Dlaczego nie zostanę tradycjonalsem?

W świecie relatywizmu „Tradycja” daje poczucie pewności. Mnie co prawda to poczucie daje Ewangelia i Urząd Nauczycielski, ale rozumiem, że niektórzy potrzebują bardziej widocznych znaków, jak zamrożona liturgia. Problem zaczyna się wtedy, kiedy zabawa w liturgiczną rekonstrukcję stawiana jest ponad Ewangelię i Nauczanie Kościoła – pisze br. Damian Wojciechowski TJ.

Co powinien zrobić Leon XIV, jeśli lefebryści wyświęcą nowych biskupów?

Otóż powinien przekazać ich na osądzenie Świętemu Oficjum, a kard. Fernandez skazać ich na powieszenie, poćwiartowanie, spalenie na stosie, a następnie wrzucenie ich prochów do Tybru!

Dlaczego tak ostro? Dlatego, że sami lefebryści ciągle odwołują się do Kościoła epoki trydenckiej, a w tamtych czasach takich buntowników, schizmatyków, warchołów i mącicieli właśnie w ten sposób by potraktowano. Jeśli uznajecie, że to Sobór Trydencki jest apogeum rozwoju Kościoła, to bądźcie konsekwentni i zastosujcie do siebie zasady, które wówczas w Kościele funkcjonowały! Watykan uczynił już dosyć gestów dobrej woli wobec lefebrystów i trzeba zauważyć, że wobec ich nieposłuszeństwa w Kościele przedsoborowym (tak przez nich uwielbianym) nikt by się z nimi tak nie patyczkował. Franciszek, którego tak od czci i wiary lefebryści odsądzają, pieścił się z nimi i głaskał, równocześnie dokuczając katolickim tradycjonalistom. A trzeba było robić dokładnie na odwrót.

Lefebryści nie uznają Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1984, a co mówi o wyświęceniu biskupów bez zgody Watykanu ten lubiany przez nich KPK z 1917?

CAN.952. Nemini licet ordinatum a Romano Pontifice ad altiorem ordinem promovere sine Sedia Apostolicae facultate.

CAN.953. Consecratio episcopalis reservatur Romano Pontifici ita ut nulli Episcopo liceat quemquam consecrare in Episcopum, nisi prius constet de pontficio mandato.

CAN.2370. Episcopus aliqnem consecrans in Episcopom, Episcopi vel, loco Epicoporum, presbyteri assistentes, et qui consecrationem recipit sine apostolico mandato contra praescriptum can. 953, ipso iure suspensi sunt donec Sedes Apostolica eos dispensaverit.

Tak więc każdy biskup, który konsekruje biskupa bez zgody Stolicy Apostolskiej jest automatycznie suspendowany, czyli nie ma prawa wykonywać żadnych czynności kapłańskich, a nawet nosić stroju duchownego, a od 1951 (Pius XII – tak ukochany przez lefebrystów!) jest ekskomunikowany tzn. wykluczony z Kościoła. Taki niech ci będzie jak poganin i celnik (Mt 18,17) – jak powiedział sam Jezus.

Podpisałem, ale nie jestem za

Wszelkie tłumaczenie lefebrystów swojego nieposłuszeństwa wobec Stolicy Świętej są dla mnie niepoważne i pełne zawiłej kazuistyki godnej najbardziej uczonych rabinów. Lefebvre tak tłumaczył, że podpisał dokumenty soborowe: „Dokumenty były przekazywane z ręki do ręki wśród Ojców Soborowych, na których każdy z nich się podpisał, co nie oznaczało głosowania za lub przeciw, a jedynie obecność na zebraniu” – no cóż niezbyt to mądre, bo trudno uwierzyć, że arcybiskup nie wiedział, że na każdym poprzednim Soborze była podpisywana taka „lista obecności” i jest ona wiecznym dowodem, jacy ojcowie soborowi zatwierdzili i przyjęli te dokumenty. Poza tym każdy dokument był oddzielnie głosowany oraz ilość głosów za i przeciw była starannie rejestrowana.

Należy też pamiętać, że nawet jeśli jakiś ojciec soborowy tych dokumentów nie podpisał, to po prawnym ogłoszeniu ich przez papieża obowiązują one wszystkich katolików.

Jak w Chinach?

