Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Źródło: Przewodnik Katolicki

GRZEGORZ GÓRNY

Układy prezydenckie



Tematyka ukraińska zdominowała w ostatnich dniach polskie media. W tym kontekście niemal w ogóle nie wspomina się o bliskiej relacji między Aleksandrem Kwaśniewskim a Leonidem Kuczmą. Jeszcze niedawno polski prezydent chlubił się publicznie przyjaźnią z ukraińskim prezydentem. Dziś wokół tych stosunków panuje raczej wstydliwe milczenie.

Jeszcze niedawno Aleksander Kwaśniewski i Leonid Kuczma spotykali się tak często, iż żartowali nawet, że ich żony są o nich zazdrosne. Nic dziwnego, że polski prezydent doczekał się w ukraińskich gazetach miana „najlepszego przyjaciela Leonida Daniłowicza". Nagłaśniana przez media nad Dnieprem i Wisłą szczególna więź między obu przywódcami miała być nową jakością nie tylko w stosunkach między naszymi państwami, miała również przerzucać pomost między Kijowem a strukturami europejskimi. Wydarzenia ostatnich miesięcy, a zwłaszcza ostatnich dni, ukazały fiasko tych nadziei. Znakomite stosunki między obu prezydentami w zaskakująco małym stopniu przekładały się bowiem na praktykę polityczną w relacjach między naszymi krajami. Nie szły za nimi równie rozbudowane relacje w innych dziedzinach. Były to raczej stosunki między dwoma ośrodkami władzy, których rola w postkomunistycznej rzeczywistości była dosyć podobna. Kwaśniewski i Kuczma znaleźli wspólny język nie tylko dlatego, że wywodzili się z tej samej formacji ideologicznej, lecz również dlatego, że w systemie demokracji fasadowej pełnili zbliżone role.

Dwie kompromitacje

Ostatnie wydarzenia, zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie, obnażyły zakulisowe mechanizmy funkcjonowania systemu, którego zwornikiem w obu przypadkach były ośrodki prezydenckie. W obydwu państwach zaczęło się od ujawnienia taśm magnetofonowych z nagranym zapisem rozmów - w Kijowie były to nagrania dokonane przez ochroniarza Kuczmy, majora Melnyczenkę, który rejestrował potajemnie rozmowy swego pryncypała z ukraińskimi politykami, w Warszawie zaś - nagranie przez Adama Michnika korupcyjnej propozycji Lwa Rywina. Oba przypadki uruchomiły lawinę zdarzeń, prowadzącą do odkrywania przed opinią publiczną tego, co kryło się za fasadą demokracji.

Nie wiadomo, jak potoczą się dalej losy komisji śledczej powołanej do zbadania afery wokół Orlenu, ale ujawnione podczas jej prac rewelacje stanowią poważne zagrożenie dla różnych „grup trzymających władzę" w III Rzeczpospolitej. W chwili, gdy piszę te słowa, nie wiadomo też, w jakim kierunku rozwinie się sytuacja na Ukrainie. Pojawiła się jednak realna szansa na zerwanie z postkomunistycznym systemem oligarchicznym.

Komentując na łamach „Rzeczpospolitej" bilans prezydentury lidera polskich postkomunistów, Bronisław Wildstein napisał: „Kwaśniewski został prezydentem jako emanacja układu, który łączył politykę, biznes i media. I rolę swoją postrzegał jako rozgrywającego we wszystkich tych dziedzinach. (...) Oficjalna polityka Kwaśniewskiego to gest i pozór. Realna to obsadzanie swoimi ludźmi wszelkich możliwych stanowisk, to utrudnianie działań na rzecz decentralizacji państwa i liberalizacji gospodarki. To niejasne układy na styku biznesu i polityki. I pomoc swojemu obozowi".

Gdyby ktoś chciał opisać rolę Leonida Kuczmy w ukraińskiej polityce, nie mógłby odnaleźć trafniejszych słów. W odróżnieniu od Kwaśniewskiego jednak na Kuczmie ciążą dodatkowo zarzuty organizowania - lub co najmniej inspirowania - zamachów na swoich przeciwników, np. zabójstwa kijowskiego dziennikarza Georgija Gongadze, na co wskazywały nagrania majora Melnyczenki.

