Powołanie rodzi się we wspólnocie. Historie stypendystów Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia”

Do czego Bóg mnie powołuje? To pytanie zadawane przez wiele osób wierzących. Szczególnie ludzie młodzi intensywnie rozeznają swoje decyzje. Pomocne w tym procesie są wspólnoty, gdzie mogą odnaleźć wsparcie w postaci rówieśników, osób duchownych oraz formacji, dającej odpowiedzi na liczne pytania i przestrzeń na spotkanie z Bogiem. Taką wspólnotą jest Fundacja „Dzieło Nowego Tysiąclecia”.

Fundacja „Dzieło Nowego Tysiąclecia” powstała jako niematerialny pomnik – wyraz wdzięczności – dla św. Jana Pawła II, któremu bliskie były kwestie tożsamości i rozeznawania powołania wśród młodych. Wielu spośród stypendystów decyduje się wejść na drogę powołania kapłańskiego, zakonnego czy życia konsekrowanego.

Doświadczeniem bycia we wspólnocie Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia” oraz procesem rozeznawania powołania dzielą się: ks. Michał Stachera, s. Anna Szuflicka MSF oraz Dorota Mazur OV.

Ks. Michał Stachera:

Do Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia” trafiłem w 2010 roku. Byłem wtedy w III klasie gimnazjum i miałem 15 lat. Moje motywacje były bardzo przyziemne. Interesowałem się wówczas fotografią i bardzo chciałem mieć lustrzankę, a nie było mnie na nią stać. W związku z tym zacząłem się zastanawiać skąd pozyskać pieniądze. Kiedy dowiedziałem się o istnieniu Dzieła, postanowiłem spróbować się w nie zaangażować. I tak stałem się stypendystą.

Moje świadome bycie stypendystą zaczęło się od telefonu, który w wakacje 2011 roku otrzymałem od kogoś z biura. Zadzwoniła do mnie osoba, zajmująca się wówczas grupą medialną w Fundacji – do której się zgłosiłem – zachęcając mnie do przyjechania na obóz, choćby na kilka dni. Podczas obozu miały odbyć się warsztaty dla nas. Mimo, że na obóz miałem się spóźnić oraz wcześniej z niego wyjechać, zgodziłem się i przyjechałem. Był to obóz w Bydgoszczy. Choć jechałem na niego mocno niezadowolony i nieco przestraszony, to relacje, które tam nawiązałem, towarzyszą mi to dzisiaj i gdybym wówczas nie pojechał, to zdecydowanie bym żałował.

Od tego czasu starałem się aktywnie włączać w wydarzenia fundacyjne, podczas których poznałem mnóstwo ludzi. Pamiętam, że byliśmy zgraną paczką. Na każdym obozie czy wspólnym wyjeździe lubiliśmy swoje towarzystwo i po prostu chcieliśmy razem być.

Po I Komunii św. byłem ministrantem, lektorem, ceremoniarzem, a także przez 3 lata formowałem się w Ruchu Światło-Życie. Zawsze byłem przy Kościele. Myśli o powołaniu pojawiały się i znikały. Raz myślałem, że Bóg chce, a ja nie, raz odwrotnie, aż w pewnym momencie zrozumiałem – było to w liceum – że choć bycie w relacji do jednej osoby jest wspaniałe, to dla mnie jest to za mało. Odkryłem, że spełniam się działając i będąc dla wielu. Oczywiście, to nie było jedyne kryterium mojego rozeznawania. Ważna w tym procesie była modlitwa, zwłaszcza ta słowem Bożym. W niej odnajdywałem radość i pokój. Całemu procesowi towarzyszyło kilka znaków, które odczytywałem jako niesamowicie moje, to znaczy skierowane od Boga do mnie w sposób, który wypełniał moje oczekiwania czy warunki, które czasem Mu stawiałem. Nie było jakiegoś dnia, kiedy stwierdziłem: idę do seminarium. To był proces, którego efektem było to, że w pewnym momencie stało się dla mnie oczywiste, że po prostu tak będzie. Dziś jestem szczęśliwym księdzem.

Pierwsze myśli o powołaniu pojawiły się jeszcze zanim zostałem stypendystą. Jednak na pewno tym, co bardzo mi pomagało w jego odkrywaniu, było doświadczenie młodej i żywej wspólnoty Kościoła, zwłaszcza podczas dużych Mszy na obozach. Poza tym relacje, które nawiązałem w Fundacji, nie były tylko relacjami czysto towarzyskimi, ale były także nierzadko głębokie i duchowe. Wiedziałem, że chcę być częścią takiego Kościoła, i w tym Kościele chcę być księdzem, który będzie innych prowadził do podobnego doświadczenia.

