Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao


Anna Dymna, jej fundacja i Festiwal Zaczarowanej Piosenki

Krzysztof Ziemiec

Warto być komuś potrzebnym. Warto potrzebować kogoś


Gdyby wszyscy mieli po cztery jabłka
gdyby wszyscy byli silni jak konie
gdyby wszyscy byli jednakowo bezbronni w miłości
gdyby każdy miał to samo
nikt nikomu nie byłby potrzebny

Dziękuję Ci że sprawiedliwość Twoja jest nierównością
to co mam i to czego nie mam
nawet to czego nie mam komu dać
zawsze jest komuś potrzebne
jest noc żeby był dzień
ciemno żeby świeciła gwiazda
jest ostatnie spotkanie i rozłąka pierwsza
modlimy się bo inni się nie modlą
wierzymy bo inni nie wierzą
umieramy za tych co nie chcą umierać
kochamy bo innym serce wychłodło
list przybliża bo inny oddala
nierówni potrzebują siebie
im najłatwiej zrozumieć że każdy jest dla wszystkich
i odczytywać całość.

ks. Jan Twardowski

Przeczuwałam, że jestem twarzą znaną i lubianą przez widzów, ale nie wiedziałam, ile jestem warta jako człowiek. Chciałam sama się o tym przekonać, dlatego weszłam w zupełnie inną przestrzeń – w rzeczywistość ludzi niepełnosprawnych umysłowo, którzy nawet nie zdawali sobie sprawy, kim jestem.

Anna Dymna– niezapomniana odtwórczyni ponad 150 ról filmowych i teatralnych. Od 1973 roku nieprzerwanie związana z Teatrem Starym w Krakowie. Swoją popularność wykorzystuje, by pomagać innym. Przez lata była gospodarzem programu Spotkajmy się, poświęconego zbliżaniu dwóch światów: osób pełno- i niepełnosprawnych. Jest pomysłodawczynią Festiwalu Zaczarowanej Piosenki im. Marka Grechuty, a także Krakowskiego Salonu Poezji. Od 2003 roku społecznie pełni funkcję prezesa fundacji „Mimo Wszystko”, której jest założycielką.



Pani Anna jest w moim odczuciu aniołem. Jej cierpliwość i łagodne usposobienie sprawiają, że nawet zatwardziali karierowicze czy bezideowcy ściszają głos, milkną i słuchają. Kobiece pisma piszą o niej: „gejzer dobroci i łagodności…”.

Czy zgadza się z tą opinią? Oczywiście się uśmiecha. Skromnie odpowiada, że czuje się niezręcznie... Moje pierwsze spotkanie z panią Anią odbywa się w jej podkrakowskim domu, w ogrodzie. Piękne, magiczne miejsce. Ogród malutki, położony na zboczu niewielkiego wzgórza. Siedzimy przy stole, nad którym pysznią się dojrzewające winogrona. Okolica przypomina raczej kraje południowe, a nie Kraków. Przepiękny widok. Mówi, że kiedy w lecie budzi się rano – otwiera drzwi i boso wychodzi prosto do ogrodu. Wszystkie rośliny sadziła sama. O wszystko, co zasadziła, dba wraz z mężem. Ma wiele do powiedzenia właściwie o każdym krzewie czy drzewku! Każde ma swoją historię i symbolikę. A w otoczeniu – sami znajomi i fantastyczni ludzie, głównie artyści. Każdy z nich to skarb – mówi.

Dobro – skąd się wzięło?

Może dlatego, że jak sama przyznaje, całe życie grała ofiary − kobiety szlachetne, ale cierpiące. Ludzie współczuli, byli zawsze po jej stronie. Poza tym, co pewnie ważniejsze, tak była wychowywana. „Moja mama była aniołem dobroci. Nigdy nie myślała o sobie, to był chodzący ideał”. Dopiero po jej śmierci młoda jeszcze wówczas Ania zorientowała się, kim rzeczywiście była mama. Teraz jest jej niedościgłym wzorem.

