Co właściwie zdarzyło się w Ceucie, gdy dziesiątki tysięcy migrantów przekroczyły nielegalnie granicę tej maleńkiej enklawy przy niemal całkowitej bierności władz Hiszpanii? Nie zrozumiemy tego, jeśli nie spojrzymy szerzej. To jedynie niewielka potyczka w epokowej wojnie, którą Europa przegrywa na własne życzenie.
Niezwykle ciekawą analizę zdarzeń w Ceucie przedstawia Nathan Pinkoski w First Things. Jako klucz do ich zrozumienia wskazuje mało znaną w Polsce dystopijną powieść „Obóz świętych” Jeana Raspaila z 1973 r.
Ceuta to znamienne miejsce. To ostatni ślad europejskiej obecności w Afryce. Podczas rekonkwisty w 1415 r. Portugalczykom udało się odzyskać ten fragment afrykańskiego lądu z rąk arabskich, później przeszedł on w ręce Hiszpanów, a w 1668 r. Portugalia formalnie zrzekła się swych praw na rzecz Hiszpanii. Obecny najazd dziesiątek tysięcy migrantów na Ceutę to nie ich prywatna inicjatywa, ale jeden z elementów cywilizacyjnej wojny, którą państwa islamskie toczą przeciw Europie. To „święta wojna”, której islam nigdy się nie wyrzekł, nigdy z niej nie zrezygnował, co najwyżej przyczaił się czekając na korzystny moment. A ten korzystny moment nadchodzi teraz, gdy Europa jest wyjątkowo słaba, obciążona mentalnością „powojenności” (ang.: postwar-ism).
Owszem, migranci, którzy pojawili się masowo w Ceucie, nie byli zbrojnymi zdobywcami. Większość z nich udało się zawrócić do Maroka. Część została aresztowana przez władze hiszpańskie. Pedro Sánchez może odetchnąć z ulgą. A może jednak nie? Przecież to właśnie hiszpański premier zachęcał migrantów do przybywania do Europy, w duchu pro-migracyjnego progresywizmu. Na początku tego roku jego rząd zatwierdził plan przyznawania amnestii i świadczeń społecznych 500 tysiącom nielegalnych imigrantów. Hiszpania wydaje ponad 1,8 miliarda euro rocznie na wsparcie dla migrantów i tylko 60 milionów euro na powstrzymanie nielegalnego wjazdu. Finansuje pro-migracyjne, progresywne organizacje pozarządowe w Maroku. W Hiszpanii Sánchez zwiększył finansowanie na przyjmowanie nieletnich migrantów. A w lipcu, gdy hiszpański Sąd Najwyższy utrudnił wydalanie migrantów przyłapanych podczas próby wpłynęcia do Ceuty i Melilli, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zignorowało ostrzeżenia wywiadowcze o zbliżającym się kolejnym roju.
„Obóz świętych” jako prorocza wizja?
Powieść Raspaila „Obóz Świętych” opowiada o milionie migrantów wyruszających flotyllą czółenek z subkontynentu indyjskiego do Francji. Rządy krajów pochodzenia migrantów „zrzekają się wszelkiej odpowiedzialności” za to, co się wydarzy. Rząd francuski, kierując się zasadami humanitarnymi, proponuje powołanie komitetu powitalnego dla migrantów. Jednak obawiając się kosztów, Francja zaprasza inne kraje „do dzielenia się odpowiedzialnością za ciężar hojności”, starając się także zapewnić flocie ochronę ONZ. Inne kraje nie są chętne do udziału. Przywódcy unikają trudnej decyzji o odrzuceniu migrantów, mając nadzieję, że coś ich powstrzyma: może udzielona im pomoc żywnościowa, może sama natura, która zatopi chybotliwą flotę. Nic takiego się jednak nie zdarza.
Flota przybywa na wybrzeża Francji, prezydent musi działać.
