Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Krzysztof Kozłowski

WIELKA REWOLUCJA MNIEJSZOŚCI

Rok 1989 i Okrągły Stół

Pamiętam, jak wyznaczeni do rozmów przy stoliku politycznym Okrągłego Stołu szli do Pałacu Namiestnikowskiego na pierwszą rundę obrad. Był luty, paskudny, wietrzno-deszczowo-śnieżny, zimny dzień. Nie było nawet lokalu, w którym mogliśmy się zebrać i ustalić wstępną taktykę. Spotkaliśmy się więc w bramie Instytutu Socjologicznego na Karowej. Tam, przestępując z nogi na nogę, żeby się trochę ogrzać, stało dwudziestu paru ludzi, którzy po chwili poczłapali w tej plusze na Krakowskie Przedmieście.

Szedł przyszły premier, kilku przyszłych ministrów, kilkunastu przyszłych parlamentarzystów. Wyglądało to żałośnie. Wreszcie dotarliśmy do Pałacu, pełnym nie tylko blasku, ale i wciąż siły władzy. Tych kilkunastu ludzi miało zmierzyć się z całym systemem. Sam nie wierzyłem w zwycięstwo tej gry – miałem bowiem wpojony wstręt do porywania się z motyką na słońce i powstańczych zrywów, gdzie gołymi rękami miano zdobywać karabiny, a karabinami armaty. A przecież próbowaliśmy tego samego – pokojowej, ale jednak konfrontacji, która mogła skończyć się źle. Lecz równocześnie byłem przekonany, że jeżeli są tylko możliwości, to trzeba je wykorzystywać. Zaniechanie jest grzechem niewybaczalnym. Dlatego należy pchać się do przodu. Czemu system miałby zawalić się sam? Muszą mu pomóc w tym ludzie.

Od obrad Okrągłego Stołu minęło 10 lat. Mimo to myślę o nim tak samo, jak wówczas – gdy sytuacja sprawiła, że zasiadłem do negocjacji. I tak samo go oceniam.

O CO CHODZIŁO

Ludziom opozycji, którzy przystąpili wtedy do rozmów z władzą, zarzuca się dziś, że już sam fakt dopuszczenia "Solidarności" do rokowań uważali za fenomenalny sukces. To nieprawda. Przystępując do tej gry, uważaliśmy, że warto w ten sposób zarysować partyjno-państwowy monolit PRL-u. Że należy dokonać pierwszego wyłomu, choćby miał być on minimalny i jedynie symboliczny. Wiedzieliśmy bowiem, że mechanizm systemu komunistycznego polega właśnie na tym, że nie znosi on zarysowań, wyłomów, ustępstw. I że jeżeli już do nich dojdzie, to nastąpi i ciąg dalszy. Przykładowo opozycyjna ekipa negocjacyjna przy tzw. podstoliku medialnym, który zajmował się środkami przekazu, powtarzała w kółko: nie chodzi o to, czy "Solidarność" dostanie w radiu codzienną audycję długości 7 czy 12 minut, a w telewizji 15-minutowe okienko na tydzień. Rzecz w tym, by w ogóle opozycja zyskała dostęp do środków przekazu i by przy tworzeniu swych programów miała całkowitą niezależność. Założeniem było bowiem, że nie możemy się zgodzić na firmowanie czegoś nie-naszego, byleby tylko ratować twarz przeciwnika – PRL-u bądź polityki partii, nawet zliberalizowanej. Chodziło o to, by wywalczyć może i coś drobnego, lecz własnego. Nie brać odpowiedzialności za politykę prasową czy propagandę PRL, ale wziąć – mówiąc skrótowo – odpowiedzialność jedynie za własną "Gazetę Wyborczą".

MITY I ILUZJE

Czy był to minimalizm? Krytycy Okrągłego Stołu mówią dziś: trzeba było rzucić radykalne hasła: niepodległość i wolność! Inni sugerują: należało poczekać – system nie był już wtedy monolitem, widać było, że się chwieje i sypie, więc za parę miesięcy cała władza leżałaby na ulicy!