Umierała przez pół roku – nic nie mówiła, była sparaliżowana. Ale rozumiała. Wtedy wspólnie z mamą zrozumiały, że cierpienie jest bardzo ważne. Człowiek, który cierpi, zdaje sobie sprawę z wielu rzeczy, o których wcześniej nie myślał. Teraz pani Anna wie, że ktoś, kto cierpi, nie może być sam. „Gdy drugi człowiek jest obok i dotykamy miłości, wtedy każde cierpienie staje się mniejsze i da się je przeżyć”.

Każdy człowiek jest dobry − od dziecka słyszała to z ust matki. – Nawet jeśli zrobi coś złego, to najpewniej dlatego, że był nieszczęśliwy”.

Dziś wie, że mama miała sporo racji. Przygotowywana do tego w dzieciństwie, w pewnym momencie dojrzałego życia postanowiła wykorzystać fakt, że jest osobą medialną. Ale nie w ten sposób, w jaki zwykli to robić celebryci. Przeczuwała, że jest twarzą znaną i lubianą przez widzów, ale nie wiedziała, ile jest warta jako człowiek. Chciała sama się o tym przekonać, dlatego weszła w zupełnie inną przestrzeń – w rzeczywistość ludzi nie­pełnosprawnych umysłowo, którzy nawet nie zdawali sobie sprawy, kim ona jest.

Dziś potwierdza z autopsji, że w bezinteresownym działaniu można otrzeć się o sprawy w życiu najważniejsze. A po drugie − sprawdzić się. „Wiem, ile warte jest życie i każda jego chwila” – mówi.

Ta myśl pojawiła się wraz z programem Spotkajmy się, emitowanym na antenie TVP2. Prowadziła rozmowy z ludźmi umierającymi, cierpiącymi, którzy mieli przed sobą jeszcze kilka lat życia. Do tego, co jej rozmówcy wynieśli z domu, doszły ich własne późniejsze doświadczenia. Każda rozmowa udowadniała przede wszystkim jej samej, ale i widzom, jaki ładunek wartości ma każda dobrze przeżyta sekunda życia. Szkoda marnować dnia, trzeba oddać się w całości czemuś, co po nas pozostanie. Za jakiś czas pojawiła się fundacja i inne formy działalności charytatywnej, na to oczywiście nałożyła się praca zawodowa. Dlatego dziś, działając na tak wielu płaszczyznach, pracuje dzień i noc.

Fundacja

Mimo że uchodziła za najpiękniejszą polską aktorkę, nie miała pokus, by popaść w samozachwyt. „Miałam bardzo mądrych rodziców, którzy pokazali mi, że uroda, piękno nie ma w życiu specjalnej wartości. Moje koleżanki były dużo ładniejsze ode mnie i dawno gdzieś zniknęły. Dlatego najważniejsze są: pokora, skromność i pracowitość” − wyznaje w jednym z wywiadów dla któregoś z pism dla kobiet. Dziś myśli tak samo, a może nawet jeszcze bardziej radykalnie. Uroda, owszem, pomaga, gdy się jest młodym. Ale potem, kiedy przybywa lat i trudnych przeżyć na życiowym koncie? Nadchodzi moment, w którym człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że dobrze by było, gdyby coś po sobie zostawił. Jakieś trwałe dzieło. Dlatego założyła fundację, wcześniej przez kilka lat będąc wolontariuszką. Dziś jej „Dolina Słońca” to ośrodek terapeutyczno-rehabilitacyjny dla osób niepełnosprawnych intelektualnie. Od kilku lat służy już ponad dwustu podopiecznym. „Dolina Słońca” to pięć budynków. Dwa z nich należą do Fundacji „Mimo Wszystko” Anny Dymnej, dwa do Fundacji im. Brata Alberta księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Jeden z nich jest wspólny. Obiekty powstały na ziemi przekazanej przez Fundację im. Brata Alberta, głównie z datków ofiarowanych przez Polaków w ramach tak zwanego jednego procenta. Nazwę ośrodka wymyślili sami podopieczni.

