Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Joachim Trenkner

Naprzód ku przeszłości?

"Nowy" Berlin i "Republika Berlińska"

Dziewięć lat minęło od chwili, gdy runął Mur berliński, pociągając za sobą w otchłań światowe imperium. Od ośmiu lat Niemcy są znowu zjednoczone. Minie jeszcze rok, zanim z Bonn do Berlina przeniesie się rząd, parlament, kanclerz i większość ministerstw. Bonn to przeszłość, mówi się już dziś, Berlin to przyszłość. Jest to jednak przyszłość z ogromnym ładunkiem przeszłości. "Przeprowadzka do historii" - tak hamburski tygodnik "Der Spiegel" zatytułował niedawno blok tekstów o nowej stolicy, przywołując tym samym obawy niektórych krytyków Berlina.

"Berlin jest miastem skazanym na to, by ciągle się stawać, i ten proces nigdy się nie zakończy" - stwierdzał dziennikarz i krytyk Karl Scheffler w wydanej na początku tego stulecia książce "Berlin - los pewnego miasta". Scheffler pisał te słowa niewątpliwie pod wrażeniem gigantycznego boomu budowlanego, który rozpoczął się w Berlinie wkrótce po wojnie niemiecko-francuskiej (1870) i utworzeniu Cesarstwa (1871). Ten pierwszy, a jak się miało okazać nie ostatni w historii miasta "Gründerzeit", terminem tym określa się zwykle okres prosperity w pierwszych latach II Rzeszy, został sfinansowany z francuskich reparacji wojennych - i odmienił oblicze nowej stolicy Rzeszy.

Scheffler nie mógł przewidzieć, że jego stwierdzenie okaże się profetyczne także dziś, pod koniec lat 90.

I.

Ciągła zmiana, burzenie i budowanie - wszystko to stało się w XX wieku czymś w rodzaju linii wytycznej dla polityki Berlina; polityki komunalnej i polityki "wielkiej". Wraz ze zmianą kolejnych rządów i systemów zmieniał się zawsze - przynajmniej częściowo - zewnętrzny wygląd tego największego miasta Europy między Paryżem a Moskwą. Po Cesarstwie przyszedł czas "moderny" i takich architektów jak Walter Gropius, Mies van der Rohe i Max Taut - w żadnym innym mieście nie można oglądać dziś tylu budynków w stylu "Bauhausu" co w Berlinie. Potem w niemieckiej stolicy rozgościli się naziści ze swoją architektoniczną manią wielkości. Wyburzali całe ulice, aby zrobić miejsce dla monumentalnych budowli - i chyba tylko żądza mordowania oraz rozpętana przez nich wojna uniemożliwiły im dokonanie większego architektonicznego barbarzyństwa.

A potem jeszcze ta wojna i klęska... z powietrza niszczyły Berlin bomby aliantów, a na końcu artyleria Armii Czerwonej. Tak, miasto doświadczyło tego ciężko, choć w żadnym razie nie było zniszczone tak jak Warszawa czy Rotterdam, Coventry albo Drezno. Prawdziwe zniszczenie Berlina dokonało się dopiero po wojnie. W podzielonym mieście, po obu stronach przyszłego Muru, burzono to, co jak najbardziej godne było zachowania. We wschodniej części, w NRD, wysadzono w powietrze pałac królów pruskich; w części zachodniej, pozostającej pod jurysdykcją mocarstw zachodnich, zburzono Dworzec Anhalcki. To tylko dwa spektakularne przykłady, które można mnożyć. Także po obu stronach odbudowywano i budowano w podobnym "stylu", tworząc na masową skalę szare okropieństwa. Wkrótce pośrodku miasta na prawie trzy dziesiątki lat wyrósł Mur: głęboka i śmiertelna rana z betonu i drutu kolczastego.

II.

Dziewięć lat minęło od chwili, gdy ten Mur runął, pociągając za sobą w otchłań światowe imperium. Od ośmiu lat Niemcy są znowu zjednoczone. Minie jeszcze rok, zanim z Bonn do Berlina przeniesie się rząd, parlament, kanclerz i większość ministerstw. Ale zanim to nastąpi, miasto po raz kolejny zmieni swe oblicze.