Warto tu sobie przypomnieć sytuację po strajkach lata 1988 roku. Owszem, partia była w kryzysie. Tyle że równie osłabiona była wówczas opozycja. A społeczeństwo znajdowało się w stanie kompletnej apatii. Władza była za słaba, żeby zlikwidować "Solidarność", lecz i "Solidarność" była za słaba, żeby obalić czy choćby zagrozić komunizmowi. Obie strony przestały wierzyć w skuteczność – i możliwość – rozwiązania siłowego. Właśnie ze słabości obu stron wziął się Okrągły Stół. Jeżeli sobie tego nie uświadomimy, będziemy skazani na mity i iluzje.

Lansowana jest i inna mityczna teza: że Okrągły Stół był wielką manipulacją komunistów, którzy przygotowali sobie w ten sposób miękkie i bezkarne przejście do nowej rzeczywistości. Zatem, ostatecznie, że to oni są wielkimi zwycięzcami.

I znowu: wystarczy wrócić pamięcią do atmosfery tamtych miesięcy. Przecież wówczas było oczywiste, że nikt z drugiej strony Stołu ani myśli o oddaniu opozycji rzeczywistej władzy. Przekazać odpowiedzialność – tak. Uwikłać – również. Stworzyć pozory – jak najbardziej. Owszem, widać było rychły klops gospodarczy zagrażający także ludziom władzy. Tyle że w historii PRL kryzysów ekonomicznych było mnóstwo. Ba, cały okres komunizmu oznaczał w Polsce permanentny kryzys. Mimo to partia utrzymywała się u steru. Zatem i w 1989 roku nikomu z obozu rządzącego do głowy nie przychodziło, by się dzielić realną władzą. Było dla nich oczywiste, że mogą oddać 35 proc. miejsc w sejmie, ale przecież pozostać im miało 65 proc., przy pomocy których można swobodnie rządzić: wybrać swojego prezydenta, ustalić dowolną konstytucję i ustawy, oddalać wszystkie sprzeciwy itd.

PSYCHOLOGIA STOŁU

Nic dziwnego, że decydując się na rozmowy, czuliśmy potworny i dławiący strach: iż ładujemy się w grę, która może się skończyć kompromitacją. Tak osobistą, jak, co ważniejsze, historyczną – blamażem jedynej siły politycznej, z którą można było wówczas w Polsce wiązać nadzieję na zmiany.

Lęk ten wynikał choćby z doświadczeń sierpnia 1980 roku. Podpisy? Wtedy też były podpisy i umowy, a potem był stan wojenny. Gdzieś w tyle głowy pojawiało się również wspomnienie historii Stanisława Mikołajczyka, który wrócił z emigracji z nadzieją na porozumienie, zawarł z komunistami układ, by w końcu musieć uciekać z kraju w bagażniku samochodu obcej ambasady. Mieliśmy tego świadomość – przez dwa miesiące nie mogliśmy się od tego uwolnić.

Równocześnie było dla nas jasne, że samymi okrzykami i demonstracjami niewiele da się zrobić. Że same okrzyki muszą zawisnąć w próżni, tak jak bywało w przeszłości... Stąd choćby przy podstoliku medialnym już na początku zastrzegliśmy: domagamy się nowego ładu informacyjnego w Polsce, co musi w przyszłości oznaczać likwidację cenzury, monopolu papierowego, wydawniczego, kolportażowego państwa itd. Nie chodzi o deklaracje – chodzi o instytucje i mechanizmy. Bo gwarancją sukcesu mogą być tylko konkrety.