Od 2013 roku mają tam do dyspozycji dziewięć pracowni: komputerową, teatralną, rękodzieła artystycznego, życia codziennego, plastyczną, terapeutyczną, doświadczania świata, rehabilitacyjną i muzyczną.

„To jest miejsce, w którym ludzie niepełnosprawni intelektualnie, którzy nigdy nie pójdą do pracy ani na studia, bo są w różny sposób trwale uszkodzeni, mogą odnaleźć sens życia. Dzięki temu mogą być szczęśliwi, dzięki temu dłużej żyją” − mówi Anna Dymna.

Swych planów i marzeń nie ogranicza jednak tylko do ośrodka. Jej fundacja zorganizowała między innymi wyprawę „Każdy ma swoje Kilimandżaro”. Relacje z wejścia grupy niepełnosprawnych ludzi na ten najwyższy szczyt Afryki pokazywały nawet Wiadomości. Dla nich było to wydarzenie życia. Pani Anna sama do Afryki nie pojechała, dla jasności sprawy, jednak cały czas koordynowała projekt. Dla jednego Kilimandżaro to wstanie z łóżka i przejście do toalety. Dla innego – wjazd na kopiec Kościuszki, co udało się ostatnio nawet Januszowi Świtajowi, który jeszcze dekadę temu prosił o śmierć, a dzięki Annie Dymnej zyskał drugie życie. Zorganizowała też spływ Dunajcem. Wywalczyła tratwę „bez barier”. Byli przeszczęśliwi. Niedawno osoby na wózkach zdobyły Turbacz. Dali radę. Jedyne, co ich wciąż boli, to nasze – ludzi zdrowych – podejście do nich. Nasza nadmierna litość bywa upokarzająca. Bo trzeba pamiętać, że często niepełnosprawni są dużo wrażliwsi od nas.

Festiwal

Festiwal Zaczarowanej Piosenki, który nosi imię Marka Grechuty, od lat − nie bez kłopotów − organizuje właśnie jej fundacja. Robi to z pomocą Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. To w pełni profesjonalne, kilkuetapowe, ogólnopolskie przedsięwzięcie, z udziałem znanych wokalistów i znawców piosenki, choć przeznaczone dla osób niepełnosprawnych. Dwunastu finalistów śpiewa na Rynku Głównym w Krakowie jedną piosenkę z towarzyszeniem gwiazdy estrady, drugą natomiast zupełnie solo.

Pani Anna widzi, jak śpiew pomaga w przezwyciężaniu barier, kłopotów, poczucia samotności. Odnotowała przykłady potwierdzające, że śpiew realnie leczy. Widziała ludzi na co dzień zależnych od innych, którzy po wejściu na scenę stawali się niemal supermenami.

Na dole sceny zazwyczaj rozgrywają się zawody sportowe − chęć walki, rywalizacja i potrzeba udowodnienia, że się da, są tak duże, że w piłkę mogą grać nawet niewidomi. Ba! Całkowicie sparaliżowani ludzie na wózkach, na pozór skazani na niebyt – potrafią grać w rugby. Walczą jak tygrysy. Wraz z widownią tworzą cudownie wyjątkową społeczność radości i prawdy. „Wszyscy uczą się od tych ludzi”.

Przecież to ma sens!

Kiedy zapytałem Annę Dymną, po co to robi, odpowiedziała bez zastanowienia: „Bo to daje satysfakcję i ogromną siłę! Ładuje akumulatory. Kiedy zobaczę uśmiech na twarzy jednego z moich podopiecznych, to zapominam o swoich własnych troskach czy zmęczeniu. Oni pomogli mi odkryć w sobie człowieka”.