Dzisiaj, kiedy nie jestem już stypendystą, staram się spłacić dług, który w Fundacji zaciągnąłem. Wielość doświadczonego dobra – tego materialnego i niematerialnego, motywuje mnie, by dać coś z siebie tym, którzy są w sytuacji podobnej, jak ja kiedyś. Od 2021 roku jestem koordynatorem Fundacji w diecezji warszawsko-praskiej, a od 2023 roku jestem fundacyjnym duszpasterzem Warszawskiej Wspólnoty Akademickiej. Poza tym jeszcze jako kleryk jeździłem w roli wychowawcy na obozy uczniów, potem już jako ksiądz w roli duszpasterza na obozy uczniów i studentów, co robię do dzisiaj. Czasem zdarza mi się prowadzić rekolekcje czy dzień skupienia dla uczniów lub studentów.

Najwięcej radości sprawia mi praca ze studentami. Poza spotkaniami formacyjnymi widuję się z nimi na spotkaniach zarządu wspólnoty, podczas spotkań integracyjnych czy indywidualnych. Bycie ze studentami daje mi dużo satysfakcji i jest dla mnie przestrzenią realizowania powołania kapłańskiego. Przygotowując dla nich konferencje, homilie oraz rozmawiając czy spowiadając, daję im Boga. Mam w pamięci wiele rozmów i spotkań, kiedy studenci przyjeżdżali do mnie do parafii ze swoimi problemami. Cieszę się i jestem wdzięczny Bogu za ich zaufanie, ale jest to dla mnie także przestrzeń do uczenia się coraz większej wrażliwości na problemy, które ich dotykają i, z drugiej strony, zobowiązanie do pracy nad sobą, bym nie stracił zdobytego zaufania. Największa wartość to dla mnie bycie ze studentami w ich życiu – ich radościach oraz problemach, zwłaszcza gdy mogę im pomagać sobie z nimi radzić na gruncie sakramentu pokuty i pojednania bądź prywatnych rozmów.

Powołanie rodzi się we wspólnocie. Hstorie stypendystów Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia”

S. Anna Szuflicka, Misjonarka Świętej Rodziny:

Do Fundacji trafiłam na przełomie 2011/2012 roku. Mój ówczesny proboszcz powiedział po prostu, że „zgłosił mnie do fundacji o stypendium” i tyle. Potem zaczęłam dowiadywać się więcej o Fundacji. A kluczowy dla zrozumienia jej misji był mój pierwszy obóz w Olsztynie.

Myślę, że na początku FDNT była remedium na kryzysy młodzieńcze. Doświadczenie, że są tysiące młodych ludzi, którzy żyją wiarą, pomagają innymi, są ambitni, motywowało mnie, aby nie porzucać swoich osobistych wartości, aby nie bać się marzyć i po prostu chcieć więcej.

Oczywiście nie mogę nie wspomnieć mojego czasu studenckiego w Fundacji. Był on bardzo aktywny. Przez 2 lata pełniłam funkcję koordynatora obchodów Dnia Papieskiego w mojej białostockiej wspólnocie. Ponadto jeździłam jako wolontariuszka biura przez 3 lata na obozy dla młodszych uczestników. Te doświadczenia pomogły mi odkryć talenty i zdolności, o istnieniu których nie wiedziałam! Rozwinęłam je, a jednocześnie nauczyłam się wielu nowych rzeczy.

Z perspektywy czasu myślę, że to niezwykła pedagogia FDNT – powierza się ważne zadania młodym ludziom, którzy z jednej strony mają szanse zrobić coś dużego i to „ogarnąć”, jednocześnie wiedząc, że w razie czego mogą liczyć na wsparcie – czy to zarządu, pracowników Fundacji czy duszpasterzy. Taka świadomość, że mam odpowiedzialność, ale nie jestem z nią sama, jest bardzo rozwojowa!

Tradycyjnie, jak wielu innych absolwentów, podkreślę, że Fundacja to przede wszystkim LUDZIE. Przyjaźnie, które zawarłam trwają nadal. I choć jesteśmy już absolwentami, nasze drogi życiowe różnie się toczą, to i tak się spotykamy i wzajemnie wspieramy.

Myśli o powołaniu zrodziły się już na początku liceum. Ale przyznam, że dość skutecznie od nich uciekałam! Chyba potrzebowałam czasu, żeby dojrzeć w wierze, ale też po prostu w życiu. Intensywne pytania o moją przyszłość powróciły w trakcie studiów. Proces rozeznawania nie był dla mnie łatwy. Z jednej strony życie zakonne mnie fascynowało i pociągało w całkowicie niepojęty sposób, a z drugiej strony, było normalne życie i ciekawe perspektywy zawodowe i uczelniane (także te relacyjne). To, co na pewno pomogło w podjęciu decyzji, to były konkretne praktyki duchowe jakie podjęłam – codzienna modlitwa, częsta adoracja, Msza Święta w tygodniu, regularna spowiedź u stałego spowiednika, kierownictwo duchowe.