30 czerwca 1988 roku nie mając zgody Rzymu Lefebvre udzielił święceń biskupich czterem prezbiterom. Papież Jan Paweł II w motu proprio „Ecclesia Dei” ogłosił, że zarówno przez samego arcybiskupa, jak i 4 biskupów wyświęconych bez mandatu papieskiego, zaciągnięta została ekskomunika latae sententiae (wiążącą mocą samego prawa czyli automatyczna). Bractwo Kapłańskie św. Piusa twierdzi, że ekskomunika była od samego początku nieważna, gdyż sakry biskupiej udzielono w stanie wyższej konieczności (KPK kan. 1323 pkt 7). Rzeczywiście takie przypadki miały miejsce w Meksyku lub Czechosłowacji w czasach rewolucji i komunizmu, kiedy Kościół był brutalnie prześladowany, działał w katakumbach i biskupi nie mieli jakiejkolwiek możliwości kontaktu z Watykanem. Co to ma wspólnego z biskupem Lefebvre, trudno zrozumieć. We wszystkich krajach katolicy mają dostęp do ważnie sprawowanych sakramentów, nawet jeśli forma ich sprawowania może się komuś nie podobać.

Natomiast pozycja lefebrystów sugeruje, że coś w Kościele jest nie tak u samego korzenia, czyli że sakramenty są nieważne. Otóż nawet najbardziej nienawidzący katolików prawosławni nie ważą się twierdzić takich niedorzeczności.

Jeśli lefebryści chcą święcić biskupów bez pozwolenia papieża na podstawie precedensu, który miał miejsce podczas rewolucji meksykańskiej, to według mnie jest taki kraj, gdzie można by to zastosować: Korea Północna. Proszę jechać do Phenianu i tam sobie święcić do woli!

Przełożony Bractwa powołuje się na ugodę z Chinami, według której biskupi wybrani przez komunistów w Chinach są zatwierdzani przez Watykan. Tak samo Bractwo chciałoby poza Kongregacją ds. biskupów (jej przewodniczącym był obecny papież) wybierać sobie kandydatów na biskupów, których Watykan byłby zmuszony uznawać. Ugoda z chińskimi komunistami była jedną z kiepskich idei Franciszka, ale jednak podyktowana troską o katolików żyjących w Chinach, państwie totalitarnym, które ani z wolnością, ani z Kościołem się nie liczy. Natomiast relacje Watykanu z Bractwem to coś zupełnie innego – przecież nie będziemy twierdzić, że papież ma się przed nim ugiąć, bo stosuje ono przemoc.

Przelicytować konkurencję

Dlaczego lefebryści chcą święcić biskupów? Oczywiście dlatego że boją się, że ich schizma wygaśnie. Ale jest też przyczyna bardziej utajona, biznesowa. Otóż sytuacja jest teraz zupełnie inna niż w latach 70. lub 80. Kościół uregulował sprawę statusu liturgii trydenckiej i każdy wierny przy minimum wysiłku może dzisiaj w niej uczestniczyć. Istnieje wiele katolickich bractw, stowarzyszeń, zakonów i seminariów, które żyją duchem i praktyką „tradycji”. Krótko mówiąc lefebryści mają konkurencję i aby jakoś swój produkt marketingowo podnieść sztucznie radykalizują swoje stanowisko, czego właśnie elementem są schizmatyckie święcenia. Centrum jest zajęte przez katolickich tradycjonalistów, więc lefebryści skręcają na prawo. Dla mnie lefebryści są takimi samymi schizmatykami jak donatyści, starokatolicy czy polskokatoliccy i czeka ich w związku z tym taki sam los.

Posłuszeństwo jezuitów

Dlaczego nie zostaną tradycjonalsem? Mam powody natury osobistej. Tak się złożyło, że z mojego nowicjatu w latach 80. kilku chłopaków zostało lefebrystami. Otóż rzeczywista główna przyczyna tego nie była bynajmniej natury doktrynalnej, tylko… psychologicznej. Lefebryści to środowisko przyciągające wszelkiego rodzaju osoby z kłopotami ze stabilnością (tak jak rycerze Chrystusa Króla czyli wielbiciele księdza Natanka lub jemu podobnych). W 1998 mój współbrat przeszedł do lefebrystów. Przy okazji naudzielał kilku wywiadów skarżąc się między innymi na upadek posłuszeństwa u jezuitów. Nasz ówczesny prowincjał śp. o. Andrzej Koprowski, na pytanie dziennikarzy, co może na to powiedzieć, stwierdził: „Akurat na temat posłuszeństwa muszę się z ojcem Edwardem zgodzić, bo nigdy nie wiedziałem, ani gdzie on jest, ani co robi”. Mój znajomy, z którym od czasu do czasu jeździłem w góry, na jednej z wypraw podczas Mszy świętej zaczął cały czas klęczeć na gołej ziemi i kamieniach, zarazem nie przyjmując komunii. Po jakimś czasie przyznał się, że w tym czasie chodził do kaplicy lefebrystów: „Długo nie dałem rady, to klinika psychiatryczna”.

Może u naszych tradycjonalistów nie jest tak źle, ale osoby z różnymi dysfunkcjami czują się tam jak ryba w wodzie. Typowy obrazek:

W jednej rodzinie mama „tradycja”, ojciec „novus”. Na niedzielę palmową rano ojciec kupił palemkę, poświęcił i przyniósł ją do domu. Został przy dzieciach zbesztany, a palemkę trzeba było kupić nową i poświęcić … na Mszy trydenckiej.

Realny problem

Dlaczego ludzie garną się do tradycji? Po pierwsze należy rozróżnić sytuację w Polsce i w niektórych krajach zachodu, jak Austria czy Francja. Tam rzeczywiście dochodziło po Soborze i dochodzi do różnego rodzaju nadużyć.

Zwrot do „Tradycji” był często jedyną szansą pozostać wiernym nauczaniu Kościoła. Gwałtowne i często szkodliwe zmiany wprowadzane w Kościele na Zachodzie doprowadziły wielu katolików do kryzysu tożsamości.

Przychodzi jakiś francuski rolnik do kościoła w niedzielę, a tam Msza nie po łacinie, tylko po francusku, odprawiona w nowy sposób, z księdzem zachowującym się już to jak na wiecu politycznym, już to jak w kawiarni. Obrazy i figury wyrzucone. Konfesjonały też. Żadnych różańców i litanii, drogi krzyżowej oraz rezurekcji. Zewnętrzne znaki wiary zostały zniszczone. Katoliccy księża rewolucjoniści nie przewidzieli, że anihilacja i deformacja tych zewnętrznych znaków doprowadzi też do zniszczenia samej wiary. Ci, którzy mieli dość siły i stanowczości po prostu postanowili zakonserwować wszystko jak było wcześniej i kontynuować wyrażać swoją wiarę tak, jak to robili od dzieciństwa, tak jak to robili ich dziadowe i pradziadowie. Czyli konserwatywna reakcja na rewolucyjne przemiany. Niestety taka konserwa grozi Kościołowi przemianą w historyczny rezerwat.

Po naszemu

Natomiast w Polsce sytuacja jest zgoła inna, więc i przyczyny ciągot do „tradycji” po części inne. Po upadku komunizmu w Rosji niezwykle popularny stał się Zakon Maltański. Kto mógł szył sobie płaszcze z czerwonym krzyżem i organizował różne komandorie oraz przeoraty. Mój przyjaciel ze szkoły filmowej w Moskwie zrobił nawet film o jednej z takich grup. Oczywiście ta gorączkowa działalność z prawdziwym Zakonem Maltańskim nie miała nic wspólnego. A dlaczego w Rosji? Bo na przełomie XVIII i XIX wieku, kiedy Brytyjczycy odebrali Zakonowi Maltę car Paweł został protektorem Zakonu i stworzono nawet prawosławny Wielki Przeorat Rosji. W Rosji Zakon Maltański szybko przestał działać, ale legenda pozostała. I siła tej legendy pobudziła wielu fantastów pod koniec XX wieku do zabawy we wskrzeszenie Zakonu w Rosji. Tylko po co?

Widocznie człowiek ma potrzebę poczucia bycia wyjątkowym, wybranym, należącym do elity. A jeśli ta elita ma jeszcze posmak czegoś uświęconego wiekami, niezmiennego, będącego częścią niewzruszonej tradycji, to jest dla wielu niezwykle pociągające.