Dodaje też, że „dobroczynność uczy człowieka życia, jak najlepszy z uniwersytetów”. Zwykły, zabiegany i zatopiony jedynie w swoich sprawach człowiek pewnie nawet nie wie, o czym mowa. „Oni odkryli przede mną takie przestrzenie życia ludzkiego, o których nie miałam pojęcia” – wyznaje. Pani Ania ma dziś już na tyle bliski kontakt z ludźmi cierpiącymi, niepełnosprawnymi intelektualnie czy chorymi, że można mówić o przyjaźni z nimi.

Dodaje, że teraz nie potrafiłaby już żyć inaczej, bo pomaganie bardzo ją wciągnęło. To taki dobry rodzaj uzależnienia. Zresztą, biorąc pod uwagę własne doświadczenia, ja sam też widzę wyraźnie, jak chorzy czy też nie w pełni sprawni często nas, tych niby-zdrowych, po prostu przewyższają, a przez to zawstydzają. Obnażają naszą słabość, niemoc, a może i miałkość. Wszystko w nas jest sprawne, a mimo to tak często narzekamy na banalne w sumie przeciwności, walimy pięścią w stół albo po prostu nic się nam nie chce.

Człowiek jest niezwykły, ma w sobie pokłady sił, o które wcześniej sam siebie nie podejrzewał. Sprawdzamy się dopiero w takich sytuacjach, w których albo my sami znajdujemy się w prawdziwym kłopocie, albo z kimś w tarapatach zetknie nas los. Po załamaniu, zniechęceniu, a nawet depresji i buncie przychodzi czas uspokojenia, po nim radość. Cierpienie wyzwala w nas ogromne siły, wolę życia, a potem poświęcania się dla innych. Ale jak podkreśla pani Anna – dzieje się to wtedy, kiedy komuś w potrzebie ktoś inny poda dłoń. W samotności trudno znaleźć w sobie siły. Przeważa rozpacz. Tym, co pomaga ją pokonać, jest obecność drugiego człowieka. Ktoś, kto powie: „Przed tobą jest całe życie, inne, ale nie mniej wartościowe. Wstawaj i chodź ze mną”. Najgorszy stan − czuć się niepotrzebnym elementem tej układanki. Niestety ludzie niepełnosprawni zbyt często czują się balastem. Próbuje to zmienić wiele osób, między innymi bohaterka tej opowieści. Dzięki pomocnej dłoni, jaką podała proszącemu jeszcze dziesięć lat temu o śmierć Januszowi Świtajowi, przywróciła jemu i nam wiarę w sens cierpienia! Od pewnego czasu mnie samego już nie trzeba o tym przekonywać, ale myślę, że dla rzeszy młodych to wciąż nieodkryty i niezrozumiały odcinek życia. Cierpienie nie może być pozbawione głębszego sensu. Wszystko zawsze jest po coś. Osobiście twierdzę, że ludzie, którzy wierzą, są w łatwiejszej sytuacji, ponieważ poprzez cierpienie mogą być bliżej zrozumienia Chrystusa, a dzięki Jego doświadczeniu cierpienia oni nie będą sami. On niejako dał nam wzór zachowania. Pani Ania też przyznaje, że „spotkała takie osoby, które poprzez cierpienie czuły się wybrane do czegoś niezwykłego”. Ale nie każdy od razu wie, że cierpienie nie jest karą, lecz szansą na przewartościowanie wielu spraw, a może i całego życia. Wielu dopiero wtedy dostrzega prawdziwe wartości, prawdziwy sens życia. Pani Ania cytuje jeszcze słowa naszego świętego papieża Jana Pawła II, że cierpienie jest po to, by wypalać czyste pole dla miłości.

Są tacy, którzy cierpienie potrafią potraktować jak życiową trampolinę. Widziała już wielu takich bohaterów. „To cierpienie jest tak dojmujące, że musi mieć wszyty sens” − mówi.

