„Odchodzę bez pożegnania na oswojone niebezpiecznie manowce”

Dlaczego tak wielu katolików odchodzi dziś od niedzielnej Eucharystii? Wiersz Macieja Krzyżana jest dla o. Jacka Salija OP punktem wyjścia do refleksji nad tym, czym naprawdę jest Msza święta – i dlaczego lekceważenie zaproszenia Boga może prowadzić na „oswojone niebezpiecznie manowce”.

W gruncie rzeczy to nie jest wiersz. To jest jęk poetycki. Maciej Krzyżan opublikował go kilka lat temu na łamach dwumiesięcznika literackiego Topos:

    co tydzień
    na ucztę
    uparcie
    zaprasza mnie
    Bóg
    
    jednak ja
    najczęściej
    niegotowy
    odwracam się
    plecami
    i odchodzę
    bez pożegnania
    na oswojone
    niebezpiecznie
    manowce

Podmiot poetycki tego jęku jest zapewne katolikiem, toteż wie, czym jest niedzielna msza, ale się tym specjalnie nie przejmuje. Zapewne stara się żyć uczciwie i wydaje mu się, że od chodzenia na mszę uczciwości mu nie przybędzie. „Po co mam chodzić do kościoła? To mi nic nie daje” – zapewne tak odpowiada na pytania, dlaczego porzucił praktykowanie wiary. Czasem może powie ostrzej: „Ja na mszy po prostu się nudzę”, a poniekąd dla usprawiedliwienia doda jeszcze: „najwięcej daje mi modlitwa, którą sam sobie wybiorę!”.

Nie zauważa ów katolik tego, co najważniejsze: że na niedzielną Eucharystię zaprasza go, zaprasza uparcie, sam Bóg. „Trójjedyny Bóg jest dla nas dostępny tylko tam, gdzie sam czyni się dla nas dostępnym” – przypomniał Hans Urs von Balthasar, jeden z najwybitniejszych teologów XX wieku. Zatem grubym nietaktem wobec Niego jest lekceważyć Jego zaproszenia do spotykania się z Nim i na własną rękę szukać jakiegoś innego przystępu do Boga. 


Powiedzmy to samo innymi słowami: Celem sakramentów, w tym przede wszystkim coniedzielnej mszy świętej jest coś nieporównanie więcej, niż zaspokajanie potrzeby religijnej, i coś więcej, niż moralne doskonalenie się. Sakramenty są to realne, przez samego Chrystusa Pana ustanowione sposoby spotykania się z Nim, sposoby naszego napełniania się Jego życiodajną obecnością. Ponieważ jesteś katolikiem – wsłuchajmy się w ukryte pod tym poetyckim jękiem przesłanie – dobrze by było, gdybyś sobie o tym przypomniał.

Ale czy coniedzielnej mszy świętej mam pilnować również wtedy, gdy regularna medytacja albo modlitwa na łonie przyrody dostarcza mi znacznie więcej duchowej satysfakcji? Jedno nie wyklucza drugiego: Skoro inne formy modlitwy tak ciebie wzbogacają, nie porzucaj ich. Natomiast na twoje pytanie odpowiem porównaniem: To, że smakuje ci tort, nie powinno być powodem, że będziesz rezygnował z podstawowego obiadu.

A co, jeśli msza święta mnie nudzi? Otóż jeśli nudzą mnie wartości szczególnie wielkie, dobrze jest jednak od tych wartości nie uciekać. Bo nuda może sygnalizować wewnętrzną pustkę, osobowe rozproszenie, nieskrystalizowaną tożsamość. Taka nuda jest bólem duszy. Tak jak ból ciała alarmuje organizm o stanie zagrożenia, podobnie nuda zazwyczaj jest jednym z dzwonków, alarmujących o zagrożeniu duszy.

Niedobrze jest taką nudę zabijać, bo w ten sposób usuwam dzwonek alarmowy i pozwalam, aby wewnętrzne spustoszenie dokonywało się dalej już bez przeszkód. Głos dzwonka wzywa nie do dalszego rozpraszania się, przeciwnie, do skupienia, do szukania tożsamości, do stawania się coraz więcej sobą. Trzeba szanować głos tego dzwonka, tymczasem my zwykle próbujemy go wyłączać.

I ostatnie pytanie: Czym są te wspomniane w wierszu „oswojone niebezpiecznie manowce”, które grożą nam, jeśli zaczniemy się oddalać od Kościoła? To chyba oczywiste: Rezygnując z coniedzielnej Eucharystii, porzucamy wspólnotę wiary. Tak jakby Boga można było znaleźć i czcić w pojedynkę. A przecież – jak przypominał odwieczną mądrość chrześcijaństwa papież Franciszek – „nikt nie zbawi się sam, to znaczy ani jako pojedyncza osoba, ani o włas¬nych siłach. Bóg nas pociąga, uwzględniając złożoną sieć relacji międzyludzkich, z jaką łączy się życie w ludzkiej wspólnocie. Ten lud, który Bóg sobie wybrał i zgromadził, to Kościół”. 

Dość zwrócić uwagę na to, że przestając chodzić do kościoła, tracę  nawyk słuchania, rozumienia i posługiwania się językiem religijnym. Utrata nawyku chodzenia do kościoła to zazwyczaj koniec kontaktu z modlitwami, pieśniami i tekstami religijnymi, którymi żyje Kościół. Słowem, język religijny staje się wtedy dla mnie poniekąd językiem obcym i będę go coraz mniej rozumiał. A zapomniawszy języka, nawet jeśli wezwanie do nawrócenia kiedyś usłyszę, mogę go już nie zrozumieć.

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama

reklama