Jak należy odczytywać papieskie i watykańskie dokumenty? Czy można poddawać je krytyce? Sławomir Zatwardnicki wskazuje, że zasadniczą kwestią jest właściwa recepcja każdego tekstu, dziękując jednocześnie o. Salijowi za zachętę do bardziej gruntownego zagłębienia się w treść pierwszej encykliki Leona XIV, Magnifica humanitas.
W felietonie opublikowanym na stronie Opoki wyznał o. Jacek Salij, że pierwszą, „naprawdę świetną” i „wspaniałą” encykliką Leona XIV jest „po prostu zachwycony”. Ponieważ ja sam po pierwszej lekturze Magnifica humanitas [dalej: MH] bynajmniej nie odnalazłem u siebie podobnego zachwytu, postanowiłem raz jeszcze przeczytać dokument papieski. To się nazywa mieć autorytet, ojcze profesorze, skoro ponowna lektura rzeczywiście pozwoliła mi bardziej docenić treść dokumentu, w którym nie brakuje przeoczonych przeze mnie wcześniej istotnych teologicznie wątków — dziękuję!
Felieton o. Salija poświęcony był jednak przede wszystkim krytykom encykliki, co zostało podkreślone tytułem Antyrzymski resentyment, zapożyczonym z publikacji Hansa Ursa von Balthasara. Nie wiem, kogo dominikanin miał na myśli, więc napiszę tylko ogólnie, że przesadnym byłoby przyklejenie jednej łatki wszystkim tym, którzy zdecydowali się poddać dokument krytyce. Krytyka krytyce nie równa, i chyba można założyć, że wskazanie mankamentów jakby nie było ludzkiego dzieła, nawet jeśli pisanego przy asystencji Ducha Świętego, nie musi w każdym przypadku uwłaczać „zbożnej uległości woli i rozumu” należnej urzędowi nauczycielskiemu następcy Piotra.
Pół żartem, pół serio napisałbym, że dał nam przykład Ratzinger, jak krytykować mamy. Rzeczywiście chciałbym chwilę zatrzymać się nad refleksjami kardynała, które wydają mi się ważne także dzisiaj, gdy rozpoczyna się spór o interpretację Magnifica humanitas. Mimo że pisane siedemnaście po Soborze Watykańskim II, oceny bawarskiego teologa zachowują swoją aktualność właśnie ze względu na dziedzictwo soborowe, które mocno znaczy, co zrozumiałe, również encyklikę Leona XIV. Przy okazji zobaczymy również, jak Ratzinger potraktował radykalnych krytyków Vaticanum Secundum, a to pomoże, jak mniemam, jeśli nie usprawiedliwić, to przynajmniej zrozumieć krytyczne głosy być może również tych katolików, o których felietonista pisze, że „są niezmiennie i od dawna mądrzejsi od kolejnych papieży”.
Nie referuję oczywiście całego wywodu Ratzingera, zwracam uwagę jedynie na te spostrzeżenia, które mogą się przydać również czytelnikom Opoki. Otóż w tekście Kościół a świat. W kwestii recepcji Soboru Watykańskiego II twierdził przyszły papież Benedykt XVI po pierwsze, że choć „sobór formułuje swą naukę wprawdzie z właściwym mu autorytetem, jednak o jego historycznym znaczeniu decyduje dopiero dokonujący się po nim w życiu Kościoła proces oczyszczania i eliminowania”. Dokument podlega recepcji, w której bierze udział cały Kościół, „i dopiero w bardzo trudnej walce zapewnia mu jasność sensu, którego absolutnie nie może mieć jako samo słowo”. Nieco hiperbolizując możemy przyjąć, że wszyscy piszemy już napisaną encyklikę Leona XIV. Jaka ona jest, dowiemy się z tego, co z niej i jak wdrożymy jako chrześcijanie w życie.
Ratzinger z jednej strony pisał o Soborze Watykańskim II, że otworzył drogi prowadzące mniej lub bardziej okrężną drogą do centrum chrześcijaństwa, ale z drugiej strony punktował „naiwny optymizm Soboru i przecenianie własnych możliwości przez jego zwolenników i propagandystów”. Nawet o najlepszym i najbardziej jego zdaniem dojrzałym teologicznie dokumencie Vaticanum Secundum — konstytucji dogmatycznej o Objawieniu Bożym Dei verbum — pisał, że mówiąc o zbawieniu, milczy o gniewie Bożym: „Pastoralny optymizm czasów ukierunkowanych na zrozumienie i pojednanie zdaje się tutaj nieco przesłaniać widok na pewną istotną część biblijnego świadectwa”. To wydaje mi się o tyle ważne, o ile ten sam optymizm nie wyparował po Soborze i siłą rzeczy znaczy również encyklikę społeczną Leona XIV.
Czy można mówić o nadmiernym optymizmie w przypadku obecnego papieża? Niektóre wątki encykliki rzeczywiście sprawiają takie wrażenie, ale przecież inne wyraźnie temu przeczą. Następca Piotra, co oczywiste, musi wspierać wiarę wierzących w to, że nie wszystko zostało przesądzone, jednak ze sporą odwagą diagnozuje również zagrożenia, których naprawdę trudno będzie uniknąć. W duchu Gaudium et spes wzywa do dialogu ze światem, ale nie można o encyklice powiedzieć tego samego, co Ratzinger pisał o konstytucji: „Tekst, a bardziej jeszcze obrady, w toku których powstawał, tchną zdumiewającym optymizmem. Jeśli ludzkość i Kościół będę ze sobą współpracować, wszystko wydaje się możliwe. Postawę krytycznej rezerwy wobec sił nadających kształt epoce nowożytnej miało zastąpić zdecydowane włączenie się w ich dynamizm”.