Skąd bierze siły

Normalny człowiek już dawno by się pewnie poddał. Ale nie ona. Teatr, fundacja, która się rozrasta, festiwal, salony poezji, zajęcia ze studentami i jeszcze wiele spotkań, na które jest wciąż zapraszana. I jeszcze własny dom! Czasem jest tak zmęczona, że staje się zła. Ale wtedy popłacze sobie trochę w nocy. To pomaga. Na szczęście nigdy nie była aż tak zła, żeby obudzić w sobie niechęć czy nienawiść. A przecież stykając się z tak trudnym tematem, widząc też bezduszność innych, człowiek może obudzić w sobie potwora. Ale pani Anna pamięta słowa mamy, że nawet w złym człowieku zawsze kryje się coś bardzo dobrego. Boli ją serce, kiedy widzi, jak ludzie przestają się nawzajem szanować.

Wbrew pozorom, im więcej spraw się piętrzy, tym lepiej musi być zorganizowana, żyje przez to w bardziej stabilnym świecie. Taką równowagę daje Annie Dymnej teatr, który zawsze był jej największą miłością. „Najszczęśliwsza jestem na scenie. Ale odkąd zajmuję się prawdziwą ludzką niedolą, zdałam sobie sprawę, jak piękny wykonuję zawód. Wchodzę w wirtualny świat, nad którym całkowicie panuję. To coś fantastycznego! Oczyszczenie. Dla mnie praca na scenie jest najlepszym lekarstwem na troski. Zresztą dla wielu artystów scena jest czymś w rodzaju uspokajającej terapii. To ciężka praca, dająca odpoczynek od wszystkiego”.

„Uwierzyłam też, że sama mogę coś zrobić, by rozjaśnić świat, który mnie otacza. To dodaje mi sił. Przez cały rok prowadziłam program Spotkajmy się. Gościłam w nim ludzi chorych, umierających, okaleczonych. Zrozumiałam, jak hojnie jestem obdarowana przez los. Przestałam w ogóle narzekać. Zaczęłam zupełnie inaczej myśleć o sensie życia, o prawdziwych wartościach, gdzie indziej zaczęłam szukać i dostrzegać szczęście. Dzięki temu mogę teraz odpowiedzieć: tak, pomimo wszystko jestem szczęśliwa! W dodatku mój zawód jest moją pasją i miłością, a − co najistotniejsze − mam dla kogo żyć. Mam syna, który jest moim prawdziwym przyjacielem, i wciąż mam marzenia. To najważniejsze”.

Siła charakteru

Nie uważa, by pomaganie ludziom było czymś nadzwyczaj trudnym. Mimo że, jak przyznaje, pracuje w permanentnym nie tylko stresie, ale i kryzysie – w tej dziedzinie życia cały czas mamy do czynienia z sytuacjami kryzysowymi. Zbyt wielu ludzi pozostawiono samym sobie, w samotności, cierpieniu, bez pomocy.

Zresztą i ja sam potwierdzam tę obserwację z perspektywy codziennej pracy dziennikarza Wiadomości. Coraz więcej ludzi zgłasza się do nas z prośbą o pomoc. To z jednej strony bardzo budujące, że ktoś po drugiej stronie ekranu nam ufa, ale i przerażające, bo pokazuje rozmiar potrzeb… Pani Ania zapewnia, że już zawsze będzie pomagała, że nie chce nie dostrzegać ludzi w potrzebie. Efekt? Jej fundacja ma coraz więcej podopiecznych, mimo iż z czasem przyszło uświadomienie, że można wypełnić jedynie jakąś cząstkę potrzeb. „Tu konieczne są zmiany systemowe, globalne, lepsza organizacja” − mówi. Choć przyznaje, że widzi, iż w ostatnich latach wiele się w nas samych zmieniło na plus. Choćby ten symboliczny, bo przecież w sumie niewiele nas kosztujący, 1 procent ze swojego podatku na pomoc dla organizacji takich jak jej fundacja. Co roku zbiera w ten sposób dużo pieniędzy. Dzięki wpłatom po kilka, kilkanaście złotych mogła szybciej zbudować „Dolinę Słońca”, ośrodek wsparcia dla osób niepełnosprawnych intelektualnie w podkrakowskich Radwanowicach. Wpłaty rzędu 10–15 złotych od ludzi z pewnością niezamożnych dają rocznie nawet kilkanaście milionów złotych.