Rana po Murze zabliźniła się już prawie zupełnie: nowoczesna architektura ze szkła i stali ciągnie się od Placu Poczdamskiego po Reichstag. Siedziba parlamentu zachowała wprawdzie zewnętrzny, klasycystyczny wygląd; nowe czasy zwiastuje jedynie wieńcząca go szklana kopuła. Tutaj, w na nowo otwartym Reichstagu, 23 maja 1999 roku, w 50. rocznicę powstania Republiki Federalnej, tzw. Zgromadzenie Federalne wybierze kolejnego prezydenta RFN. Symboliczny dzień, w którym Berlin stanie się nie tylko formalną stolicą, ale także siedzibą rządu. Bonn to przeszłość, mówi się już dziś, Berlin to przyszłość. Jest to jednak przyszłość z ogromnym ładunkiem przeszłości. "Przeprowadzka do historii" - tak hamburski tygodnik "Der Spiegel" zatytułował niedawno blok tekstów o nowej stolicy, przywołując tym samym obawy niektórych krytyków Berlina.

Takich przeciwników było od momentu zjednoczenia bardzo wielu. Na początku przeprowadzka rządu z Bonn do Berlina nie była wcale czymś oczywistym i pożądanym, chociaż w czasach podziału politycy wszystkich partii co chwila składali obłudne wyznania na temat przyszłej stolicy. Bo tak naprawdę przyzwyczajono się do "bońskiego prowizorium"; stamtąd rządziło się przyjemnie. Rząd i parlament opanowały i zdominowały uniwersyteckie miasto nad Renem: wielomilionowa metropolia - niespokojna, ciągle zmieniająca się, nieprzejrzysta i trudna do ogarnięcia - zdominuje (albo tylko zignoruje) rząd federalny.

20 czerwca 1991 roku w Bundestagu doszło do niezwykle emocjonalnej debaty nad kwestią przeniesienia stolicy. Przeciwnicy Berlina po raz kolejny zaklinali, że Bonn jest miejscem szczególnym, gdyż symbolizuje sprawdzoną niemiecką demokrację. Przed Berlinem jak przed grożącym nieszczęściem ostrzegał np. minister pracy Norbert Blüm z CDU. "Zjednoczone Niemcy to nie Czwarta Rzesza" - wołał Blüm. To pozbawione sensu zdanie miało sugerować, że rządzone z Berlina Niemcy oznaczają "powrót do przeszłości". Ale nawet takie apele na rzecz Bonn okazały się nieskuteczne: niewielką bo niewielką, lecz jednak większością 18 głosów Bundestag opowiedział się wreszcie za przeprowadzką.

III.

Od tego momentu nowa-stara stolica przeżywa swój drugi wielki "Gründerzeit". Buduje się wszędzie. Z początku jeszcze z pewnym wahaniem, teraz już na pełnych obrotach. Pierwszymi inwestorami były banki, potem pojawiły się wielkie koncerny, po nich stowarzyszenia reprezentujące interesy różnych grup społecznych (pracodawcy, pracobiorcy, urzędnicy państwowi itd, itp), a na końcu ministerstwa i agendy rządowe. Państwo nie mogło jednak pozwolić sobie na wybudowanie nowego gmachu dla każdej ze swych instytucji. Niektóre będą więc musiały żyć w cieniu historii. Przyszły minister finansów wprowadzi się do byłego Ministerstwa Lotnictwa Rzeszy Hermanna Göringa. Siedzibą Ministerstwa Spraw Zagranicznych zostanie budynek dawnego Banku Rzeszy, który w czasach NRD dał schronienie Komitetowi Centralnemu partii komunistycznej SED. A przyszły kanclerz - obojętne, czy po wyborach 27 września br. zostanie nim Helmut Kohl, jego socjaldemokratyczny rywal Gerhard Schröder, czy jeszcze ktoś inny - urzędować będzie w dawnym budynku Rady Państwa NRD dopóty, dopóki w roku 2000 nie zostanie ukończona budowa nowego Urzędu Kanclerskiego naprzeciwko Reichstagu.

Przeprowadzka nad Szprewę jest czymś więcej niż tylko lukratywnym kąskiem dla firm spedycyjnych. Zawiera ona w sobie ogromny ładunek symboliki. Ale czy zmiana siedziby władz musi koniecznie oznaczać także zmianę polityki? Od decyzji Bundestagu na rzecz Berlina trwa więc dyskusja nad kontynuacją niemieckiej polityki przed i po zjednoczeniu. Debata daje pożywkę podejrzeniom, że za powrotem parlamentu i rządu kryje się niebezpieczeństwo ponownego ożywienia antyzachodnich tendencji i przestarzałej polityki prowadzonej z pozycji siły. W dyskusji tej szybko powrócił znany termin: "deutscher Sonderweg", "odrębna niemiecka droga"; pojęcie oznaczające tendencje w polityce niemieckiej, które rozwój Niemiec w XIX i XX wieku definiowały w politycznej, kulturowej lub cywilizacyjnej opozycji wobec innych państw i narodów Europy.

Szybko też znaleziono określenie dla nazwania tych nowych, zjednoczonych i powiększonych Niemiec lat 90.: "Republika Berlińska".

IV.

W innych krajach kolejnym formom rządów republikańskich nadaje się numery. Francuzi na przykład doszli już do Piątej Republiki; współczesna Polska to Trzecia Rzeczpospolita. Tymczasem Niemcy sami nie są pewni, czy żyją w drugiej, czy w trzeciej republice. Mówią więc mgliście o "starej" i "nowej" Republice Federalnej - ale najchętniej nadają swoim republikom nazwy miast.

Pierwsza z nich nazywa się więc "Weimarską", ponieważ pracujące nad jej konstytucją w 1919 r. Zgromadzenie Narodowe wolało obradować w prowincjonalnym miasteczku w Turyngii, niż w postmonarchistycznym, targanym rewolucyjnymi wstrząsami Berlinie. Poza tą jedną okolicznością tamta republika, która przetrwała zaledwie 14 lat, niewiele miała wspólnego z miastem niemieckich klasyków. Zresztą sama nazwa "Republika Weimarska" jest dziełem potomnych; przez współczesnych używana nie była.

Także pojęcie "Republika Bońska", stosowane dziś dla nazwania "starej" Republiki Federalnej z czasów podziału jest raczej konstrukcją pomocniczą: ma pomóc w wyznaczeniu ram czasowych (1949-1989/90) i terytorialnych. Nie nadaje się jednak zbyt dobrze do merytorycznego opisu i oceny 40-letniej historii RFN.

A teraz "Republika Berlińska" - pojęcie, którego ostatnio używa się coraz częściej w publicystyce i w debatach politycznych, równie nieprecyzyjne jak dwa poprzednie. Wraz z pojawieniem się nowej nazwy odżyły stare lęki. Niektórzy obawiają się ponownego ożywienia niemieckiej pychy; troską innych jest zachowanie właściwej miary, równowagi i dotyczasowej powściągliwości w obchodzeniu się z własną siłą ekonomiczną i polityczną. Liberalny publicysta i historyk Sebastian Haffner ubolewał: "Zjednoczone i niezwykle pewne siebie Niemcy nadymają się i wołają: znów jesteśmy kimś". A w staraniach Berlina o organizowanie igrzysk olimpijskich pewna gazeta z Monachium odkryła nawet "ponowne przebudzenie niemieckich aspiracji do bycia potęgą".

V.

Winę za te obawy ponosi niewątpliwie fakt, że pierwszymi, którzy zapragnęli zaanektować dla siebie nową, powiększoną "Republikę Berlińską" byli prawicowi intelektualiści. "Die selbstbewusste Nation" (dosłownie: "Naród pewien siebie" lub "świadom siebie") - tak brzmiał tytuł antologii, która ukazała się w 1994 r. w wydawnictwie Ullsteina. Książka ta odebrana została jako manifest środowiska tzw. Nowej Prawicy (Neue Rechte) i wywołała gwałtowną dyskusję w mediach. Redaktorzy antologii - dwaj dziennikarze konserwatywnej gazety "Welt am Sonntag", Heimo Schwilk i Ulrich Schacht - zebrali w niej głosy niezadowolenia z zachodnio-liberalnego konsensu, na jakim opierała się kultura polityczna "starej" RFN sprzed 1989/90 r.; jako wizję przyszłości dla zjednoczonych Niemiec proponowali zaś dość mgliste idee narodowo-konserwatywne. Obaj dziennikarze opublikowali później zbiór esejów i pamfletów o podobnej treści pt. "Für eine Berliner Republik" ("O Republikę Berlińską").

Wszelako dziś mało kto mówi jeszcze o "Nowej Prawicy". Wokoło na rozwiązanie czekają problemy jak najbardziej realne: deficyt budżetowy, masowe bezrobocie, obawy przed globalizacją. Wprawdzie okres powojenny w Niemczech w istocie skończył się nieodwołalnie; okazuje się jednak, że "Nowa Prawica" nie odgrywa w tym kontekście żadnej roli - ani jako niebezpieczeństwo, które należałoby brać poważnie, ani jako źródło inspiracji przy rozwiązywaniu aktualnych problemów. Pytanie postawione przez narodową prawicę - o to, w jakim kształcie zjednoczony naród niemiecki ze stolicą w Berlinie powinien odbudować swą tożsamość oraz o rolę tejże tożsamości i czynnika narodowego w "Republice Berlińskiej" - okazało się zupełnie drugorzędne. Samo pojęcie "Republika Berlińska" przyjęło się jednak, zwłaszcza od kiedy w 1995 r. w wyłącznie pozytywnym znaczeniu użył go w swej książce Johannes Gross, znany i ceniony publicysta konserwatywny. I dziś wydaje się, że nic już nie zdoła wyeliminować go z obiegu.

Do tej pory jedno tylko wydaje się jasne: "Republika Berlińska" opiera się wprawdzie na mocnym fundamencie konstytucji "starej" RFN, różnić od "Republiki Bońskiej" będzie się jednak niewątpliwie. Po zjednoczeniu stała się ona nie tylko większa, ale także bardziej wschodnia, bardziej protestancka i być może, pod wpływem byłej NRD, bardziej ateistyczna. Przede wszystkim jednak nieokreślona pozostaje jeszcze rola Niemiec w polityce zagranicznej w Europie, podobnie jak nieokreślona jest rola Europy. Sporo tu pytań, a odpowiedzi jeszcze niewiele. Przyszłość nie gwarantuje niczego. A niegdysiejsza teza, że historia rozwija się według określonych reguł, była tylko jednym z wielu błędów marksizmu/leninizmu.

VI.

Droga, jaką pójdzie "Republika Berlińska" nie jest jeszcze wyraźna. Czasem jednak spojrzenie wstecz, w historię, może wydawać się czymś w rodzaju spojrzenia w szklaną kulę wróżki: nieco rozproszone, ale akurat w przypadku Niemiec wiele mówiące i doradzające ostrożność. Nikt nie opisał lepiej tego fundamentalnego problemu, jaki towarzyszył powstawaniu narodu niemieckiego, niż Helmuth Plessner, niemiecki filozof, który w 1935 r. wyemigrował do Holandii. W swej książce "Die verspätete Nation" (Spóźniony naród) Plessner określa stworzone przez Bismarcka Cesarstwo Niemieckie mianem "mocarstwa bez idei państwowej".

Plessner twierdzi, że powstałe w roku 1871 niemieckie państwo narodowe nie służyło żadnej przyciągającej idei: "Nowa Rzesza nie odwoływała się, jak Francja czy Anglia, do wyobraźni narodów, do ich oczekiwań związanych z przyszłością, do ich wiary w człowieka. Rzesza nie reprezentowała niczego, co by ją przewyższało. »Być Niemcem« nie zawierało w sobie żadnej deklaracji, jak ma to miejsce w przypadku »bycia Anglikiem« lub »bycia Francuzem«; »być Niemcem« było i jest po prostu wyrazem pewnej rzecwywistości". Np. Francja formowała się jako nowoczesny naród wokół uniwersalnych ideałów Oświecenia i Rewolucji; narodziny francuskiego państwa narodowego zbiegły się z Deklaracją Praw Człowieka.

Tymczasem tamto zjednoczenie Niemiec przyszło od góry, narzucone siłą przez Prusy. Paternalistyczne państwo, które swe powstanie zawdzięczało armii i cnotom wojennym, zaadoptowało romantyczną kulturę, której centrum stanowiły nie nowoczesny naród i państwo (Nation und Staat), lecz duch i naród rozumiany w kategoriach wspólnoty krwi (Geist und Volk). Plessner pisał: "Niemcy, ogromne i dziecinne, wierzyły, że ich fundamentalne braki może wypełnić kulturowa propaganda. Nie pojęły, że polepszenie zbytu w żadnym razie nie oznacza wzrostu sympatii. Bo atrakcyjność narodów mierzy się nie ich pilnością, lecz charakterem ich lenistwa".

Choć filozof-emigrant formułował te myśli ponad 60 lat temu, wydają się one aktualne także w odniesieniu do współczesności. Niemcy, także te zjednoczone i powiększone, pożegnały się wprawdzie z dawnym przekonaniem, że od innych narodów wyróżnia je szczególne posłannictwo - ale ciągle jeszcze nie znalazły swej "przyciągającej idei". Narodowosocjalistyczna katastrofa sprawiła, że Niemcy utracili także poczucie kulturowej wyższości. Niemcy żyją tylko dniem dzisiejszym, swymi osiągnięciami gospodarczymi; faktycznie są może nawet znowu mocarstwem - ale tak jak kiedyś brak im jakiegokolwiek uniwersalnego oddziaływania.

VII.

Czy i jak uda się wypełnić tę próżnię intelektualną w powstającej "Republice Berlińskiej" - któż to wie? Ale na pewno nikt nie musi bać się Berlina - ani w Niemczech, ani za granicą. Nieuzasadniona jest obawa, że przeniesienie siedziby rządu osłabi więzi, łączące Niemcy z Zachodem. Powojenna historia tego miasta gwarantuje akurat podtrzymanie integracji; to właśnie w Berlinie podczas sowieckiej blokady w latach 1948/49 narodziła się przyjaźń niemiecko-amerykańska.

Jedność Niemiec to uwertura do jedności Europy, mówiono na początku lat 90. Niemiecka stolica, oddalona o godzinę jazdy samochodem od polskiej granicy usłyszy prędzej i zrozumie lepiej, o czym mówi się na Wschodzie Europy. W Bonn wykuwała się przyjaźń niemiecko-francuska. Dlaczego w Berlinie nie miałoby dojrzewać polsko-niemieckie pojednanie, przekraczające to, co osiągnięto do tej pory, oraz rzeczywiste partnerstwo?

Łatwo rozwiać także obawy, że nowy, potężny Berlin mógłby tak jak kiedyś zdominować resztę kraju. Żadne inne miejsce w Niemczech nie zostało podczas studenckiej rewolty 1968 roku tak dokładnie wywrócone do góry nogami jak Berlin, zaimpregnowany dziś przeciwko paradom wojskowym i narodowym pokrzykiwaniom. Gigantyczne w tym mieście są dziś raczej zjawiska sympatyczne bądź śmieszne: doroczna "Parada Miłości", która w tym roku zgromadziła milion młodych ludzi, podrygujących w takt muzyki techno; niedzielne grilowanie, które niezliczona rzesza Turków urządza w parku Tiergarten, tuż pod bokiem Reichstagu; albo ten typowy dla Berlina permanentny ruch, gorączkowa bezsenność i stres.

Nieuzasadnione są też traumatyczne wizje, wedle których "feniks z pruskich popiołów" miałby zniszczyć federalizm, który sprawdził się w Niemczech w ciągu ostatniego półwiecza. Hamburg i Kolonia pozostaną centralami mediów; nad Renem, w Monachium i Stuttgarcie także w przyszłości będą kwitnąć rozwojowe gałęzie przemysłu; Bruksela i Frankfurt jako siedziba Europejskiego Banku Centralnego staną się nową gospodarczą "osią władzy" na kontynencie. W XXI wieku problemem nie będzie ochrona czegokolwiek przed dominującym Berlinem; jeśli coś wymagać będzie lepszej kontroli, to władza Brukseli.

Berlina powinni obawiać się co najwyżej drobnomieszczańscy urzędnicy i przekonani o swej wszechwładzy politycy. "Berlin - mówił Konrad Weiß, były NRD-owski opozycjonista, podczas debaty w Bundestagu w 1991 r. - jest krnąbrny, przekorny i pełen sprzeczności, a z możnowładcami obchodzi się topornie i bez specjalnych względów". Nic nie jest dla Berlińczyków bardziej podejrzane niż arogancja władzy. Ponad 3,5 miliona ludzi w wielokulturowej metropolii (13 proc. to cudzoziemcy, ze 184 narodów świata) będzie w przyszłości czuwać nad postępowaniem rządzących w ich siedzibach - tych nowych i tych historycznych, przebudowanych. Wtedy zobaczymy, czy w przypadku dzisiejszych Niemców sprawdzi się stwierdzenie Winstona Churchilla, który powiedział: "Najpierw my kształtujemy nasze budowle, a potem one kształtują nas". A także jego inne zdanie, wygłoszone pod adresem Niemców: "Albo leżą u twoich stóp, albo skaczą ci do gardła".

"Republika Berlińska" jest dla Niemców wyzwaniem i próbą. Mogą teraz udowodnić, że znaleźli złoty środek, którego brak brytyjski mąż stanu opisywał 60 lat temu w tak bolesnych słowach. Berlin nadaje się do tego, bo jest miejscem nadziei: na społeczną i kulturową odnowę niemieckiej polityki, w połączeniu z rewolucją, jaka dokonuje się w Europie za sprawą jej otwarcia na Wschód i coraz bliższej unii walutowej.

Przełożył Wojciech Pięciak

Joachim Trenkner jest redaktorem naczelnym berlińskiej telewizji publicznej Sender Freies Berlin oraz publicystą. W czerwcu br. "Tygodnik" opublikował jego artykuł o sporze wokół idei wybudowania w Berlinie pomnika ofiar Holocaustu.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Mur berliński Bonn Berlin Bundestag Reichstag NRD
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W