„Koń jaki jest, każdy widzi”. A jednak systematycznie dajemy się nabierać politycznym spin-doktorom

Istnieje spora grupa ludzi, których poglądy są płynne, zależne od mody i koniunktury politycznej. To właśnie dzięki nim do władzy dochodzą kolejne efemeryczne partie polityczne. I to oni są głównym „targetem” spin-doktorów, mistrzów PR, czy też po prostu – propagandzistów.

 

Logika podpowiada, że nie da się połączyć wody i ognia, kochać i jednocześnie nienawidzić, zjeść ciastko i mieć ciastko, być „za”, a nawet przeciw, deklarować swoją wiarę w Boga i jednocześnie koszmarnie ją deformować niezliczoną ilością okaleczających „ale”. No ale logika nie ma dziś zbyt mocnych notowań.

Spoglądając z perspektywy na wynik wyborczy 15 października ubiegłego roku, ale też na polską rzeczywistość minionych kilkunastu lat, da się zauważyć pewną prawidłowość. Oprócz „żelaznych” elektoratów takich partii, jak PiS, PO i Lewica, istnieje pewna grupa ludzi, której poglądy są płynne, zmienne, w znacznym stopniu uzależnione od koniunktury politycznej, mody, intensywności propagandy. Przesuwających swoje sympatie polityczne raz na słynnego „człowieka z czarną teczką” Stana Tymińskiego, później Ruch Palikota, kiedy indziej na Nowoczesną i Kukiza, albo - jak to miało miejsce niedawno - na Polskę 2050 Szymona. Chodzi o kilka, kilkanaście procent Polaków wrzucających kartkę do urn wyborczych. Niemało. Absolutnie wystarczająco, by przesądzić (przy zabetonowanym od lat duopolu politycznego sporu) o podziale miejsc w parlamencie. Nic więc dziwnego, że ów „obszar” jest oczkiem w głowie specjalistów od PR partii liberalnych i lewicowych, ale też służb specjalnych. Gra toczy się bowiem o wielką stawkę. Stąd starają się, by w odpowiednim momencie pojawiała się nowa oferta polityczna („trzecia droga”), atrakcyjna dla wspomnianej wyżej grupy potencjalnych wyborców. Nowe partie zazwyczaj szybko znikają po wyborach, skonsumowane jako przystawki dominujących sił bądź po prostu rozwiązane jako (w tym momencie dziejowym) zbędne.

Rzecz jasna można powiedzieć, iż często wybór ów jest protestem przeciwko staremu, zgranemu tandemowi, chęcią przekazania mandatu rządzenia ludziom nowym, nieskompromitowanym i nieumoczonym. Wyrazem tęsknoty za polityczną świeżością, może też wyrazem buntu pokoleniowego. Zapewne tak. Teoretycznie wszystko jest OK. W praktyce jednak okazuje się, że - gdy już  nastąpi wybór - „nowość” okazuje się „starym” w odświeżonym opakowaniu.

Cóż, „koń, jaki jest, każdy widzi” - pisał wieki temu ks. Benedykt Chmielowski w pierwszej polskiej encyklopedii powszechnej. A jednak cyklicznie dajemy się nabierać. Dlaczego?

Ludzie - chorągiewki

Spróbujmy się przyjrzeć zjawisku wspomnianej wyżej płynności w szerszym kontekście. Owe kilkanaście, a może już kilkadziesiąt procent społeczeństwa - lubującego się w podkreślaniu swojej nowoczesności, otwartości, wielowymiarowości poglądów itp. - ma niemały wpływ na to, w jaki sposób owa rzeczywistość jest kształtowana. To także duże wyzwanie duszpasterskie. Logika podpowiada, że nie da się połączyć wody i ognia, dobra i zła, kochać i jednocześnie nienawidzić, zjeść ciastko i mieć ciastko, być „za”, a nawet przeciw, deklarować swoją wiarę w Boga, przynależność do Kościoła i jednocześnie koszmarnie ją deformować niezliczoną ilością okaleczających i relatywizujących „ale”. No ale logika nie ma dziś zbyt mocnych notowań.

Rzecz w tym, że owa zmienność, migotliwość - nazwijmy ją umownie „rotacyjnością” - staje się dziś cechą charakteryzującą całą generację Polaków. I nie chodzi tylko o ludzi młodych.

„Rotacyjni” (pozwólcie Państwo, że dalej nie będę używał cudzysłowu) potrafią być „za”, a nawet przeciw. To nie problem. Potrafią się dopasować do każdej sytuacji. Politycznej, moralnej, towarzyskiej. Pisałem niedawno o pani widywanej regularnie w pierwszych ławkach w kościele jednej z siedleckich parafii. Podczas płacenia przy kasie w jej portfelu dał się zobaczyć wyeksponowany obrazek Matki Bożej Częstochowskiej. „Proszę pani” - tłumaczyła podekscytowana znajomej - „ja modlę się, żeby PiS przegrał! I żeby wreszcie w Polsce była można legalnie robić aborcję!”.