Czy nie za dużo na siebie wzięła? Po chwili namysłu przyznaje, że być może rzeczywiście tak jest. Gdy jednak zaczyna się działać w wolontariacie, trzeba wiedzieć jedno − nie wolno tego przerwać. „Mnie tego nie wolno zrobić” − mówi.

Trudne chwile

Miewała je raczej w przeszłości. Teraz już nie. Dojrzała, bo życie uczy pokory i daje z czasem dużo więcej sił. Przyznaje, że nie dziwi się niektórym, iż oddalają od siebie cierpienie i boją się kontaktów z chorymi czy niepełnosprawnymi. „To normalne, że człowiek zdrowy unika śmierci, chorób, cierpienia... Boimy się kalectwa, nie wiemy, jak się zachować, odwracamy się od widoku człowieka oszpeconego. Czasem robi się nam słabo”. Tu winę ponoszą również media, które promują jedynie pięknych, młodych i bogatych. Choć dodaje, że na szczęście to się zmienia, wstydliwie schowani w domach chorzy ludzie też wychodzą na ulice i pokazują, że są obok nas, i są tacy jak my. Pomimo znacznie poważniejszych kłopotów z kształceniem się czy znalezieniem pracy. Człowiek chory lub niepełnosprawny często gorzknieje i zamyka się w sobie. Ta sytuacja zmieni się jedynie wtedy, gdy ktoś taki sam postara się odmienić. Ale koniecznie trzeba też mieć kogoś obok.

Pani Anna wie, że człowiek niepełnosprawny jest często na tyle niesamodzielny, iż staje się od swego opiekuna zależny, a wręcz uzależniony. Musimy więc pomóc mu żyć. Choć nie należy to do łatwych zadań i kosztuje sporo wysiłku i łez. Nie wolno z tego jednak robić jakiejś wielkiej ofiary. „To jest konieczność” − mówi i dodaje, że w takich momentach ona sama stara się wyobrazić sobie siebie w skórze konkretnego człowieka... Wtedy jest łatwiej.

Trudne chwile? To również zdarzające się raz na jakiś czas ataki na organizacje charytatywne i ludzi, którzy nimi kierują. Pomówienia, manipulacje danymi. Trzeba być na to odpornym i maksymalnie transparentnym. Anna Dymna co roku wywiesza na swoich stronach internetowych wszystkie rozliczenia, „co do złotóweczki”, choć przyznaje, że tłumaczenie się z faktu niebycia wielbłądem jest bardzo upokarzające. Tym bardziej że wiele osób wciąż sądzi, iż będąc wolontariuszem i prowadząc fundację, człowiek przy okazji się dorobi. Więcej, że robi finansowe machloje. Ona pracuje całkowicie pro bono. W sumie to takie ataki są już dla niej bez znaczenia. „Ja i tak będę robić swoje” – mówi.

„Bardzo mocno odczuwam to, co dzieje się wokół mnie, a dzieje się wiele. Poddawana jestem wielu stresom, ale oczywiście przychodzą różne chwile, również te wypełnione smutkiem, samotnością i bezradnością. Coraz częściej jednak stwierdzam, że jestem szczęśliwa. Kiedyś tego nie nazywałam, nie zauważałam. Im dłużej żyję i muszę znosić przeciwności losu, tym częściej zdaję sobie sprawę z tego, jak niezwykłe jest życie. Każda bezpowrotna strata, dramat, dziwnie mnie wzmacnia, uczy doceniać i cieszyć się tym, co mam, zauważać drobne radości”.

Przyznaje, że zdobywając coraz większe doświadczenie życiowe i lepszy warsztat aktorski, równolegle staje się coraz starsza. A w tym zawodzie, szczególnie w przypadku kobiet, nie jest to bez znaczenia. Jako dziennikarz telewizyjny mogę to potwierdzić. Dla nas, mężczyzn, czas często działa nawet na korzyść. W przypadku kobiet bywa różnie – i nie mówię tu niczego, czego one same by głośno nie wyrażały: „No tak, ale gdy los coś nam zabiera bezpowrotnie, w tym samym czasie co innego nam daje” – puentuje pani Anna.

Szczęście

Czy jest przez to bardziej szczęśliwa? Czym jest dla niej szczęście? „Kiedy byłam młoda, zdrowa, zgrabna, nawet nie uświadamiałam sobie, że jestem człowiekiem szczęśliwym. A przecież miałam tak dużo. A potem, w miarę jak życie zaczęło zabierać różne rzeczy, doświadczać tragicznymi zdarzeniami, cierpieniem, nagle zobaczyłam, że już sam fakt, że mam dwie zdrowe ręce i nogi, budzę się rano i patrzę na słońce, to powód do największego szczęścia. Nawet gdybym się nie ruszała, to będę szczęśliwa, bo żyję”. Ale przyznaje, że pomogli jej w takim zrozumieniu życia jej podopieczni. Gdyby nie oni, teraz nie byłaby ani tak silna, ani wdzięczna. Nauczyli ją, że dopóki człowiek oddycha, może być szczęśliwy. Jako przykład podaje Janusza Świtaja i jego wolę walki. Ale chyba tylko przez skromność nie dodaje, że ten sparaliżowany po wypadku motocyklowym młody mężczyzna jeszcze nie tak dawno prosił o śmierć, i gdyby nie ona, gdyby nie jej wizyta w jego życiu, nie wiadomo, jak by się potoczyły jego losy. To Anna Dymna sprawiła, że dostrzegł w sobie na nowo człowieka, a potem odszukał wolę życia i znalazł siłę do walki. To nie do opisania – osiągnął swój Mount Everest: zdał maturę, a ostatnio nawet dostał się na studia! Od pewnego czasu pracuje też w fundacji „Mimo Wszystko”. Kontaktuje się z osobami jak on zdanymi na opiekę innych. Budzi w nich nadzieję, choć sam leży i nawet samodzielnie nie oddycha. Czy jest teraz szczęśliwy? Broni się przed jednoznaczną odpowiedzią, ale jeśli wciąż ma siły i apetyt na życie, to chyba odpowiedź nasuwa się sama. Ma ponad trzydzieści lat, a czuje się wiecznym chłopcem. Jego największą pasją są nadal motory, mimo że na motorze miał wypadek. Anna Dymna podziwia Janusza i jego rodziców. Ja zaś podziwiam panią Annę. To prawdziwi bohaterowie naszych czasów. Objąć kogoś tak czule, by przestał myśleć o śmierci… – ta postawa zasługuje na Nobla.

Szczęściem jest dla niej każdy poranek, kiedy budzi się i cieszy, że zaczyna nowy dzień. Wie, że wiele spraw czeka na nią, że jest komuś potrzebna, że ktoś na nią czeka z radością. I to jest prawdziwe szczęście.

Co jeszcze chciałaby osiągnąć?

Przyznaje, że bardzo, bardzo wiele. Ale nie mówi o tym głośno... Na razie uczciwie robi swoje, jest wierna obranym przez siebie wartościom i przekonaniom. Stara się żyć tak, by spokojnie móc spojrzeć sobie w oczy. Ciężko na to pracuje, ale wie, że nikt jej tego nie odbierze.


Jest to fragment książki:

Warto być dobrym

Wydawnictwo M
ISBN: 978-83-7595-829-4



opr. aś/aś


 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: człowiek pomoc człowieczeństwo sens życia szczęście dobroć niepełnosprawni Anna Dymna pomaganie Fundacja Mimo Wszystko Festiwal Zaczarowanej Piosenki miłość do człowieka
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W