Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

"Tygodnik Powszechny" nr 19/2010


ŁUKASZ KAMIŃSKI

Wyzwolenie czy nowa okupacja?



Polska historiografia nie znalazła jeszcze języka, w jakim można by opisać skomplikowaną polską rzeczywistość roku 1945. Niewielkim pocieszeniem jest fakt, że podobny problem mieli współcześni.


Rozważania nad interpretacją nowej sytuacji, w której znalazła się Polska, wypadałoby rozpocząć w 1944 r. W lipcu tego roku rozwiały się ostatnie złudzenia: Kresy Wschodnie znalazły się pod ponowną okupacją sowiecką, na terenach zabużańskich zainstalowano marionetkowe władze w postaci PKWN. Losu Wileńszczyzny, Nowogródczyzny, Polesia, Wołynia i Małopolski Wschodniej uniknęła jedynie Białostocczyzna: kaprysem sowieckiego dyktatora uniknęła powtórki z lat 1939-41, gdy razem z ponad połową terytorium II RP została zaanektowane przez ZSRR.

W 1944 r. kresem nadziei na odwrócenie losu Polski stała się klęska Powstania Warszawskiego, a nieuniknione nastąpiło wraz z ofensywą wojsk sowieckich w styczniu 1945. W ciągu kilku tygodni Stalin kontrolował całe terytorium Polski: okupowane Kresy, tereny Polski centralnej przekazane pod administrację zależnego od Moskwy Rządu Tymczasowego i te ziemie niemieckie, które potencjalnie mogły znaleźć się w efekcie wojny w składzie państwa polskiego.

„Nie jest to zwycięstwo...”

Początkowo sytuacja była jednoznaczna. Maria Dąbrowska pisała w swoim dzienniku pod datą 18 stycznia 1945 r.: „Pomyśleć – dziś rano jeszcze byli tu Niemcy, a wieczorem jesteśmy już pod okupacją bolszewików”. Dzień później w rozkazie rozwiązującym Armię Krajową jej ostatni dowódca gen. Leopold Okulicki (pseudonim „Niedźwiadek”) podobnie diagnozował sytuację: „Postępująca szybko ofensywa sowiecka doprowadzić może do zajęcia w krótkim czasie całej Polski przez Armię Czerwoną. Nie jest to jednak zwycięstwo słusznej sprawy, o którą walczymy od roku 1939. W istocie bowiem – mimo stwarzanych pozorów wolności – oznacza to zamianę jednej okupacji na drugą, przeprowadzaną pod przykrywką Tymczasowego Rządu Lubelskiego, bezwolnego narzędzia w rękach rosyjskich”. Jednocześnie „Niedźwiadek” uznawał, że w nowych warunkach walka prowadzona musi być w nowy sposób. Wynikało to z przeświadczenia o odmienności nowej okupacji od poprzedniej. Wątpliwości co do charakteru „nowej rzeczywistości” nie miały również władze Rzeczypospolitej: rząd i prezydent. Emigracja niepodległościowa w większości aż do końca lat 80. traktowała PRL jako formę sowieckiej okupacji Polski.

Przekonanie, że Polska znalazła się pod nową okupacją, dzieliła z elitami w pierwszym powojennym okresie znaczna część polskiego społeczeństwa. Znalazło to odzwierciedlenie zarówno w licznie odnotowanych wypowiedziach potocznych czy w listach przechwyconych przez cenzurę, jak też w powszechnych postawach. Świadczy o tym chociażby początkowy bojkot reformy rolnej czy masowe uchylanie się od poboru do wojska. Z 2. Armii Wojska Polskiego, formowanej na terenie „Polski Lubelskiej”, do końca wojny zdezerterowało ok. 30 proc. żołnierzy. Nie wynikało to z braku chęci do walki z Niemcami, lecz z niechęci do służby w wojsku, którego zależność polityczna od Sowietów była widoczna gołym okiem.

Władze komunistyczne usiłowały zmienić ten wizerunek, przede wszystkim odwołując się do narodowych symboli. Było to jednak bezskuteczne, zważywszy, że orła w godle pozbawiono korony, a ponad połowę oficerów „odrodzonego” Wojska Polskiego stanowili oddelegowani z Armii Czerwonej obywatele sowieccy. Wszelkie zapewnienia o „wiecznej przyjaźni” ze Związkiem Sowieckim rozbijały się o społeczną pamięć pierwszej okupacji, Zbrodni Katyńskiej i świeżą ranę zaboru blisko połowy polskiego terytorium.

Natrętną propagandę „wyzwolenia” kwitowano popularnym wiosną 1945 r. ironicznym powiedzeniem-przekleństwem: „Bodajby cię Niemcy okupowali, a Sowieci wyzwolili”.

„Bez widoków na pomoc Zachodu”

Sytuacja zaczęła się stopniowo zmieniać po konferencji w Jałcie (luty 1945 r.). Często o tym zapominamy, ale centralne władze Polski Podziemnej – nie akceptując samej zasady podejmowania decyzji o losach Polski bez udziału Polaków – wyraziły gotowość do udziału w rozmowach na temat utworzenia Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Ta decyzja zaprowadziła 16 przywódców na ławy sądowe w Moskwie. Również społeczeństwo przyjęło z nadzieją decyzje jałtańskie, a zwłaszcza powołanie TRJN z udziałem Stanisława Mikołajczyka.

Warto zadać pytanie, skąd brały się nadzieje tak żywe latem 1945 r.? Wszak Polska traciła znaczną część terytorium, kształt zachodnich granic był przed konferencją poczdamską (lipiec–sierpień 1945 r.) niejasny, mocarstwa wycofały uznanie dla legalnych władz, a w TRJN komuniści zachowali dominację, nie zelżał terror ani sowieckich, ani „polskich” organów represji itp., itd.

Jak się wydaje, kluczem do zrozumienia tej nagłej zmiany postaw jest pojawienie się – po długim okresie pogarszania sytuacji – możliwości jej poprawy. Upatrywano jej przede wszystkim w zapowiedzianych rychłych wolnych wyborach, możliwości powrotu armii polskiej z Zachodu, możliwości legalnego działania politycznego itp. Wierzono w zachodnie gwarancje. Rychło okazało się, że nadzieje te były jedynie złudzeniami.

Koniec Polskiego Państwa Podziemnego nie oznaczał bynajmniej zmiany oceny aktualnej rzeczywistości. Podczas ostatniego posiedzenia Rady Jedności Narodowej [podziemnego parlamentu – red.] przyjęto uchwałę, powszechnie znaną jako „Testament Polski Walczącej”. Czytamy w niej: „Polska w wyniku wojny, w której poniosła największe ofiary, znalazła się pod nową okupacją, z rządem narzuconym przez ościenne mocarstwo i bez wyraźnych widoków na pomoc swych sojuszników zachodnich”.

„Nie jesteśmy żadną bandą”

Powstanie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej z udziałem Mikołajczyka spowodowało pewne zmiany w społecznej ocenie sytuacji. Nie oznacza to jednak, by sformułowanie „okupacja sowiecka” przestało być używane. Hasło „Precz z sowiecką okupacją!” pisano na murach i kartach do głosowania w referendum, skandowano podczas manifestacji ulicznych, pojawiało się też podczas oficjalnych uroczystości. Co oczywiste, pojawiało się także w wydawnictwach podziemia. Częściej jednak, mówiąc o sytuacji, odwoływano się do sformułowania, że „to nie jest Polska” – co uzasadniano na mnogie sposoby.

Wyraźniej zmianie uległ niepisany „kodeks okupacyjny”. Za zdradę przestało być uważane podejmowanie pracy w administracji państwowej czy podejmowanie aktywności politycznej (poza PPR), jak to było w okresie „Polski Lubelskiej”. Nikt nie sprzeciwiał się zaangażowaniu w odbudowę kraju, życie kulturalne i społeczne. Granice zdrady były jednak czytelne: były nimi służba w aparacie represji, współpraca z Sowietami, otwarte popieranie „nowej rzeczywistości” i ruchu komunistycznego. Czytelnie ujął to w jednej z wydanych przez siebie ulotek mjr Zygmunt Szendzielarz, ps. „Łupaszko”: „Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. (...) wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości”.

„Gdzie się kończy kompromis godziwy”

Ostatnie nadzieje na zmianę sytuacji upadły po „wyborach” w styczniu 1947 r. Zamiast powszechnego dotąd oporu zaczęły się upowszechniać postawy przystosowawcze. Wciąż jednak pamiętano, jaka jest granica między przystosowaniem a kolaboracją.

Grupą społeczną, której przedstawiciele w większej liczbie dość szybko zaczęli przekraczać tę granicę, była inteligencja. Dostrzegała to nawet część osób, które w różnej formie zaczęły angażować się w budowę „nowej rzeczywistości”. Maria Dąbrowska pisała w 1948 r.: „Nieprzejednany i nieugięty w oporze – a też i do rozumnych kompromisów niezdolny – bywa tylko lud. Kompromis jest sprawą intelektu, jest przygodą człowieka myślącego. Ale tragedią jego jest, jeśli nie rozpozna, gdzie się kończy kompromis godziwy, a zaczyna się zdrada”. W tym czasie Ryszard Matuszewski zanotował otwarcie: „Będą kiedyś o nas mówili jako o zdrajcach”.

Po raz ostatni na szerszą skalę w społecznym odbiorze pojęcie „sowieckiej okupacji” pojawiło się w 1956 r., nie tylko w trakcie Poznańskiego Czerwca, lecz również podczas burzliwej jesieni 1956: powszechnie domagano się niepodległości i wycofania wojsk sowieckich. W kolejnych latach pojęcie „okupacji” używane było już jedynie sporadycznie. Także ruchy opozycyjne lat 60. i 70. mówiły co prawda o potrzebie odzyskania niepodległości lub suwerenności, ale nie diagnozowały rzeczywistości w kategoriach okupacji. Do dziś trwa debata, czy można to interpretować jako swoistą społeczną legitymizację komunistycznej dyktatury. Niezłomna pozostawała większość emigracji niepodległościowej, która aż do końca lat 80. traktowała PRL jako formę sowieckiej okupacji Polski. Również tu zaobserwować można ewolucję postaw, choćby w stosunku do przyjazdów do Polski.

Po raz ostatni sformułowanie „okupacja” wróciło po wprowadzeniu stanu wojennego. Użył go choćby Jacek Kuroń w słynnym tekście „Tezy o wyjściu z sytuacji bez wyjścia”, w którym pisał o „zlikwidowaniu okupacji w zbiorowym, zorganizowanym wystąpieniu”. Większość działaczy podziemnej Solidarności myślała jednak wówczas o swoistym reżimie okupacyjnym zaprowadzonym przez władze PRL wobec własnego społeczeństwa, a nie o okupacji przez Związek Sowiecki.

O niemożności doboru słów

Przed 1989 r. jedynym dopuszczalnym oficjalnie sposobem mówienia o rzeczywistości roku 1945 był termin „wyzwolenie”. Po odzyskaniu niepodległości dość szybko zaprzestano jego używania jako nieadekwatnego. Tylko sporadycznie pojawia się on we współcześnie publikowanych pracach. Nie zastąpił go jednak żaden powszechnie akceptowany termin. Piszemy więc o „nowej rzeczywistości”, „Polsce Ludowej”, „stalinizmie”; niekiedy ubieramy „wyzwolenie” w cudzysłów, oznaczający dystans do tego terminu. Krystyna Kersten zatytułowała swój zbiór tekstów o Polsce lat 1944-56 „Między wyzwoleniem a zniewoleniem”. Ta formuła też ma wadę: zawiera fałszywe założenie, że między oboma członami był jakiś okres wolności, a tymczasem „wyzwolenie” oznaczało jednocześnie nową formę zniewolenia.

Nie sposób uciec od refleksji, że ta niemożność doboru słów wynika głównie z ucieczki przed sięgnięciem po jednoznaczne terminy, takie właśnie jak „okupacja”. Obawa przed ich stosowaniem bierze się niewątpliwie z jednej strony z uzasadnionych wątpliwości związanych z niuansami powojennej rzeczywistości (jak powołanie TRJN). Z drugiej jest chyba też związane z obawami, jakie konsekwencje dla opisu całego PRL-u niosłoby jednoznaczne nazwanie jego okresu założycielskiego.

Warto jednak zapoczątkować dyskusję i postawić kilka pytań pod własnym adresem. Czy istnieje bliższy rzeczywistości termin dla opisu Polski w 1945 r. niż „okupacja”? Czy upór „niezłomnych” przedstawicieli emigracji, by PRL traktować w najlepszym wypadku jako sowiecki protektorat, był rzeczywiście nieuzasadniony? Może z londyńskiej perspektywy po prostu jaśniej było widać naturę powojennej rzeczywistości polskiej? I jeszcze jeden wyrzut pro domo sua – czy dzieje okupowanych przez Sowiety Kresów rzeczywiście powinniśmy opisywać tylko do 1946 r. (zakończenie akcji „repatriacyjnej”), tak jak to teraz czynimy we wszystkich syntetycznych ujęciach?

Spróbujmy poszukać nowego języka dla dyskusji nie tylko o Polsce Anno Domini 1945, ale o całym powojennym okresie naszych dziejów.

Dr ŁUKASZ KAMIŃSKI (ur. 1973) jest historykiem, dyrektorem Biura Edukacji Publicznej IPN i pracownikiem Instytutu Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego. Opublikował m.in. „Opór społeczny w Europie Środkowej w latach 1948–1953 na przykładzie Polski, NRD i Czechosłowacji”, „Wokół pogromu kieleckiego” (redaktor tomu).


tygodnik.onet.pl


opr. aś/aś



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: wolność Polska okupacja pokój historia wojna rzeczywistość wyzwolenie problemy współczesność
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W