Kwestia wordingu?

Dla rotacyjnych wszystko jest do ustalenia. Oto fragment rozmowy na antenie Radia RMF Roberta Mazurka z Pawłem Rabiejem. R.M.: „Był pan dziennikarzem. Działał pan w PR. Wie Pan, co to znaczy słowo. Dostaje pan pytanie: «A jeśli ktoś chce zabijać dzieci?». I pan odpowiada: «To niech to zrobi!». Na Boga! Można mieć poglądy liberalne albo demokratyczne, ale zabijanie dzieci jest poza poglądami”. P.R.: „My nie mówimy tu o zabijaniu dzieci, mówimy tu o usuwaniu niechcianej ciąży. To kwestia wordingu”.

No właśnie. Słowo opisuje rzeczywistość. Dla rotacyjnych także ją zmienia, kształtuje. Orwell w praktyce!

Nieprzypadkowo tak ogromną popularnością dziś cieszy się (swego czasu) kandydat na zakonnika, świecki kaznodzieja, celebryta i TVN-owski trefniś potrafiący z niepospolitym sprytem operować słowem i dowcipem. Szymon Hołownia. Można powiedzieć: mistrz rotacji! Oto fragment rozmowy sprzed kilku dni (podcast „Rachunek sumienia”). Zapytany, czy zdecydowałby się ściągnąć krzyż wiszący w sali plenarnej sejmu przyznał, że nie będzie inicjował żadnych kroków ku temu. Ale gdyby od niego to zależało, to by go nie powiesił. Jeśli komuś przeszkadzałby krzyż w gabinecie marszałka, „na prośbę gości może go zdjąć na czas wizyty”. Jest za katechezą w szkole („każda szkoła powinna «zamawiać» tyle lekcji religii, ile chcą rodzice dzieci, które do tej szkoły chodzą”), ale jednocześnie opowiada się za jej wyrzuceniem stamtąd. Generalnie jest za obroną życia poczętego, ale uważa, iż „należy jeszcze raz uchwalić ustawę aborcyjną, zrobić referendum - po to, by prezydent był związany jego wynikami”.

No bo wtedy można będzie powiedzieć: to nie ja, to wyborcy… Mieć „czyste” ręce. Jak… Piłat.

Sumienie na zawiasach

Skąd się biorą rotacyjni? Z braku zasad, wygody, strachu przed odrzuceniem, zyskaniem miana oszołoma? Kompleksów? A może z ignorancji, braku wiedzy, totalnego poddania się medialnej obróbce? Niezdolności do samodzielnego myślenia i samooceny? Zapewne tak. Powodów pewnie znalazłoby się więcej.

Zaryzykuję tezę: biorą się spośród nas. Z naszych rodzin, duszpasterstw, satysfakcjonującego przyklepywania obowiązującego stanu rzeczy, że oto „u nas, na Podlasiu, nie jest jeszcze tak źle”. Kiedyś już pisałem o tym w „Echu”: w szczegółowych badaniach - przeprowadzonych przez ISKK w naszej diecezji z racji jubileuszu 200-lecia jej istnienia - pojawiły się niepokojące dane, szczególnie w odniesieniu do akceptacji nauczania moralnego Kościoła w codziennej życiowej praktyce. Np. na pytanie o akceptację tzw. wolnych odpowiedzi „to zależy” udzielił blisko co czwarty z respondentów (23%). Na pytanie o ocenę robienia zakupów w „dzień święty” prawie połowa pytanych również odpowiedziała: „to zależy” (47%). Życie chrześcijańskie bez pojednania z rodziną, sąsiadami lub innymi osobami jako niedopuszczalne? - 27% twierdzi jak wyżej. To tylko przykłady, może mało istotne. Ale pokazujące problem. Gorzej jest na wsi niż w miastach.

Kiedy młodzi ludzie z „pobożnego Podlasia” trafiają na warszawską Białołękę, Wilanów, do korporacji, owo ziarenko „to zależy” zaczyna urastać do rangi dogmatu. Wstyd przed prowincjonalnym pochodzeniem i kompleksy dopełniają reszty. I mamy gotowe, obrotowe pokolenie potrafiące wytłumaczyć sobie dosłownie wszystko.

„Spotkałam dziś wielu znajomych na placu Konstytucji” -  napisała Krystyna Janda w tweecie po zakończeniu jednej z wulgarnych demonstracji kilka lat temu. „Najbardziej poruszyła mnie kobieta z hasłem «SZUKAM LEKARZA BEZ SUMIENIA»!” Z kontekstu wynika, że dla aktorki to było „poruszenie” pozytywne. Dla mnie jest poruszeniem porażającym.

Nie da się stawiać fundamentu przyszłości na lotnym piasku.

 

Echo Katolickie 5/2024

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama