Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Z Mariuszem Wilkiem, korespondentem "Kultury" na Wyspach Sołowieckich, rozmawia Tomasz Fiałkowski

Pejzaż ze śmiercią w tle

TOMASZ FIAŁKOWSKI: - Mariusz Wilk, rocznik 1955, pod koniec lat ’70. współzałożyciel Studenckiego Komitetu Solidarności we Wrocławiu, w sierpniu 1980 w Stoczni Gdańskiej, działacz "Solidarności", redaktor pism związkowych, przez krótki czas rzecznik prasowy Wałęsy, w stanie wojennym więziony, współautor sławnej "Konspiry" - rozmów z przywódcami podziemnej "Solidarności". Przepisałem to z Twojej noty biograficznej. Kilka lat temu w "Kulturze" zaczęły się ukazywać Twoje relacje z Wysp Sołowieckich, teraz wydałeś "Wilczy notes" - książkę o Sołowkach i o Rosji. Co się stało między "Konspirą" a "Notesem"? Skąd Sołowki, skąd w ogóle Rosja?

MARIUSZ WILK: - To był cały zbieg przypadków czy nawet znaków. Pierwszy raz pomysł wyjazdu do Rosji podsunęła mi Masza Parsgen, córka niemieckiego dziennikarza, wieloletniego korespondenta w Rosji. Pracował tam jeszcze przed wojną, potem zamknięto go w łagrze, po śmierci Stalina wrócił do Niemiec, ale nie bardzo mu się tam podobało i znów wyjechał do Moskwy. Masza urodziła się dziesięć lat przed jego śmiercią. Jest tak zakochana w Rosji, że odwiedza ją co najmniej dwa razy w roku. Jak trochę wypije, zakłada rosyjską czapkę wojskową... Kiedy ją poznałem, miała 25 lat i zdążyła już objechać obie Ameryki, ale nadal uważała, że tylko w Rosji żyje się naprawdę. Spotkaliśmy się w Berlinie na parę miesięcy przed zburzeniem Muru. Pisałem stamtąd korespondencje do "Młodej Polski" i nie bardzo chciałem wracać do kraju.

Dlaczego?

Czułem, że domknęła się jakaś klamra. Byłem w Stoczni w sierpniu 1980 i osiem lat później, w maju i we wrześniu 1988. Mogłem porównać pierwszy strajk z ostatnim - tym, z którego wyszedł Okrągły Stół. To były dwa zupełnie różne strajki. W sierpniu wszystkie rozmowy z delegacją rządową były publiczne, cała stocznia słyszała je przez radiowęzeł. W 1988 panowie zakopali się w styropianach, zwykłych robotników nie wpuszczano, w pewnej chwili Wałęsa pojechał nawet do Warszawy. Ja tymczasem zaglądałem też do Stoczni Remontowej, do załóg, i widziałem, że ich nastroje są zupełnie inne niż nastroje negocjatorów. Oni grali już w swoją grę. W tym momencie to przestała być moja sprawa. Wychodziliśmy ze Stoczni różnymi bramami.

Jestem więc w Berlinie i Masza nagle mówi: na tyle, na ile cię już poznałam, najlepiej będziesz się czuł w Rosji, ale jedź tam przez Amerykę. Zrobiłem kwadratowe oczy: rodzice wygnani ze Lwowa przez Armię Czerwoną, potem opozycja - wiadomo, antyrosyjska, i teraz ja do Rosji? Pogadaliśmy, zapomniałem. Pół roku później jestem w Ameryce, na promocji "Konspiry", wygłaszam jakieś odczyty. Profesor Alan Mandelbaum, który mnie zaprosił, pyta, co chcę dalej robić. Opowiadam mu o pomyśle na książkę, miała się nazywać: "Gdańsk, historia otwarta". Biografie kilku gdańszczan: Jurek Borowczak, który rozpoczął strajk w Stoczni, Grabar, Płażyński, Tusk... "Historia otwarta", bo czułem, że ci gdańszczanie będą szli i szli. Nie tylko Wałęsa...

Co do Wałęsy - przytrafiła mi się wtedy śmieszna przygoda. Był wrzesień 1990, zbliżały się wybory prezydenckie w Polsce, Wałęsa chyba jeszcze nawet nie zgłosił swojej kandydatury. Miejscowa gazeta zrobiła ze mną wywiad. Pytają, kto będzie prezydentem. Pozwoliłem sobie na żart: powiedziałem, że jedyny polityk, który się nadaje, to Lech Wałęsa, tylko że jeśli on zostanie prezydentem, to ja poproszę w Ameryce o azyl polityczny. Potem na pierwszej stronie widzę ogromny nagłówek: były rzecznik prasowy Wałęsy poprosi o azyl.

A od Mandelbauma usłyszałem: zmień w ogóle temat. Polska już jest nieaktualna, za parę lat nikt się nią nie będzie interesować. Natomiast jeśli byś się przymierzył do Rosji, masz o czym pisać do końca życia. Przypomniałem sobie wtedy Maszę: drugi trop, drugi sygnał. Decyzję podjąłem w okolicznościach zgoła anegdotycznych. Zimę z 1990/91 spędziłem na Cape Cod, w domu jednego z bostońskich profesorów. Bardzo piękne miejsce, rodzina Kennedych ma tam swoją posiadłość, James Merrill tam żył, Brodski napisał cykl wierszy. Miasteczko, w którym mieszkałem, wykupywane jest przez bogatych ludzi chorych na AIDS, wieczorami chodzą po ulicach, całują się, umierają. Piękny pejzaż - i śmierć w powietrzu, grzech, rozpusta, dekadencja, koniec. Ta dekadencja nie bardzo mi się podobała. Wieczorami zaglądałem do baru, który prowadził Meksykanin, i może dlatego, że piłem wódkę Smirnoff z sokiem pomidorowym, brał mnie za Ruskiego. Dwa, trzy razy próbowałem mu tłumaczyć, potem machnąłem ręką. Któregoś wieczoru wchodzę, a on: "wasze, hurra!" i wódkę mi leje na swój koszt. Co się stało, co za gratulacje? No jak to co? Wasi wzięli Wilno! Miał na myśli zdobycie przez wojska OMON-u wileńskiej wieży telewizyjnej...