„Nakazałem naszej armii narodowej użyć siły, by przeciwstawić się ich lądowaniu, ponieważ jasno stwierdzam, że tchórzostwo wobec słabości jest jedną z najpotężniejszych, najbardziej subtelnych i najgroźniejszych form tchórzostwa” – oświadcza w przemówieniu narodowym.
Ale potem się waha i realizuje scenariusz całkowicie odmienny. Zwalnia „każdego żołnierza, każdego policjanta, każdego żandarma, każdego oficera” z wykonywania obowiązków. Każdy może sam zdecydować, co robić. Ta formuła to ostateczne zrzeczenie się odpowiedzialności politycznej. Autorytet sam się wykluczył.
„Gdy Oświecona Francja została rzucona na kolana z własnej woli,” pisze Raspail, żaden inny rząd zachodni „nie odważy się teraz wziąć odpowiedzialności we własnym imieniu. I w taki właśnie sposób, zanim migranci jeszcze wylądowali, Francja i cała cywilizacja zachodnia popełniły samobójstwo.”
No dobrze, tym razem to nie Francja, ale Hiszpania stanęła na czele progresywnej stawki. Trudno to było przewidzieć w 1973 r., w schyłkowym okresie rządów Francesco Franco. Poza tym wszystko się zgadza. Powód, dla którego masowa migracja do Europy od ponad dekady urosła do rangi zasadniczego kryzysu politycznego, jest oczywisty. Elity Europy od dziesięcioleci zapewniają hojne warunki azylowe, które ułatwiają wjazd i utrudniają deportację. Pytanie: dlaczego? Odpowiedzi może być kilka. Pierwsza z nich ma charakter ekonomiczny: europejskie społeczeństwa się starzeją i systemy emerytalne pękają w szwach. Odmłodzenie populacji dzięki imigracji miałoby rzekomo być sposobem na uniknięcie katastrofy demograficznej. Tylko, że to wyjaśnienie nie uwzględnia realiów ani nie wskazuje na przyczyny demograficznego seppuku Europy. Realia są bowiem takie, że obcy kulturowo migranci wcale nie zamierzają pracować na emerytury rdzennych Europejczyków, a raczej korzystać z dobrodziejstw opieki społecznej w państwach europejskich. A głównym powodem katastrofy demograficznej Europy jest postawienie na głowie hierarchii wartości: gdy wygoda, przyjemność i zysk stają się miernikiem wszystkiego, rodzenie i wychowanie dzieci zaczyna być postrzegane jako ciężar nie do uniesienia. Okazuje się jednak, że Europejczycy nie chcąc rodzić i utrzymywać własnych dzieci, zmuszani są teraz przez polityków do utrzymywania cudzych dzieci.
Europa nie uczy się na błędach
Europa miała szansę wyciągnąć lekcję z całkiem niedawnej historii. Na początku lat 90. doszło do rozpadu Jugosławii. Nowo zjednoczone Niemcy zostały przytłoczone migrantami. Artykuł 16 niemieckiej Konstytucji z 1949 roku zawierał przepisy azylowe, dzięki którym Republika Federalna Niemiec mogła służyć jako schronienie przed krajami totalitarnymi. Nikt jednak nie spodziewał się tak wielkiej skali zjawiska. Gdy miliony Jugosłowian stanęły u granic Niemcy zdały sobie sprawę, że wraz z upadkiem Żelaznej Kurtyny świat się zmienia, a artykuł 16 grozi kryzysem humanitarnym. Szybko zmieniono konstytucję, ograniczając liczbę wniosków o azyl.
Dlaczego więc obecnie Europa nie potrafi w podobny sposób zreformować swojej polityki migracyjnej, aby dać szansę na ucieczkę tym, którzy potrzebują azylu ze względu na grożące im prześladowania, ale nie zapraszać tych, którzy mogliby swobodnie żyć w swoich krajach i budować tamtejszą ekonomię, ale wolą korzystać z przywilejów, jakie zapewniają europejskie państwa opiekuńcze?