Był jeszcze jeden powód naszych lęków. Równie skomplikowany, a bardzo dotkliwy. Chodzi o ciszę wokół Okrągłego Stołu. Oto działa się rzecz bez precedensu: toczyły się rozmowy historyczne dla Polski. Wydawało się, że musi pojawić się fala gestów poparcia. Jakże by nam to pomogło w rokowaniach, gdyby władza znalazła się pod presją głosów gardłujących za opozycją: żądajcie tego i tego, ostrzej! Tymczasem przez dwa miesiące panowała cisza. Owszem, cieszono się na widok ludzi "Solidarności" pokazywanych przez telewizję. Na ulicy ludzie podchodzili, ściskali nam ręce, pozdrawiali. Ale to byli tylko życzliwi kibice. Lecz w skali społecznej panowała bierność. Nie czuliśmy, na przykład, wsparcia środowisk intelektualnych, naukowych, dziennikarskich, artystycznych. Pomagali nam jedynie pojedynczy przedstawiciele tych kręgów. Wyjątkiem był II obieg wydawniczy, który walczył z nami ramię w ramię. Mało kto uznał za stosowne zadzwonić, zaproponować pomoc itp. Dziś mówi się, że Polska przez cały czas PRL-u roiła się od konspiratorów i dzielnych niepodległościowców. I że na początku 1989 roku wszyscy byli przekonani, że komunizm lada chwila padnie. W rzeczywistości otaczała nas apatia.

Można tłumaczyć: to dlatego, że ekipa opozycji, która zasiadła do Okrągłego Stołu, nie była reprezentatywna. Tylko trzeba wtedy zapytać: a kto miał iść do rokowań? Przywództwo Lecha Wałęsy było wówczas niekwestionowane. Faktem był też autorytet Komitetu Obywatelskiego przy przewodniczącym NSZZ "Solidarność". Jakakolwiek reprezentacja narodowa mogła powstać tylko wokół tych dwóch instytucji. Owszem, Komitet sam kooptował swych członków. Lecz innego sposobu nie było: Komitet był strukturą nielegalną i działał w totalitarnym państwie. W kraju niedemokratycznym absurdem jest żądanie od podziemnych struktur, by kształtowały się w sposób demokratyczny. Jeżeli zaś niektórzy odmówili udziału, to trudno – ich wybór.

Już wtedy zaczęły do nas docierać sygnały, że to, co robimy w najlepszej wierze i najlepiej jak umiemy, może zostać kiedyś wrzucone w błoto i podeptane. Razu pewnego, podczas przerwy w negocjacjach, podeszliśmy do okna na pierwszym piętrze Pałacu Namiestnikowskiego. W grupie było kilka osób z obu stron. Na Krakowskim Przedmieściu trwała właśnie manifestacja anarchistów. Krzyczeli tak przeciwko komunistom, jak przeciw nam. Atakowali sam Okrągły Stół. I wtedy ktoś z ekipy rządowej rzucił: "Ciekawe kogo pierwszego by powiesili, gdyby udało im się tu wedrzeć? Nas czy was?". Wtedy uświadomiłem sobie, że kiedyś zacznę być traktowany na równi z tamtymi. Co się stało.

CUD MNIEJSZOŚCI

Powstają pytania: dlaczego? Dlaczego podczas negocjacji nie mieliśmy masowego wsparcia? Wedle sondaży społeczne zainteresowanie obradami Okrągłego Stołu nie przekraczało czasem 30 proc. Dlaczego 4 czerwca, w przełomowych dla kraju i społeczeństwa wyborach, wzięło udział tak mało Polaków? I dlaczego przez minione 10 lat wciąż tak popularna jest wersja okrągłostołowego spisku?

Nie mam pretensji do społeczeństwa. Ono po latach PRL nie mogło być inne. Ba, nawet wtedy mogło nie zaufać Wałęsie i ludziom przez niego wyznaczonym.

Bierność wynikała też z tego, że przy stole kłóciliśmy się o rzeczy ważne, ale często mało dla ludzi zrozumiałe. Nie mogliśmy wprost zażądać zniesienia cenzury, bo druga strona z miejsca by to odrzuciła – im do głowy nie przychodził taki wariant. Lecz my wiedzieliśmy, że jeśli uda się włączyć do obrad przedstawicieli niezależnej prasy, to z czasem problem cenzury sam przestanie istnieć. To było coś nieprawdopodobnego, że ścigani mieli rozmawiać z tymi, którzy mogli ich dotąd ścigać. Dlatego tak się przy tym upieraliśmy. I rzeczywiście: kontrola prasy z dnia na dzień stawała się fikcją, by wreszcie upaść także formalnie.