 

Trzy rosje

Jak już tę wódkę wypiłem, to do mnie doszło, że Imperium się rozpada, i jeśli to oglądać - to od początku. Półtora miesiąca później byłem w Moskwie, z akredytacją "Gazety Gdańskiej", obserwowałem referendum na temat przyszłości Sowieckiego Sojuza. Trafiłem na porę moskiewskich mityngów. Prosto ze spokojnego Bostonu w środek miasta, gdzie się czuje rewolucję; pokojową, ale widać, że to kolejna rewolucja rosyjska. Miałem porównanie: oglądałem strajk w Stoczni, zadymy za stanu wojennego w Gdańsku czy Wrocławiu, potem rozpad Muru, i jeszcze w Cambridge protesty przeciwko wojnie z Irakiem. Wszystkie te demonstracje w porównaniu z rosyjskimi były małe; na Plac Maneżny w Moskwie wyszło pół miliona ludzi! Morze, nie widać horyzontu, czuje się, że to inna skala. Demonstracje szybko przeszły w pucz; pamiętam, jak na balkonie Białego Domu stali Jelcyn, Ruckoj, Szewardnadze i Chasbułatow, i razem pozdrawiali ludzi. Później zrobiło się mniej ciekawie - no, jeszcze rozwalanie pomników, przy radosnym śpiewie, euforia, którą można porównać do naszego Sierpnia 80., ale potem znowu polityka, znowu błoto...

Polityczne rozgrywki w Moskwie mnie nie interesowały, moja gazeta zbankrutowała, miałem do wyboru: wracać do Polski albo działać na własną rękę. Zostałem. Relacje cenowe były inne niż dzisiaj, z Ameryki przywiozłem trochę dolarów, które okazały się majątkiem, za samolotowy bilet do Ałma Aty - cztery tysiące kilometrów! - zapłaciłem 3 dolary. Czułem się swobodnie, chociaż to może dziwne w kraju Gułagu. Wtedy jednak właśnie pękły wszystkie ograniczenia, których przedtem było nie wiadomo ile.

Moja Rosja to jakby trzy obszary. Najpierw ludzie: poznawałem ich mnóstwo, poczynając na przykład od robotników z Petersburga, którzy wiedzieli, że jestem z "Solidarności", więc zaprowadzili mnie na strajk pracowników metra, po bohaterów "Opowiadań kołymskich" Szałamowa. Przychodzę do czyjegoś mieszkania przez kogoś tam zaprotegowany, i od razu siedzenie w kuchni do białego rana, rozmowa po duszam, z wódką, ze wszystkim co w lodówce, chociaż nic tam prawie nie ma i gospodarze są biedni. Drugi obszar to przestrzeń: uświadomiłem sobie, że za parę dolarów mogę jeździć wszędzie, w różne strefy cywilizacyjne, bo to i prawosławie, i islam, i buddyzm, i szamanizm północny, Buchara, Samarkanda.

Znałeś dobrze rosyjski?

Na początku słabo, ale założyłem sobie, że przez pół roku nie przeczytam żadnej polskiej książki ani gazety. Z Veroniką rozmawialiśmy na co dzień po rosyjsku, nie miałem kontaktów z Polakami, wszedłem w język od razu na sto procent. Trochę pomogły studia; na filologii polskiej mieliśmy staro-cerkiewno-słowiański, on mi otwarł drogę do dawnej ruszczyzny. Przez język dochodzimy do literatury, trzeciego z ważnych dla mnie obszarów. Zwłaszcza literatura przed Karamzinem czy Dzierżawinem, u nas prawie nieznana, jest wielką moją fascynacją. Piśmiennictwo staroruskie od XI do XVIII wieku, ogromne i wspaniałe, kształtujące ducha rosyjskiego, to zresztą przede wszystkim dokument: latopisy, żywoty, dzienniki podróży.

Kiedy sobie uświadomiłem, że ci ludzie są tacy otwarci, kraj taki ogromny, a literatura taka wielka i głęboka, zrozumiałem, że to jest rzeczywiście zadanie na całe życie. A że jestem maksymalistą i lubię sobie wyznaczać długie cele, więc pomyślałem: czemu by nie?

A co z obrazem Rosji, który z sobą przywiozłeś?

Niedawno wyszedł w Archangielsku wybór tekstów kilku korespondentów amerykańskich, którzy w Rosji byli od rewolucji lutowej do październikowej, nazywa się to "Do Johna Reeda". Pierwszy z nich przyjeżdża jak raz na początku rewolucji lutowej i nic nie rozumie. Nie chodzi nawet o język; wydaje mu się, że wszyscy są pijani, każdy ma strzelbę, ktokolwiek może ci odebrać życie. Po kilku dniach spotyka Francuza, który siedzi w Rosji kupę lat, i prosi: poradź mi, jak to w ogóle ugryźć? A ten, już dobrze podcięty: Słuchaj, w Rosji trzeba żyć 10 lat, żeby cokolwiek zrozumieć. Tylko że po 10 latach już się nie chce o tym opowiadać, bo nikt tego nie pojmie.

 

Odwiedziny w łagrze

Jak się zaczęły Twoje podróże?