Przyczyną, którą wskazuje Pinkoski, jest „powojenność”. To ideologia, która wyzwala w Europejczykach nieustanne poczucie winy za okropności drugiej wojny światowej, a także za czasy kolonializmu i domaga się odkupywania dawnych win w nieskończoność. „Nigdy więcej wojny” to niezwykle groźna utopia, zakładająca, że Europa ma obowiązek rozwiązywać problemy całego świata (a przy tym – że ma ku temu środki).
„Powojenność” może kwitnąć, ponieważ przerzuca odpowiedzialność za wypełnianie zobowiązań humanitarnych na inne kraje i instytucje, a także na własnych obywateli. Krótko mówiąc, gdyby europejscy politycy musieli płacić z własnej kieszeni za utrzymanie migrantów, szybko wróciłby im rozum. Łatwo być hojnym, gdy szafuje się nieswoimi pieniędzmi.
Kto zyskuje na „odklejeniu” Europy?
Podczas gdy przedstawiciele europejskiego politycznego mainstreamu coraz bardziej odklejeni są od rzeczywistości, mieszkańcy sąsiednich kontynentów myślą trzeźwo. Gdy pojawia się zaproszenie do Europy, chętnie z niego korzystają. W epoce mediów cyfrowych informacje rozchodzą się z prędkością błyskawicy. Wystarczy jedna decyzja europejskiego sądu, jedno przemówienie polityka, aby miliony Afrykańczyków czy Azjatów odebrały to jako szansę dla siebie. Na tym gruncie działają przemytnicy ludzi, którzy koordynują strategie migracyjne. A swoją cegiełkę dokładają rozmaici „humanitarni” aktywiści, których trudno w tym kontekście nie nazwać „pożytecznymi idiotami”, ułatwiający działanie przemytniczym sieciom.
Na europejskim odklejeniu od rzeczywistości zyskuje radykalny islam, zyskują przestępcy, zyskują ci, których zamiarem nie jest budowa stabilnych państw w Afryce i Azji. Jasno pokazuje to kryzys w Ceucie. Rząd Maroka przestrzegał władze Hiszpanii przed tym, co miało się wydarzyć. Maroko starało się współpracować w usuwaniu migrantów. Kto więc mógł stać za kryzysem, jeśli nie obecne władze tego kraju? Z dużym prawdopodobieństwem można sądzić, że były to frakcje radykalnego islamu, mające na celu osłabienie monarchii Maroka przed wyborami powszechnymi w tym kraju zaplanowanymi na 23 września.
Prawdziwy powód: chory duch, nie chora ekonomia
Ekonomiczne próby wyjaśniania kryzysu migracyjnego skazane są na niepowodzenie, bo wskazują wyłącznie na objawy, a nie na przyczynę choroby. Brak rąk do pracy w Europie jest faktem. Ale to nie przyczyna, tylko skutek choroby ducha toczącej Europę od dziesięcioleci. Tu znów warto sięgnąć do „Obozu świętych”, który pomaga dostrzec, jaka to duchowa choroba. Elity Europy podążają za groźną ideologią „powojenności”, która cechuje się poczuciem moralnej wyższości, stawia na głowie hierarchię wartości, a jednocześnie przerzuca na innych koszt bezkrytycznego przyjmowania migrantów. Kres tej choroby nie jest trudny do przewidzenia. Zamiast rozwiązać problemy świata, Europa nie wytrzyma naporu migrantów, ciężar ich utrzymania okaże się nie do uniesienia, a agonia europejskiej kultury skończy się bolesną śmiercią.
Czy tak musi się stać? Na to pytanie nie odpowiada Pinkoski w swym felietonie, jednak gdy pędzi się ku przepaści, trudno oczekiwać czegoś innego niż katastrofy. Być może należałoby zadać inne pytanie: czy znajdzie się jeszcze ktoś, kto powstrzyma szaleństwo liberalnych europejskich elit, kto odsunie je od władzy? Czy Europa otrzeźwieje, czy razem ze swoimi nieodpowiedzialnymi liderami spadnie w otchłań, jak stado lemingów?
Źródło: First Things
Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.