Już przy parafowaniu ustaleń oznajmiliśmy drugiej stronie jasno: mamy nadzieję graniczącą z pewnością, że za kilka miesięcy wszyscy zapomną co tu podpisaliśmy, ba, nie będzie to miało większego znaczenia, bo sprawy pójdą dalece dalej. Jako że Okrągły Stół był tylko początkiem historycznego procesu.

Dowodem na to, że strategia Okrągłego Stołu była słuszna nie było bowiem to, co się stało w Pałacu Namiestnikowskim. Owszem, wydarzyło się tam coś niebywałego i bez precedensu. Ale te dwa miesiące negocjacji były tylko czasem ciężkiej, żmudnej i często niewdzięcznej pracy. Ba, w gruncie rzeczy była to robota bez efektu, bo przecież niedługo sytuacja na tyle się zmieniła, że poczynione ustalenia straciły na aktualności.

Ale polityka Okrągłego Stołu sprawdziła się natychmiast po jego zakończeniu. Prawdziwy "cud Okrągłego Stołu" nie zdarzył się ani przy tym meblu, ani też 4 czerwca – w dniu pierwszych od dziesięcioleci wolnych wyborów w Polsce. Cud dokonał się w kwietniu i maju 1989 roku, kiedy to społeczeństwo – zduszone przecież latami PRL-u, nie mające pojęcia o politycznych działaniach – w ciągu paru tygodni potrafiło się samozorganizować. I to do tego stopnia, że w każdym województwie zarejestrowano obywatelski komitet wyborczy, sporządzono listy kandydatów i uruchomiono kampanię wyborczą. Bez środków, kadr, pieniędzy, lokali, łączności. Ostatecznie do dyspozycji było 5 Klubów Inteligencji Katolickiej z biurkami i telefonem, w Krakowie redakcja "Tygodnika Powszechnego" z teleksem i w Warszawie redakcja "Więzi". To była niemal cała logistyka tej operacji. Wynik był zaś niesamowity. I już nigdy w warunkach wolnej już przecież III Rzeczpospolitej nie udało się przeprowadzić tak intensywnej i szaleńczej kampanii.

4 czerwca był już tylko efektem. Ale znów: nie łudźmy się, że działały masy. W stosunku do zaangażowanych w Okrągły Stół zainteresowanie było naturalnie większe. Lecz w skali kraju wciąż mieliśmy do czynienia z mniejszością. Do historycznych wyborów poszło przecież ledwie 60 proc. uprawnionych Polaków. A z nich spora część zagłosowała jak dawniej na komunistów.

Cud 1989 roku był więc rewolucją mniejszości, a nie większości.

ZWYCIĘZCY BEZ ARMAT

Po wyborach poszedłem spać. I o czwartej nad ranem 5 czerwca zbudził mnie telefon. Jan Maria Rokita powiedział tylko: "Mam pierwsze rezultaty z zamkniętych obwodów: więzień, milicji, jednostek wojskowych. Jeżeli tam wyniki są rzeczywiście takie, to znaczy że ruszyła lawina. A jeżeli oni mają resztę zdrowego rozsądku i instynktu samozachowawczego, to przygotuj sobie sweter i szczoteczkę do zębów, bo powinni nas zaraz wyjąć".

Rzeczywiście, jeszcze nad ranem 5 czerwca sprawa nie była przesądzona. Rokita miał rację: wtedy powinni wyaresztować całą "Solidarność". Zwłaszcza, że bardziej realne od spekulacji o masowym i nieuchronnym upadku reżimów komunistycznych, zdawały się być wówczas wieści z Placu Tienanmen w Pekinie. Komuniści rządzący w Polsce też mieli swoje dane, też widzieli, że zaczęła się lawina, która może ich zmieść. Czemu więc nie wydali rozkazu, który przecież wydać mogli?

Bo ogarnął ich szok. Wszelkie raporty – tak ośrodków badania opinii, jak służby bezpieczeństwa – kończyły się przewidywaniami, że wszystko będzie dobrze. Nie było mowy, że partia te wybory może przegrać. Nieoczekiwana porażka paraliżuje. A jeżeli na oznaki klęski nie reaguje się natychmiast, to się przegrywa. Widocznie PZPR przestała być wtedy prawdziwą partią bolszewicką – bo bolszewicy wiedzieliby, co się robi w takiej sytuacji. Polskim komunistom tego odruchu zabrakło.