Od małych tras: Tallin, Pribałtyka, Leningrad, Szlisselburg, pierwsze białe noce. Potem na przykład półwysep Jamał za kręgiem polarnym; dwa dni mieszkaliśmy u Nieńców w czumach, to taki rodzaj wigwamu ze skóry. Charków - byłem przy ekshumacji polskich grobów. Kazachstan - szukałem tam śladów Wata, czy może raczej odczuć z nim związanych, a trafiłem na przemytników anaszy; jak się dowiedzieli, że siedziałem w pudle, uznali, że jestem swój.

Potem była przygoda z Jercewem, gdzie siedział Herling-Grudziński. Zaczęła się w styczniu 1992 i właściwie trwa do dzisiaj, bo przez Jercewo i "Inny świat" trafiłem do "Kultury". Jechaliśmy do Wołogdy na tzw. Cztienia Szałamowowskie w kolejną rocznicę śmierci autora "Opowiadań kołymskich"; tkwiłem już wtedy głęboko w Szałamowie i spadkobierczyni jego praw zaprosiła mnie jako jednego z referentów. Następna stacja za Wołogdą to właśnie Jercewo. Miałem nadzieję, że znajdę choć kawałek drutu kolczastego, może kogoś, kto pamięta obóz - i tyle. A tu się okazuje, że łagier jak był, tak jest. Las, maleńki posiołek i dokoła zony; jak jedziesz w nocy, łuna świateł wygląda jak wielkie miasto, dopiero w dzień widać, że to labirynt z drutu kolczastego i desek.

Jercewo to posiołek zamknięty, ale jest, owszem, maleńki hotelik dla konwojów, które przywożą zeka, czyli więźniów. Idziemy do hoteliku cali zakutani, żeby nikt nie poznał, że jesteśmy obcy; zima, 35 stopni, można się było tak zapatulić. Veronika podaje recepcjonistce swój rosyjski paszport i moją akredytację korespondenta "Gazety Gdańskiej", ważną dwa lata. Babka z wrażenia zameldowała nas jako dwie kobiety... Czuję, że rano mogą nas z hukiem wyrzucić, ruszamy więc obejrzeć zonę. Wrażenie upiorne: z obu stron ściany z desek, górą kilka rzędów drutu, wyszki, na nich goście z karabinami, a między ścianami patrole z psami i my.

Nazajutrz trafiamy do naczelnika. Ważny szczegół: znaleźliśmy się w Jercewie 19 stycznia 1992, akurat w moje urodziny i dokładnie w 50 lat od dnia, w którym Herling wyszedł z łagru. "Memoriał" wywalczył już, że akta po pół wieku mogą być odtajnione. Siada naczalstwo, wystrój pokoju niezwykły: Dzierżyński, czerwone sukno na stole, po prostu CzeKa. Mówię im, że jestem korespondentem z Polski, a tu siedział wielki polski pisarz i chciałbym zobaczyć po pierwsze jego papkę (teczkę), a po drugie parę miejsc opisanych w książce. Odpowiadają, że nie wszędzie się da dojechać, bo na przykład Aleksiejewka dawno zlikwidowana, ale gazik zaraz będzie i gdzie można - pojedziemy. Licznoje dieło? Nie ma problemu. Mija kwadrans - i mam w rękach akta sprawy Herlinga.

Co za porządek...

Fenomenalny! To mnie tak rozbestwiło, że poprosiłem, żeby mi te akta przefotografowali, a sam pojechałem na zonę. Tymczasem naczelnik zadzwonił do Moskwy, gdzie mu powiedziano, że ma mnie natychmiast wyrzucić, bo bez razrieszenja generała Striełkowa, zwierzchnika leśnych łagrów, niczego nie mogę oglądać. Wracamy do Moskwy i chodzimy od Annasza do Kajfasza, żeby to razrieszenje zdobyć. W końcu docieram do Striełkowa - uprzedzony przez naszych dyplomatów, zaprasza mnie do siebie, akta już tam są. Fotografował je wnuk Borysa Pasternaka. Dostałem też zgodę na dwie wizyty w Jercewie, żeby nakręcić film: najpierw na wstępną lustrację, potem na wjazd z ekipą.

Jedziemy więc już oficjalnie: gazik czeka na stacji, potem zwiedzamy wszystko, nawet karcer, choć tam nas nie chcieli wpuścić. Na drugi dzień wsiadamy z pułkownikiem Kuzienkowem na drezynę. Stół zastawiony smakołykami, wódka, nas troje i zeka, który drezynę prowadzi. Jak we śnie - dookoła las, popijamy wódkę, a pułkownik objaśnia: tu srogij reżim, tu żenskaja zona, a tu zona raboczaja. Produkcja - od mebli po gotowe domki składane z części. Pytam, jak sobie teraz dadzą radę, przecież państwo się rozsypuje. A on: no, chyba przyjdzie zonę prywatyzować. Coś w rodzaju prywatnego niewolnictwa! Dosyć mnie to zbulwersowało, ale potem przeczytałem "Sachalin" Czechowa i dowiedziałem się, że już za cara pewna spółka z Petersburga miała umowę z katorgą w sprawie dostarczania bezpłatnych robotników do kopalni. Nic nowego, wraca stare.

Wtedy też zaczęła się moja przygoda miłosna z rosyjskimi domami na Północy. To są niezwykłe domy: wielkie, drewniane, z bali, z ogromną ruską pieczką, która jest ich duszą. Z głupia frant zapytałem Kuzienkowa, czy w pobliżu nie ma domu do kupienia. Owszem, niedaleko jest kołchoz Siewiernyj, jedenaście wsi, na pewno coś się znajdzie. Jedziemy do jednej z tych wsi, Tajwengi - prawie wszystkie domy można kupić, bo mieszkańcy wymierają, trzy wsie już całkiem bezludne. Dom i przewiezienie go w inne miejsce, nad jezioro, kosztuje mnie tyle co dwie skrzynki wódki. Doczekaliśmy jeszcze obmycia pierwszego wieńca, żeby się dom nie zwalił - i pojechałem na wojnę do Abchazji.

Jechałem przez Czeczenię, chciałem się zabrać z ochotnikami czeczeńskimi, którzy mieli pomóc Abchazom, ale ci ochotnicy bardzo długo się zbierali, wiecowali - machnąłem na nich ręką i pojechałem na wojnę autostopem. Gruzińską Wojenną Drogą, przez cały Kaukaz; po drodze była jeszcze jedna linia frontu, w Osetii. Wylądowałem w Tbilisi, stamtąd psim swędem udało mi się polecieć samolotem z gruzińskimi najemnikami. Chodziłem po pustej plaży w Suchumi, a nade mną latały pociski, bo za rzeką Gumista były już oddziały abchaskie. Napatrzyłem się tam na różne obrzydliwości, złe emocje, śmierć. Ale to osobna historia - opowiedziałem ją po rosyjsku w "Białej księdze Abchazji".

 

Rejs na Sołowki

Znad Morza Czarnego dość daleko nad Białe...

Ale też tu się moja historia przełamuje. Po powrocie z Tbilisi do Moskwy mówię do Veroniki: Mam dosyć Południa i w ogóle wojennych emocji, pojedziemy nad Białe Morze, jeszcze tam nie byliśmy. Punktem zaczepienia był znajomy w Archangielsku, a z Archangielska popłynęliśmy ostatnim rejsem na Sołowki. Był koniec września 1992.

Miałem wtedy poczucie, że Rosja, którą dotąd widziałem, nie układa mi się w żadną całość. Każdy element był inny, nie tworzyły obrazu. Na Sołowki przyjechaliśmy na dwa dni jako turyści. Wiedziałem o nich tyle co z Sołżenicyna - że był tam słynny klasztor, a potem słynny łagier. Poraziły mnie od pierwszego momentu połączeniem śmierci i piękna. Był schyłek babiego lata, na północy szczególnie wspaniały; wszystko się złoci, dominuje tam brzoza, na jesieni niemal przezroczysta. Powietrze kryształowe i wszędzie woda, która powiela i odbija światło: dookoła morze, a na głównej wyspie sześćset jezior. Mgiełki się snują, dzwonią dzwony. Niezwykłe piękno, ale ze śmiercią w tle: świadomość tego, że to były łagry, ale i jesień po prostu. Przecież te liście zaraz opadną! Sołowiecka poetka, Julia Matonin, która się zresztą powiesiła, napisała piękny wiersz o tym, że liście na starość schodzą z uma, wariują. Dostają nową kolorową szatę, zrywają się myśląc, że lecą na bal - a to jest umieranie. Niemirowicz-Danczenko, który mieszkał tutaj przed powstaniem łagru, napisał, że Sołowki przypominają kunsztownie cyzelowane wrota do grobowca. A zaranie ich historii - jakieś drugie tysiąclecie przed naszą erą - to Saamowie, którzy grzebali na wyspach szamanów i budowali kamienne labirynty, żeby dusza szamana nie mogła z nich wyjść i powrócić do żywych. To połączenie wciąż powraca.

Pejzaż i atmosfera Sołowek tak nas zafascynowały, że zamiast dwóch dni zostaliśmy od razu trzy tygodnie. Chodziłem po wyspie kilometrami i zastanawiałem się, co dalej robić. Dotąd wciąż gdzieś goniłem, działałem, podróżowałem, nie miałem chwili czasu na refleksję, na przyjrzenie się sobie z boku: dokąd biegniesz, Wilku? Odpowiedź przyszła sama: zostajemy. Skoczyliśmy tylko do Moskwy zabrać kota, parę książek - i z powrotem na Sołowki.

Po pierwszej zimie tutaj spędzonej pojąłem, że Sołowki to zwierciadło, w którym odbija się obraz całej Rosji, zarówno w planie historycznym, jak i współczesnym. Aleksandr Wasiliewicz, który w książce występuje jako Wasylicz, mawia, że aby poczuć smak morza, wystarczy wypić jeden łyk. Sołowki to taki łyk Rosji, który daje pojęcie o smaku całości.

Skąd się wzięli ich obecni mieszkańcy?

Ujmując rzecz jednym zdaniem: Sołowki to swałka ludiej, wysypisko ludzi. Oni czują się wyrzuceni albo sami się usunęli na margines, outsiderzy różnego typu. Florenski, wnuk Pawła, teologa, naukowca i więźnia sołowieckiego łagru, z profesji geolog, twierdzi zresztą, że sama Wielka Sołowiecka jest śmieciem na Białym Morzu, naniesionym przez lodowiec. Inne wyspy to granitowe skały, które sterczą z dna, a Sołowki - piasek przerośnięty drzewami i usiany ogromnymi kamieniami, wałunami. Florenski zrobił z tego całą filozofię.

Po likwidacji łagru w 1939 roku ludzie przybywali tu kilkoma falami. Pierwsza nadciągnęła z wojskiem, które osadzono wtedy na Wyspach: jacyś cywile, kobiety, które żołnierzom gotowały, potem się z nimi żeniły, rodziły dzieci. Druga przyszła wraz z przeniesieniem z wyspy Żyżgin, spoza Archipelagu, fabryki agar-agaru produkowanego z wodorostów. Trzecia fala związana była z otwarciem w 1967 roku muzeum na wyspie. Muzeum zajmuje się głównie odbudową monastyru; syzyfowy trud, bo przy nakładach, którymi dysponuje, rozpad idzie szybciej niż odbudowa. Poza tym - przyrodą, historią, archeologią...

Kamienne labirynty Saamów, o których wspomniałeś?

Właśnie. Ludzie, którzy pracują w muzeum, to z reguły fachowcy niezbyt dużej klasy, ale zakochani w Sołowkach i w sołowieckich tematach nieźli. Lubią to, literaturę badają, sami coś zbierają, obrazy kupują od malarzy. Jest w rosyjskim słowo "osołowiet’", które normalnie znaczy tyle co "być osowiałym", smętnym i śpiącym. Natomiast na Archipelagu ono przybrało lokalne znaczenie: o człowieku, który zwariował na punkcie Sołowek, mówi się, że "osołowieł".

Czwarta fala przybyszów łączy się z pierestrojką. Wymyślono wtedy jakieś absurdalne inwestycje: oczyszczalnię ścieków na sto tysięcy ludzi, piekarnię też na sto tysięcy - a Sołowki liczą tysiąc. Przywieziono najpierw robotników. Bardzo często byli to np. faceci, których firmy budowlane wykupywały od milicji. W Rosji obowiązuje paragraf, zgodnie z którym za picie w pracy można gościa wyrzucić z pracy, a nawet posadzić. Ale to nie jest jakieś wielkie przestępstwo. Firma szukająca budowlańców wykupuje takiego człowieka od milicji za łapówkę - tak jakby wychodził przedterminowo czy miał skróconą karę. Wychodzi i pracuje jako rab. Tacy właśnie alkoholicy tu przyjeżdżali; a jak ktoś już miał problemy z piciem, to na Sołowkach mógł rozwinąć umiejętności. Żadni fachowcy, więc np. pierwsze domy zbudowali w ogóle bez fundamentów, w zimie ciągną z ziemi wilgoć, pustaki nasiąkły wodą, cieknie po ścianach. Dziś to są takie sołowieckie slumsy.

Potem pierestrojka wyhamowała, skończyły się pieniądze, motywacja. Piekarnię podciągnięto pod gzyms, ale sufitu nie ma. Teraz zaczęto wszystko prywatyzować - czyli prichwatyzować. Każdy po prostu rozbiera co może, w zależności od szczebla. Szef całej firmy tak ją prywatyzuje, że dostał już białej gorączki od alkoholu i musi się leczyć. Sprzedaje wszystko. A ci mniejsi idą za nim: ktoś traktor sprzedał, ktoś młot, ktoś spycharkę rozebrał na części. Wszystko rozkradzione, zdezelowane, zostają tylko ludzie, bomże: spici, nigdzie nie pracują, wyłudzają pieniądze. Łowią ryby i to jest ich główne pożywienie. Ryba jest wszędzie, więc nie umrą z głodu. Zjadają też psy, koty; to już trzecia zima, kiedy giną psy i koty.

I wreszcie ostatnia, piąta fala, rok 1991, kiedy razem z mnichami na Wyspy wróciło życie obszcziny prawosławnej. Przyjeżdżają pielgrzymi, trudnicy, czyli ci, którzy ślubowali rok tam pracować na chwałę Bożą. Ściągają różni nawiedzeńcy, którzy chcą zostać mnichami, ale po miesiącu nie wytrzymują klasztornego reżimu - jeden nie może bez papierosów, drugi bez wódki, trzeci bez dziwek - i odchodzą. Potem zostają w posiołku, trochę jak jurodiwi, chociaż ja uważam, że lepszym słowem jest osłusznik. Posłusznik to kandydat na mnicha, ten, który się słucha, a osłusznik to taki, co nie posłuchał, zbuntowany. Piją mrocznie, czasem samobójstwa popełniają, albo dziewczyny ciągną do grobu. Bo to są często goście na jakimś poziomie, poeci, niespokojne duchy, imponują prostym sołowieckim dziewczynom.

A już nie jako fala, tylko jako odinoczki, przyjeżdżają różni wariaci jak ja.

Jak przebiegała wasza adaptacja na Archipelagu?

Po pierwsze mieliśmy od razu dobry kontakt z kręgiem sołowieckiej bohemy - przez przyjaźń z Mielnicą, jedną z bohaterek mojej książki. To była poetka, dziennikarka, redagowała gazetę "Sołowieckij Wiestnik", równa baba, i do wypicia, i do pogadania, i do poczytania wierszy, szybko się zaprzyjaźniliśmy. I ona właśnie nas nakłoniła, żebyśmy zostali. Załatwiła nam mieszkanie i drewno na opał, bo zima się zbliżała. Zamieszkaliśmy w tak zwanej Biostancji zbudowanej u schyłku zeszłego wieku przez petersburski uniwersytet - pierwszej naukowej stacji nad Białym Morzem. Dom drewniany, piękny, przestronny, dwupiętrowy, stropy wysokie, duże okna. Naukowcy mieli tam laboratoria, akwarium, potem pokłócili się z przełożonym klasztoru, i on ich wyrzucił. Nie tylko wyrzucił, ale jeszcze zamówił obraz przedstawiający sąd ostateczny: potępieńcy, którzy spadają do piekła, mają twarze petersburskich profesorów.

Zemsta sięgająca poza śmierć...

W zaświaty! Mieszkanie w Biostancji bezpłatne, więc dla nas wręcz idealne, bo już ceny się zmieniają, a ja nie mam pieniędzy. Pierwszą zimę tam przetrwaliśmy. Pytasz o nasz status? Byliśmy tam cudzoziemcami, długo w ogóle nie kojarzono, że Veronika jest Rosjanką, a nie jakąś inostranką. Do mnie natychmiast przylgnęło określenie "Poliak", albo inostraniec, bo niektóre babki nie kojarzyły, co to Polska. Ten status pozostał do dzisiaj; zmienił się o tyle, że ludzie tamtejsi początkowo zastanawiali się, po cośmy tam przyjechali. Obserwowali nas ze dwa lata, ale jak przeżyliśmy z nimi drugą zimę, zaakceptowali nas jako swoich, sołowieckich. Nie ruskich, a sołowieckich.

Zresztą zima zimą, ale potem przychodzi lato, i patrzą na przykład, co robimy w ogrodzie. Sadzę kartoszkę tak jak i oni, znaczy - swój człowiek. Potem nauczyli mnie stawiać sieci pod wodą - to też ważna sprawa. Teraz mamy tam przyjaciół: Wasilicz i jego żona; Brat - pół mnich, nie mnich, ale nie osłusznik. Wasilij, z którym szedłem na Kanin Nos - zupełnie błatnyj chłopak, dwa lata ode mnie młodszy, który przy Veronice się wstydzi, więc mówi poprawną ruszczyzną, ale przy mnie tylko matem; na pięć słów może jedno ruskie. To nie znaczy, że akurat ma zły humor - on tak w ogóle mówi. Całe życie związany z wodą, z lasem; od dziecka łowił z ojcem ryby i uczył się szyć łodzie. Niespokojna dusza, więc pomyślał sobie: a dlaczego by na tej łódce nie postawić żagla. Sam buduje jachty, zaczynając od wybierania w lesie drzewa na kadłub i maszty, a kończąc na spawaniu kotwicy.

 

Stakan i kartoszka

Twoje teksty w "Kulturze" i zwłaszcza książka to wyraźna konstrukcja literacka, naładowana odniesieniami do duchowości rosyjskiej, podbudowana wiedzą historyczną; w niej umieszczasz wątki dziejące się współcześnie.

Pierwsze dwa lata na Sołowkach nic nie pisałem; to znaczy pisałem dużo, ale tylko notatki, fragmenty tłumaczeń, myśli z Ojców Pustyni i tak dalej. Uzmysłowiłem sobie od razu, że na tej ziemi stykają się dwie kultury. Jedna, kultura sołowieckich mnichów, sięga IV wieku po Chrystusie i Egiptu; druga, kultura północy, ludzi północy, rybaków, prowadzi wstecz aż do Saamów, a potem już ewoluuje w historię Rosji na tych terenach. Te dwie tradycje spotkały się w momencie, kiedy pierwszy mnich, czyli Sawwatij, przyszedł w 1439 roku na Wyspę, odtąd dziwnie się przeplatają. Aby uchwycić to, co się dzieje teraz, na przykład w monastyrze, trzeba wiedzieć, do czego mnisi się odwołują, co czytają. A czytają dużo i na różnym poziomie. Od Ewagriusza z Pontu i Antoniego Wielkiego po XIX wiek. Ja w to nigdy wcześniej nie wchodziłem, więc musiałem wykonać sporą pracę, włącznie z przypominaniem sobie staro-cerkiewno-słowiańskiego, żeby móc czytać w oryginale literaturę staroruską. Mówisz, że piszę o Sołowkach z perspektywy historycznej; ja bym powiedział, że przede wszystkim filologicznej.

Wejście w głąb języka i kultury to jest rodzaj medytacji. Przez dwa lata nic innego nie robiłem. No, oczywiście czytałem Maksimowa "Rok na północy" i rozmaite inne rzeczy, właściwie wszystko, co napisano o Sołowkach. Żeby Rosję spróbować pojąć, trzeba nauczyć się myśleć po rosyjsku. Jeśli w dodatku tam żyjesz i to żyjesz jak Rosjanie, możesz wtedy konfrontować filologię z życiem, obserwować, jak słowa znaczą w codziennym doświadczeniu. I wtedy jesteś już gotowy do podjęcia próby opisu. A i tak pozostaje szereg problemów czysto warsztatowych. Bo tę rzeczywistość, którą zrozumiałem i pojąłem po rosyjsku, muszę teraz przełożyć na polski. Podwójnie przełożyć: i na język, i na system naszych pojęć.

Dlatego w niektórych przypadkach posiłkuję się słowami rosyjskimi - nie ma sensu ich tłumaczyć. Na przykład kartoszka: jeśli zrobię z niej ziemniaka albo kartofel, to od razu wywołam nasze współczesne polskie skojarzenia - że trzeba tego mało jeść, bo się grubnie, itd. Ot, dodatek do mięsa o coraz mniejszym znaczeniu - a na Sołowkach to prawie święta roślina, całe pokolenia nią żyją, główne danie na zimowy wieczór z gośćmi to jest gotowana kartoszka.

Albo stakan i szklanka. Opisuję na przykład cmentarz: wszędzie mogiły, a na mogiłach stakany. Jak zrobię z nich szklanki, to Polak, przywykły, że ze szklanki pije się herbatę, nic nie zrozumie. Jeśli natomiast zostawiam słowo rosyjskie i w glosariuszu tłumaczę, że to miara wódki, którą wypija się jednym haustem - rzecz robi się jednoznaczna. Takich kluczowych słów jest masa. Glosariusz przygotowywałem w pośpiechu, bo wpadłem na jego pomysł na miesiąc przed wydaniem książki, a mógłby być dwa razy grubszy niż ona.

Kiedy zacząłem się zastanawiać, jak zapisać moje doświadczenie, uświadomiłem sobie, że będę uprawiać gatunek znany w Rosji jako skazania inostrancow o Rossiji. Zaczyna się to w XIV wieku od łacińskich traktatów pisanych przez ludzi, którzy nigdy w Rosji nie byli, a potem jest długa lista: posłowie królewscy, Anglicy, którzy przyszli od północy na łodziach i tak dalej. Herling, Wat, Weissberg-Cybulski też tu należą, i w ogóle cała polska biblioteka świadectw syberyjskich, łagrowych i wcześniejszych: Dybowski, Sieroszewski. Czytałem to wszystko już z myślą, że będę próbował tej tradycji trochę dokopać. Co mógł zobaczyć poseł? Taki Ciosek na przykład nie ma pojęcia, co się dzieje w Rosji, niedawno jeszcze opowiadał w jakimś wywiadzie, że jest spokojnie... De Custine zauważył, że w Rosji powinno się żyć dwa lata, żeby coś pojąć, a sam był niecałe trzy miesiące i napisał cztery tomy. Fakt, dużo tam intuicji, dużo obserwacji, zwłaszcza z północy, ale i dużo schematów, klisz przejętych od poprzedników; każdy przecież ich czyta. Po kilku latach w Rosji wiesz, w którym miejscu facet rzeczywiście coś widział, a w którym powiela klisze. To jest też odbicie klisz, jakie Europa ma na temat Rosji.

Tropa

Jesteś już dwa lata na Sołowkach, przymierzasz się do pisania. Jak nawiązałeś kontakt z Jerzym Giedroyciem?

Tutaj wracamy do wizyty w Jercewie i do filmu, który planowałem. Niestety pewien znajomy reżyser z Warszawy, z którym mieliśmy pracować, zwyczajnie ukradł mi Jercewo. Napisał tylko, że sam kręci, a jak chcę - mogę mu pomóc. Skopał zresztą temat, bo nie miał tych wejść co ja, więc nie sfilmował zony, a robić film o Jercewie nie pokazując, jak tam jest w środku dzisiaj, nie ma sensu. Zdarzenie miało jednak skutek pozytywny: tak mnie wkurzyło, że postanowiłem napisać do Herlinga list. Nie żeby się skarżyć, ale żeby mu opisać Jercewo, jak je zobaczyłem. Z takim podtekstem, że jak autor filmu go odwiedzi, to on już będzie wiedział, kto był w Jercewie wcześniej. I potem znów pojechałem do Abchazji - tym razem od strony abchaskiej, zaproszony jako współautor "Białej księgi". Abchazi świętowali rocznicę zwycięstwa nad Gruzinami, najpierw żałobne płacze nad poległymi, bardzo południowe, potem balanga na stadionie, wyścigi konne, picie alkoholu do rana. Kiedy wróciłem na Sołowki, znalazłem odpowiedź Herlinga poruszonego moim listem, obiecywał, że go włączy w "Dziennik pisany nocą", i zrobi z niego drugi epilog do "Innego świata". Prosił też, żebym jego fotokopie jego akt przekazał "Karcie".

W grudniu 1994 czy może w styczniu 95 dostaję "Kulturę" z moim listem do Herlinga przedrukowanym w jego "Dzienniku" i zaraz przychodzi szereg propozycji: Małgorzata Szejnert z "Wyborczej", Michał Okoński z "Tygodnika", po nich inni, telewizja chce kręcić. Trochę się przeląkłem, postanowiłem nikomu nie odpowiadać. Bo odstałem od kraju i nie chciałem się wpuścić w jakiś kanał, w jakąś jednoznaczną identyfikację. Wiedziałem, że gazety się upolityczniły, każda ma swoją opcję, swoją klientelę, i nawet najbliższa mi też mnie zamknie w getcie.

Siedzę więc sobie na tych listach, bez pieniędzy, bo nam ostatnie pieniądze jak raz w banku przepadły, ale mamy już dom, kupiony pierwszego lata na Sołowkach, kiedy Veronika sprzedała swoje mieszkanie w Moskwie. Kupiliśmy też na szczęście jesienią cztery beczki benzyny i przez całą zimę sprzedawaliśmy ją na litry, zamieniając na chleb. Wiedziałem, że za propozycjami kryją się jakieś honoraria, więc pokusa silna była, ale postanowiłem odłożyć decyzję o miesiąc - i wtedy przyszedł list od redaktora Giedroycia. Od razu wiedziałem, że to jest to, o co mi chodzi. Pismo poza polskimi sporami, profil od początku jednoznaczny, no i jedyna chyba firma z mądrą, głęboko przemyślaną i dalekowzroczną polityką wschodnią; tutaj zgadzam się z Redaktorem w stu procentach.

Szybko odpowiedziałem - tekstem, który miał być pierwszym listem z Sołowek. Pierwsza próba formy, ważna, bo przecież nie widzisz tego, z kim rozmawiasz. Potem już zaczęły się listy nawet z Południowej Afryki, a Redaktor od czasu do czasu podbudowywał mnie jednozdaniowymi wykrzyknikami, że dobrze. Pisałem i pisałem, i szukałem cały czas klucza do całości. Już nie do całości Sołowek, ale do całości książki, bo od razu wiedziałem, że z tekstów, które idą w "Kulturze", zmontuję książkę. W zeszłym roku pojechałem do Paryża zapytać, czy jest sens już się do tego przymierzać i Jerzy Giedroyc powiedział, że tak. Uzupełniałem, dodawałem, w ostatniej chwili wpadłem na pomysł glosariusza, który jest taką filologiczną zabawą. Zrobiłem w sumie książkę otwartą: to jest całość, ale można w nią wstawiać nowe klocki. Nawet wiem, jakie. To będą jeszcze dwa kawałki, może trzeci. Wracamy na Sołowki jesienią, jeszcze na jedną zimę i lato, żeby zamknąć "Wilczy notes I" - a potem się zacznie "Wilczy notes II".

Chciałbym, żeby to była Syberia. Cała Syberia. Wiem, że to wariactwo, i że jak nie znajdę bogatego wujka, to nic z tego nie wyjdzie, ale już mi różni ludzie obiecali pomoc. To nie tylko inna skala niż Sołowki, to jest w ogóle inny pomysł, bo Sołowki przy całej swojej otwartości ułożyły mi się w formę zamkniętą; wyspa ją narzuciła. A Syberia to ogromny placek, którego nie ugryziesz w żaden sposób; jedyna szansa, żeby opisać Syberię, to jest pójść tropą. Stąd "Wilczy notes" jako tytuł lepiej się nawet nadaje dla drugiej części, bo tropa oznacza wilcze ślady.... A jak ta tropa się ułoży, to już będzie zależało od pieniędzy, od kontaktów, od znajomości. Tam cię podają z ręki do ręki, ze wsi do wsi, w ogóle tego nie planujesz. Ile lat? Może cztery, a może osiem. Dalej będę robił dla "Kultury" takie fragmenty, kawałki. A kiedy całość się zamknie - zobaczymy. To nie musi być zamknięte.

I mimo kryzysu wracacie do Rosji?

Kryzys mnie w ogóle nie zaskoczył, wiadomo było od dawna, że do niego zmierzamy, więcej - on już trwał od jakiegoś czasu. Prichwatyzacja, jak Rosjanie nazywają prywatyzację, czyli zwykła grabież, anarchia, atrofia struktur państwa, alkoholizm, narkomania. Samorząd? Jak może działać samorząd bez budżetu? Obserwowałem to na Wyspach, które są najmniejszym w Rosji regionem. Zachód miał zwykle kompletnie fałszywy obraz tego, co się w Rosji dzieje. Zwróć uwagę, gdzie się spotykali zachodni ekonomiści i politycy z Rosjanami: w Davos, w Kanadzie, nigdy w Norylsku czy Workucie, żeby choć zobaczyć, jak ten przemysł naprawdę wygląda.

Jak to się wszystko skończy, oczywiście nie wiem. Tam się wciąż coś dzieje, choćby w kulturze, w sztuce, to nie jest tak, że tylko kanał. Tam się wyzwalają jakieś niezwykłe energie. Może to przecięcie Azji z Europą? Wydawało się, że po Stalinie Rosja się już nie podniesie - a jednak... Ten kryzys zresztą to dopiero początek, myślę o całym euroazjatyckim dziwolągu, bo rozpad imperium to także rozpad republik islamskich.

Nie wiem, co by się musiało stać, żebym teraz z Rosji wyjechał. Dla mnie to w tej chwili najciekawsze miejsce na ziemi, właśnie przez to, że coś się tu rozpada, coś się rodzi. Poza tym wbrew pozorom ja się na Sołowkach czuję bezpiecznie, bezpieczniej niż na warszawskiej ulicy: wszystkich znam i mnie wszyscy znają. Nie tylko na Sołowkach: podróżowałem po Półwyspie Kolskim, trochę na piechotę, trochę autostopem, trochę pociągami - żadnej agresji, żadnego chamstwa, na odwrót, wielka gościnność, zaopiekują się tobą, nakarmią, napoją. Moskwa drapieżnieje, wszyscy się śpieszą, ale do głubinki ten rytm nie dojdzie. Na Północy żartują, że do nich w ogóle nic nie doszło, bo za daleko: ani Mongołowie, ani Tatarzy, ani kriepostne prawo - tam nie było nigdy pańszczyzny! Nawet sowietyzm ich nie zniszczył. Na Syberii też masz gminy staroobrzędowców, którzy żyją tak jak żyli 100 lat temu.

Zawsze się będzie gdzie schować przed cywilizacją. Ja jestem raczej tradycjonalistą i bardziej mnie ciągnie w stronę książki ręką pisanej niż jakichś internetów, wolę rozmowę od telewizora. No i to cudowne pojęcie swobody! W Europie masz wolność do czegoś: jestem wolny, więc mogę zbudować dom. A w Rosji wolność oznacza swobodę, łączy się z przestrzenią: odejdę, bo jestem wolny. Nie my home is my castle, nie twierdza, tylko tropa, własna tropa, którą mogę pójść.

Kraków-Kiry, wrzesień 1998

"Wilczy notes" Mariusza Wilka ukazuje się właśnie w gdańskiej oficynie "słowo / obraz terytoria"; jego promocja odbędzie się 18 września podczas 9. Krajowych Targów Książki, w warszawskim Instytucie Goethego.

Autorem fotografii z Wysp Sołowieckich, ilustrujących książkę, a także powyższą rozmowę, jest TOMASZ KIZNY (ur. 1958), w latach 80. współtwórca Niezależnej Agencji Fotograficznej "Dementi" związanej z "drugim obiegiem", obecnie współpracownik Ośrodka "Karta" i Magazynu "Gazety Wyborczej". Od 1986 realizował autorski projekt fotograficzny "Obraz Systemu", w oparciu o fotografie archiwalne obrazujące represje w ZSRR oraz prowadzoną przez siebie dokumentację współczesnych pozostałości "cywilizacji obozowej". Jego prace pokazywane były m. in. na autorskich wystawach: "Martwa Droga", "Planeta Kołyma", "Ocaleni z Gułagu", "Czas Imperium".



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: kultura Rosja Jerzy Giedroyc Lech Wałęsa Mariusz Wilk Konspira Stalin wybory prezydenckie Moskwa Tbilisi Archangielsk Sołowki
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W