Druga sprawa, na którą zwracał uwagę Ratzinger jako teolog, a potem także jako papież, to hermeneutyka dokumentów soborowych. W swoim stylu, wskazując od razu na istotę problemu, zadawał pytanie o to, czy na teksty soboru trzeba patrzeć z perspektywy centrum wiary wyrażonego w konstytucjach dogmatycznych o Kościele i o Objawieniu, czy też raczej „orientacja duszpasterska ma decydować także o nowym ukierunkowaniu dogmatyki?”. Czytelnik nie będzie zaskoczony, jeśli przypomnę, że sam Ratzinger z całym zdecydowaniem opowiadał się za pierwszą z opcji.
Żeby dodać powyższym stwierdzeniom większej pikantności, trzeba podkreślić, że Gaudium et spes, a zatem konstytucja duszpasterska, siłą rzeczy odciska bardzo mocne piętno na encyklice społecznej Leona XIV. Oznacza to, że czytając ją, należałoby mieć w pamięci „dogmatyczne centrum” wiary Kościoła. Świadomość tego mogłaby nieco ostudzić zapędy potencjalnych krytyków, którzy mogą reinterpretować dokument w świetle jądra wiary Kościoła, przyda się również w recepcji Magnifica humanitas, za którą jesteśmy wszyscy odpowiedzialni. Papież Leon XIV nie obrazi się zapewne, gdy tak właśnie będziemy czytali jego wypowiedzi.
Po trzecie, kardynał wyciągał wnioski z historii przyjmowania i wcielania w życie zaleceń konstytucji Gaudium et spes lub domniemywanej intencji jej autorów. Dostrzegał, że po euforii początków przyszło rozczarowanie i kryzys, związane z przyjęciem postawy, która szła bardziej za duchem niż za literą dokumentu:
Przekonanie, że między Kościołem a światem nie powinno już odtąd być właściwie żadnych murów, że wszelkie „dualizmy”, takie jak: dusza — ciało, Kościół — świat, łaska — natura, a w końcu także i Bóg — świat, są szkodliwe, stawało się coraz wyraźniej przewodnią siłą całości. W tym odrzucaniu wszelkiego „dualizmu” optymistyczna postawa, która jak się wydawało, była kanonizowana przez słowa Gaudium et spes, umacniała się i przeobrażała w pewność doskonałej jedności ze współczesnym światem i w odurzenie dostosowywaniem się, po którym prędzej lub później musiało przyjść otrzeźwienie.
Możemy być mądrzejsi po szkodzie i odczytywać encyklikę społeczną mając to wszystko w pamięci. Trudno zresztą oskarżyć Leona XIV o „dostosowywanie” się do świata, skoro światu temu rzuca nie lada wyzwanie. A że ten nie będzie wcale skory, by je podjąć, nie trzeba być chyba optymistą co do przyszłości człowieka w świecie „nadludzkiej” technologii. Osobiście myślę, że wierzący nie musi ulegać „antyrzymskiemu resentymentowi”, by przyjąć bardziej niż papież pesymistyczną postawę, zostawiając sobie furtkę na ewentualne pozytywne (cudowne?) zaskoczenie. Lepsze chyba pozostać pesymistą co do Doliny Krzemowej niż idealistycznym optymistą, który, jak odnotowywał Ratzinger, zaczyna od gaudium et spes, a kończy na luctus et angor.
Teraz przychodzi moment na zaprezentowanie obiecanego wcześniej, a wzorcowego moim zdaniem, stosunku Ratzingera do rosnących na sile grup integrystycznych, niebezpiecznie dystansujących się po Soborze do Kościoła, a może wręcz przez pewien modus operandi posoborowego Kościoła wypychanych poza niego. Teolog dostrzegał w tym, jeśli tak można powiedzieć, efekt wahadła, które wychylone nadmiernie w jedną stronę (otwartości), próbowano symetrycznie wychylić w drugą (zamknięcia) z równym radykalizmem:
Należy unikać bagatelizowania tego procesu. Jest w nim bez wątpienia sekciarski zelotyzm będący przeciwieństwem katolickości i temu trzeba się stanowczo przeciwstawiać. Musimy jednak także z całą powagą postawić pytanie, dlaczego takie zacieśnianie i wypaczanie wiary ma tak duży wpływ i potrafi przyciągać ludzi, którzy ze względu na mocne przekonanie wiary i cechy swego charakteru absolutnie nie są predysponowani do tworzenia sekty. Co skłania ich do wchodzenia na obce im obszary? Dlaczego utracili poczucie, że w wielkim Kościele nie są u siebie? Czy wszystkie ich zarzuty są niesłuszne?
Ratzinger sprzeciwiał się na równi bezkrytycznej akceptacji epoki nowożytnej, jak i zamykaniu się w getcie. Piętnując sekciarską postawę, wzywał do rachunku sumienia, właśnie gdy idzie o „postępowe” interpretacje Gaudium et spes. Utrzymywał, iż postęp w Kościele nie może „polegać na spóźnionym już serdecznym brataniu się ze światem”. Szczerze mówiąc, nie dziwi mnie alergia niektórych katolików na to wciąż obecne, zwłaszcza w katolickiej nauce społecznej, „bratanie się” i dialogowanie ze światem, podkreślane przecież również przez Leona Wielkiego, ale rozdymane do granic możliwości przez, jak to ujmował Balthasar, „nawróconych na świat”. Będący wewnątrz Kościoła mogą czuć się jak nie u siebie, odbierać wrażenie, jakby wolą pasterzy była troska o ludzkość całą, kosztem porzucenia dzieci Kościoła. Czy jest to odbiór z gruntu niesłuszny?