Czyż nie na tym polega również częściowo popularność różnych grup rekonstrukcyjnych lub subkultury gothica wśród młodzieży? Czy „wyjątkowość” nie jest jednym z najpopularniejszych motywów każdej reklamy? Tak więc w świecie uniformizacji „tradycja” dostarcza poczucia elitaryzmu, wyjątkowości. Tradycjonalsi uważają się za lepszych, mądrzejszych, bardziej świadomych i wtajemniczonych. Iluż to wśród nich domorosłych dogmatyków, liturgistów i kanonistów, którzy jak kahał w Chełmie gotowi są bez końca udowadniać słuszność i wyższość „tradycji”!

Potrzeba sacrum

Współczesny świat, który przeniknięty jest do głębi relatywizmem, subiektywizmem i negacją prawdy jako reakcję budzi dążenie do szukania twardych fundamentów, niezmiennych zasad i struktur. „Tradycja” daje to poczucie pewności i oparcia się na czymś niezmiennym. Mnie co prawda tę niezmienność daje Ewangelia i Urząd Nauczycielski, ale rozumiem, że są ludzie, którzy potrzebują bardziej widocznych jej znaków, jak zamrożona liturgia. Problem zaczyna się wtedy, kiedy zabawa w liturgiczną rekonstrukcję stawiana jest ponad Ewangelię i Nauczanie Kościoła.

Następna przyczyna to poszukiwanie sacrum. Rzeczywiście człowiek ma w swoją naturę wpisane poszukiwanie transcendencji, absolutu, czegoś co wykracza poza świat materialny. Niezrozumiałość łaciny, rytualizm liturgii trydenckiej dają właśnie takie poczucie sacrum. Pewien mój znajomy z dzieciństwa został poganinem: kłania się Perunowi i Swarożycowi, skacze przez ognisko w noc świętojańską itp. W ten sposób zaspokaja swoją potrzebę sacrum. Otóż chrześcijaństwo i katolicka liturgia nie służą do zaspokojenia naturalnej potrzeby sacrum. Eucharystia to nie obrzęd, który ma w nas wzbudzić tremendum et fascinans, to nie uczestnictwo w tajemniczym misterium podobnym do VooDoo. Eucharystia to każdorazowe przeżywanie realności śmierci i zmartwychwstania Chrystusa w moim życiu.

Ktoś, kto traktuje liturgię trydencką wyłącznie w kategoriach sacrum, ten sprowadza Ofiarę Chrystusa do skakania przez ognisko i bicia w szamańskie bębny.

Tu warto jeszcze wspomnieć o współczesnej idealizacji liturgii trydenckiej. Otóż to teraz wydaje się ona jakaś piękna, nadzwyczajna, natomiast sto lat temu nieszczególnie była tak przyjmowana. Ksiądz mamrotał coś w pośpiechu, wykonywał mechaniczne ruchy, a sama liturgia pełna jest nieuzasadnionych gestów i różnych przypadkowych naleciałości. Liturgia posoborowa może być nie mniej piękna, tylko trzeba o to dbać i sprawować ją z godnością oraz szacunkiem. Niestety często robi się to niechlujnie i bez należytej powagi. Ale to inny temat. Msze trydenckie są kameralne, wręcz rodzinne, gdzie wszyscy wszystkich znają i ten wspólnotowy charakter ma niemałą siłę przyciągania w porównaniu z anonimowymi mszami parafialnymi.

Atak na Tradycję

Kard. Fernandez, prefekt Kongregacji Nauki Wiary, zaproponował lefebrystom dialog na temat różnego „stopnia obowiązywalności dokumentów II Soboru Watykańskiego”. Niektórzy katolicy związani z „tradycją” z zadowoleniem przywitali tę ideę kardynała, widząc w niej ukłon w stronę całego środowiska tradycjonalistycznego, które jak wiadomo niechętnie odnosi się do ostatniego Soboru. Czy rzeczywiście jest to gest mający umocnić właściwe traktowanie Tradycji w Kościele? Otóż zupełnie na odwrót.

Otwieranie furtki do różnorodnego podejścia do nauczania SWII jest właśnie atakiem na Tradycję.