Oczywiście, nie da się wskazać daty i godziny punktu krytycznego między PRL a III RP – chwili, od której zmiany stały się już nieodwracalne. Zwykle jednak podczas rewolucji moment przełomowy następuje nie wtedy, kiedy siła atakujących jest przeważająca, lecz gdy słabnie wola oporu. Bastylia padła nie dlatego, że atakowała ją ogromna armia, ale dlatego, że nie miał jej już kto bronić. Pałac Zimowy został zdobyty nie dlatego, że bolszewicy zmobilizowali korpusy i armie, tylko dlatego, że bronił go jeden kobiecy batalion.

Choć w nocy z 4 na 5 czerwca elicie partyjnej zabrakło determinacji, to w Polsce Bastylia wcale nie była pusta. Wszak buńczuczność Służby Bezpieczeństwa i wojska czuło się nawet jesienią 1989 roku. Tak naprawdę jeszcze wtedy rząd Tadeusza Mazowieckiego mógł zostać zlikwidowany przez nawet małą, byle uzbrojoną, grupę związaną ze starym systemem. Później, przez wiele miesięcy 1990 roku jedyną siłą, na którą naprawdę mógł liczyć Mazowiecki w razie oporu wobec zmian w Polsce, były Nadwiślańskie Jednostki MSW. Planując na wypadek ataku osłonę gmachów czy ludzi rządu, mogliśmy się oprzeć jedynie na tych paru tysiącach żołnierzy. Kłopot w tym, że były to oddziały mało warte w skali wojskowej. Co do lojalności kadry oficerskiej armii były spore wątpliwości. Różnie mogły zachować się też likwidowana SB, a nawet reformowana milicja.

Opór starego porządku pękł dopiero w roku 1990. Symbolem, że coś się zawaliło była samolikwidacja PZPR. Potem, pracując w MSW, na własne oczy widziałem jak z tygodnia na tydzień wola oporu wyparowuje ze struktury, która wydawała się tak twarda: z aparatu bezpieczeństwa. I ostatecznie zetknąłem się tylko z jednym przypadkiem faktycznego, grupowego oporu. Mowa o buncie w Szkole Oficerskiej Policji w Szczytnie. Na dodatek chodziło o specyficzną grupę słuchaczy – tych, którzy zaczynali naukę jeszcze za PRL w Szkole Oficerskiej Służby Bezpieczeństwa w Legionowie. Powstał problem: czy dać tym młodym ludziom szansę? Zdecydowaliśmy, że mogą zostać, zmienić profil nauki i szkolić się w Szczytnie na oficerów policji. Właśnie ten rocznik po dwóch miesiącach się zbuntował. Najpierw wygwizdali wizytującego szkołę biskupa, a potem interweniującego wiceministra. Demonstrowali, że nie chcą żadnych reform. A byli przecież uzbrojeni. Stąd, by ich spacyfikować, trzeba było użyć poważniejszych sił. Jak na wielką rewolucję taki bunt to niewiele. Lecz przecież podobna sytuacja mogła zdarzyć się z kadrą wojska, z blisko 20 tys. byłymi funkcjonariuszami SB czy milicjantami. Oni mogli mieć interes w powrocie starych układów. A było to w sumie kilkaset tysięcy wyszkolonych i uzbrojonych ludzi.

To pokazuje choćby śmieszność zarzutów, że wtedy – w 1989 czy 1990 roku – trzeba było radykalnie zdekomunizować państwo. Kłopot w tym, że wtedy to my byliśmy w mniejszości. Owszem: ta mniejszość wykazała większą inicjatywę i sparaliżowała większość. Lecz poza tym nie miała armat.

Krzysztof Kozłowski


opr. ab/ab



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny 8/2587

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: kryzys PRL ekonomia opozycja Solidarność PZPR okrągły stół Komitet Obywatelski
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W