Dziś cały demokratyczny świat oburza się na fałszerstwa, jakich podczas wyborów prezydenckich na Ukrainie dopuściła się podporządkowana Leonidowi Kuczmie administracja. Nawet Aleksander Kwaśniewski nie mógł przemilczeć tych nieprawidłowości. Mało kto jednak pamięta, że kilka lat temu, w czasach gdy obaj prezydenci afiszowali się ze swoją przyjaźnią, ekipa Kuczmy sfałszowała referendum konstytucyjne w jeszcze bardziej ordynarny i cyniczny sposób niż teraz wybory prezydenckie. Nie wywołało to jednak wówczas społecznego oporu, gdyż opozycji brakowało charyzmatycznego przywódcy, inna była też stawka głosowania.

Gest i pozór

Diagnozę Wildsteina, że „oficjalna polityka Kwaśniewskiego to gest i pozór", zdają się potwierdzać działania prezydenta w sprawach ukraińskich. Według Piotra Tymy ze Związku Ukraińców w Polsce, za podniosłymi hasłami o współpracy i partnerstwie strategicznym kryje się pustka: „Podczas spotkań prezydentów deklarowano bardzo wiele, ale te deklaracje nie przekładają się na język konkretów".

Przykładów można mnożyć wiele. Aleksander Kwaśniewski i Leonid Kuczma wielokrotnie deklarowali, że jednym z priorytetowych przedsięwzięć naszych krajów powinno być powołanie wspólnego polsko-ukraińskiego uniwersytetu w Lublinie - na wzór uniwersytetu polsko-niemieckiego „Viadrina", jaki funkcjonuje we Frankfurcie nad Odrą. Chociaż obaj politycy ogłosili się patronami tego projektu, uczelnia nie powstała i nie wiadomo, czy w ogóle powstanie.

Kolejnym przykładem jest budowa ropociągu Odessa - Brody - Gdańsk, którego uruchomienie zmieniłoby sytuację energetyczną w całej Europie Środkowej, uniezależniając kraje tego regionu od dostaw z Rosji. Podczas każdego niemal spotkania prezydentów Polski i Ukrainy powtarzano, jak ważną sprawą jest powstanie tego rurociągu. Aleksander Kwaśniewski wielokrotnie nazywał projekt naszą „sztandarową" inwestycją.

Strona ukraińska wybudowała swoją część ropociągu - od terminalu w porcie odeskim aż do miejscowości Brody w pobliżu granicy z Polską. Fakt, że pogrążona w kryzysie gospodarczym Ukraina zdołała wyasygnować na ten cel 200 milionów dolarów, świadczy o determinacji Kijowa. Tymczasem strona polska nie zrobiła dosłownie nic. Nie tylko nie zbudowano ani metra rurociągu, ale nawet nie stworzono biznesplanu i nie oszacowano opłacalności całego przedsięwzięcia, zaś jako przedstawiciel strony polskiej występowała spółka, z którą związanych jest wiele osób zamieszanych w afery gospodarcze.

Wydaje się, że zarówno dla Kuczmy, jak i dla Kwaśniewskiego, ich wzajemne relacje stanowiły doskonałe alibi. Ten pierwszy mógł pokazać

swoim rodakom, że utrzymuje serdeczne stosunki z Zachodem i bliska jest mu opcja proeuropejska - w rzeczywistości zaś ewoluował coraz bardziej w kierunku Moskwy, drugi zaś mógł się pochwalić, że prowadzi aktywną politykę wschodnią i jest wręcz spadkobiercą testamentu Jerzego Giedroycia - w rzeczywistości natomiast rezultaty tego zaangażowania nie przekładały się na osiągnięcia polityczne. Uściski przed kamerami nie zastąpią bowiem żmudnej, długofalowej pracy.

A Ukraina czeka

Trzeba przyznać, że ta proukraińska orientacja Kwaśniewskiego mogła wyglądać na skuteczną tylko na tle kompletnej bierności polskiej klasy politycznej w tej dziedzinie. Prezydent mógł brylować na tym polu, gdyż praktycznie nie miał konkurentów. Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych aktywna starała się być na Ukrainie Konfederacja Polski Niepodległej, później Unia Wolności, jednak z czasem zainteresowanie polskich polityków tym, co dzieje się nad Dnieprem, było coraz mniejsze. Nic więc dziwnego, że na owym bezrybiu nawet rak mógł uchodzić za wieloryba. Miejmy nadzieję, że publiczne poparcie, jakiego po sfałszowanych wyborach na Ukrainie polscy politycy udzielili ukraińskiej opozycji demokratycznej zapoczątkuje nowy rozdział współpracy między naszymi krajami - współpracy, gdzie mniej będzie wzniosłych sloganów, więcej zaś konkretów.


opr. mg/mg



 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: demokracja polityka Ukraina biznes wybory prezydent Leonid Kuczma Aleksander Kwaśniewski pozory fałszerstwo system prezydencki major Melnyczenko Odessa-Brody