I nie jest to w działalności Fernandeza nic nowego. Mamy tutaj do czynienia z klasycznym relatywizmem i subiektywizmem teologicznym. Jest to dokładnie to samo, co mętne dopuszczenie do błogosławieństwa homozwiązków w Fiducia supplicans, a następnie wobec sprzeciwu en bloc całego episkopatu Afryki, wyłączenie tego kontynentu z działania tego dokumentu. Jest to konkretne rozwinięcie wątpliwej idei rozróżnienia na „prawdę doktrynalną” i „prawdę duszpasterską”. Klasyka prymitywnego relatywizmu i subiektywizmu na polu teologii! Ci chcą błogosławić „homozwiązki” – proszę bardzo!, ci nie chcą – też proszę bardzo! Ci szanują nauczanie SWII – bardzo dobrze, ci go odrzucają – też bardzo dobrze. Każde postępuje tak, jak dyktuje mu własny rozum i uczucia. A gdzie w tej sytuacji jest Tradycja i Urząd Nauczycielski Kościoła? Gdzie Prawda, która ma nas wyzwolić? To fikcja, pojęcia nie mające pokrycia w rzeczywistości. Nauczanie Kościoła zamienia się w takiej opcji w supermarket, w którym każdy wybiera sobie z półki to, co mu się bardziej podoba. Co nam to przypomina? Oczywiście Kościół Anglikański, gdzie od dziesięcioleci w imię ułudy jedności dopuszcza się dla rożnych kościołów lokalnych zupełnie przeciwstawne rozumienie wykładni Ewangelii. Cóż to za jedność, która mija się z Prawdą? Jest to atrapa jedności, jedność za wszelką cenę, która prowadzi do totalnego rozbicia.

Krnąbrne dziecko

Bractwo krytykuje „pluralizm doktrynalny” epoki Franciszka, a przecież Bractwo żąda tego samego: to nam się w nauczaniu Kościoła podoba, a to nie, ten sobór przyjmujemy, a ten odrzucamy. Bractwo chce stworzyć równoległy Kościół ze swoją własną doktryną, biskupami niezależnymi od Rzymu, liturgię itd. Dokładnie tego samego chcą ludzie z Niemieckiej Drogi Synodalnej. Papież w obu przypadkach nie może się zgodzić na taki separatyzm, bo to byłby chaos i mnożenie podziałów. Lefebryści zachowują się jak krnąbrne dziecko, które jest gotowe słuchać się rodziców tylko wtedy, kiedy będą się zgadzać na wszystkie jego fanaberie. Chcieliby mieć oddzielny Kościół, w którym będą samodzielnie rządzić, a zarazem żeby papież dał im bezwarunkowy glejt prawowierności i potwierdził cnotę posłuszeństwa. Uzurpują sobie papieską nieomylność, stawiają się wyżej ponad prawomocnie zwołany sobór, lekceważą prawo kanoniczne i władzę Stolicy Świętej przy tym wszystkim pozują na wiernych sług Kościoła i strażników Tradycji. To lepiej niech sobie wybiorą swojego papieża i ten im wszystko zatwierdzi – swoją drogą ciekaw jestem kiedy oni wpadną na ten pomysł?

Co Leon i Kościół mógłby zrobić, w związku z krytyką jaką tradycjonaliści okazują SWII? Myślę, że najwłaściwszą drogą byłoby wydanie dokumentów uściślających lub dopełniających niektóre jednostronne sformułowania np. Nostra aetate (takie zresztą już były jak Dominus Iesus). Problem bowiem, jak już pisałem, nie jest w błędzie, tylko w nadmiernym akcentowaniu kwestii dialogu międzyreligijnego, z pomijaniem wyłączności zbawczej Kościoła i powszechności misji ewangelizacji.

Dwie postacie

Dlaczego nie zostanę tradycjonalsem? Bo nikt mnie nie przekona, że lepsze jest przyjmowanie komunii pod jedną postacią, niż tak jak wiele razy mówi Nowy Testament, jako Ciała i Krwi.

Kościół potrzebował kilkuset lat, aby odrzucić nieuzasadnione średniowieczne ograniczenie i dopuścić świeckich do Kielicha, a ja miałbym teraz w imię jakiejś zabawy w historyczną rekonstrukcję i poszukiwania sacrum, porzucić komunię pod dwiema postaciami?

Kościoły Wschodnie zawsze udzielały komunii pod dwiema postaciami i słusznie oskarżały Zachód o nadużycie w tej kwestii, czyżbyśmy mieli teraz w imię estetycznych wrażeń cofnąć wskazówki zegara? Podobnie w Wielki Piątek w liturgii trydenckiej komunię przyjmują tylko kapłani, a świeckim jej się odmawia. Dlaczego? Jeśli ktoś mi to wytłumaczy to zostanę tradycjonalsem.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.

« 1 »