowincji zostawiał na funkcji gubernatora poganina, tam piętrzyła się korupcja i zepsucie, konflikty rosły po sufit a władca nie mógł spać po nocach. Gdzie jednak oddawano zarząd w ręce tajemniczych, cichych, lecz solidnych chrześcijan – dobra robota naprawiała zepsute struktury, rodziły się dzieci, a podatki uczciwym strumieniem płynęły do rzymskiego skarbca.
Nic dziwnego więc, że Konstantyn postawił w życiu społecznym na Kościół, który w efekcie wyprowadził z katakumb i umieścił na szczycie religijnych systemów imperium.
Moralny budulec
Z tego też powodu udostępnił biskupom swój letni pałac w Nicei na spotkanie. Tacy historycy antyku jak Sokrates czy Teodoret z Cyru sugestywnie opisują przybycie pasterzy chrześcijaństwa do dzisiejszego, tureckiego Izniku.
Biskupi mieli nosić na sobie blizny, ślady niedawnych jeszcze, rzymskich prześladowań. Niektórzy zostali dotkliwie okaleczeni, mieli odcięte lub skrócone członki. Konstantyn witał ich na schodach cesarskiego domu. Wyraźnie poruszony widokiem męczeństwa, klękał przed biskupami, płacząc i całując ich rany – on, reprezentant władzy, która do niedawna jeszcze dręczyła uczniów Chrystusa.
To w tym wydarzeniu mieści się również początek historii kościelnych instytucji. Cezar dostał od chrześcijaństwa moralny budulec na odbudowę społeczeństwa, w zamian za co przekazał młodemu Kościołowi rzymski system administracji.
Przed spotkaniem cezara z biskupami Kościoła w Nicei, zarząd chrześcijaństwa był domowy, rodzinny, katechetyczny – niehierarchiczny. Od tysiąca siedmiuset lat kościelna administracja jest rzymska, wraz z kuriami, ekonomami oraz trybunałami. Epoki mijają jedna za drugą i tak zwana nowożytność, lepiej lub gorzej, dając w zamian coś albo nic, zamknęła za sobą rozdział feudalizmu. To również z tego powodu administracyjne struktury Kościoła weszły w stan poważnego kryzysu, bo mimo upływu czasu one wciąż są konstantyńskie.
Istota misji
Naturalnie, że po tylu wiekach konsekwentnej współpracy tronu i ołtarza, wielu katolików nie rozeznaje trafnie między kościelnymi instytucjami, które mogą, czasem nawet powinny zmienić się lub obumrzeć, a istotą misji, która jedna i ta sama musi iść do przodu. W jakim momencie należy skutecznie reformować katolickie instytucje? Na przykład wówczas, gdy ich anachroniczność przestała być komunikatywna dla współczesnego pokolenia. Albo gdy struktury rozrosły się do przesady i przestały pokornie służyć misji, kładąc jej nawet sztuczne kłody pod nogi.
W zdrowej diecezji to kurialista jest na wezwanie proboszcza, nie odwrotnie. Wreszcie kościelne struktury umierają, gdy ludzie w nich dopuszczają do kompromitującej korupcji tak, jakby chodziło o bizantyjskie korporacje, a nie o sprawną posługę dla ewangelizacji świata. Wówczas, jeśli odpowiedzialni w Kościele ludzie poniechają korekty, budzi się gniew Boga. Pan czeka długo na stosowną refleksję, lecz w końcu nie zniesie tego, by zepsuta struktura reprezentowała czystą sprawę ewangelii.
Poranna pierwsza straż
Dziś wielu, szczerze wierzących katolików opłakuje słabnące instytucje Kościoła, jakby pełnili poranną, pierwszą straż na pękniętych murach oblężonej twierdzy. Spokojnie, szkoda energii i łez. To tylko czyszczenie struktur. Duch wiary nie podlega zmianie.
Być może do tego posłuży idea synodalności w wersji Leona XIV, by instytucjom Kościoła nadać służebny charakter w stosunku do misji dla przekazu wiary. Zanim Konstantyn powierzył chrześcijaństwu rzymski system administracji, wiele diecezji co tydzień zwoływało tak zwane synody lokalne, coś na wzór dzisiejszych rad ekonomicznych albo duszpasterskich.
Zamiast więc płakać na pustych korytarzach budynków z epoki konstantyńskiej świetności, lepiej będzie jak katolicy urealnią kilka praktycznych kwestii. Nie o tym, czy na księży święcić mężczyzn albo kobiety, bo to jasne, ale o tym, czy miejscami formacji kandydatów do święceń ma być nadal instytucja seminarium?
Nie o herbach, pieczątkach i biskupich latyfundiach, tylko o tym, czy wciąż kandydatów na biskupów trzeba wozić w teczkach z nuncjatury? I nie o władzę dla liderów świeckich, bo świętość oraz godność chrzcielna jest jednakowa dla wszystkich stanów Kościoła, ale o misyjną sprawczość parafii albo nowych jednostek – niekoniecznie terytorialnych – które mogłyby parafię zastąpić.
Konstantyn nie był bogiem, tym samym strukturę, jaką Kościół kupił od cezara, cechuje ludzka niedoskonałość. Nowoczesna cywilizacja zapada się w konwulsjach, co wymusza na chrześcijaństwie wzmożony wysiłek rozeznania. Może czas tym samym na odnowiony system kościelnych instytucji.