Na lata spędzone w Fundacji patrzę z wdzięcznością. Postrzegam je jako dar Pana Boga, przez który przygotowywał mnie do mojej życiowej drogi. Fundacja była przestrzenią i motywacją do wzrostu w wierze, rozwoju duchowości. Poznawałam ludzi, których świadectwo życia mnie budowało. Doświadczenie wspólnoty, organizowania, służby – dziś są mocnym fundamentem w mojej posłudze apostolskiej, którą podejmuję.

Także postać naszego patrona św. Jana Pawła II miała duże znaczenie w procesie mojej formacji. Kiedy decydowałam o wstąpieniu do zakonu, szczególnie bliski był mi młody Karol Wojtyła, który tak jak ja, kiedyś mierzył się z rezygnacją ze swoich planów i wyobrażeń. Zaczytywałam się w dramacie ,,Brat naszego Boga”, w którym jest pięknie oddane zmaganie duchowe, by odpowiedzieć na Boże wezwanie. Teraz św. Jan Paweł II jest dla mnie – jak mówi wezwanie litanii – „ojcem osób konsekrowanych”. Uczę się od niego dyscypliny: jak harmonijnie łączyć pracę, rozwój i modlitwę. Chciałabym tak jak on umieć ,,zasłuchać” się w człowieka, który od mnie przychodzi, umieć być blisko drugiego. Zazdroszczę mu takiego niezwykłego zmysłu duszpasterskiego. Zwyczajem przyjętym od Patrona Fundacji w moim życiu jest, aby treści które będę głosić innym, tworzyć przed Bogiem. Często spisuję pomysły na modlitwie lub treści konferencji  zanoszę do kaplicy.

Obecnie posługuję w Fundacji jako wolontariuszka na obozach i rekolekcjach. Uformowana przez te lata mam w sobie gotowość do „zrobienia co tam trzeba”: wygłoszenia konferencji, poprowadzenia modlitwy, zaplanowania czegoś logistycznie. Przede wszystkim staram się jednak, być dla stypendystów. Poznawać ich, rozmawiać z nimi. Odkrywam ich niezwykłość. I jeśli jest potrzeba – i potrafię – to służę radą, a zawsze modlitwą. Mam dewizę, że czego nie dopowiem, nie dopomogę, to domodlę i Jezus ogarnie.

Cieszę się ze współpracy z Fundacją. Mam poczucie, że to szansa odwdzięczenia się za doznane dobro, a także piękna przestrzeń do bycia z młodymi.

Powołanie rodzi się we wspólnocie. Hstorie stypendystów Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia”

Dorota Mazur OV:

Do Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia” trafiłam w 2007 roku i był to swego rodzaju ewenement, ponieważ byłam wówczas na studiach magisterskich (stypendium mogą otrzymać uczniowie do końca szkoły średniej, z możliwością przedłużenia go na czas studiów – przyp. red.).

To był najbardziej radosny czas mojego życia, a przede wszystkim przestrzeń, w której nastąpił „skok milowy” w moim rozwoju duchowym i wewnętrznym. Poznałam wówczas wielu rówieśników, dla których wiara miała wartość. Możliwość wspólnego jej przeżywania dodawała mi skrzydeł, a wyjazdy na obozy wakacyjne były okazją do zwiedzania przepięknych miejsc oraz dawały możliwości rozwoju – w moim przypadku jako muzycznej, medialnej czy organizatorki wycieczek obozowych. To sprawiło, że uwierzyłam w siebie i swoje możliwości oraz nabrałam odwagi.

Obecnie należę do Stowarzyszenia Absolwentów Fundacji „Dzieło”. Bycie przy tworzeniu się SADu i kontakt z absolwentami z całej Polski jest dla mnie nie tylko duchowym umocnieniem czy możliwością kontynuowania relacji, które powstały w czasach otrzymywania stypendium, lecz także radością ze świadomości bycia żywym pomnikiem św. Jana Pawła II. 

Myślę, że to nie przypadek, ale Boży plan, że dość późno i w taki niestandardowy sposób zostałam stypendystką FDNT. To Pan Bóg postawił mnie w taki a nie inny sposób w najwłaściwszym czasie w tym miejscu. Dziś wiem, że gdyby nie FDNT, nie byłoby mojego powołania, którego historia narodziła się w 2013 roku na jednym z obozów formacyjnych Fundacji. Początkowo miałam jednak zostać siostrą habitową... Na obozie w Olsztynie nawiązałam kontakt z jedną z sióstr, która była wówczas kierowniczką ośrodka. Od tej pory wszystko potoczyło się szybko – po kilku miesiącach rozeznawania, rozmowach z siostrami i ze spowiednikiem podjęłam decyzję, że zanim wstąpię do zakonu, skończę studia doktoranckie, co miało stać się za dwa lata.

W międzyczasie wyjechałam do Freiburga w ramach programu „Erasmus+”. Coś niezwykłego, będącego Bożą Opatrznością, wydarzyło się 2 lutego 2015 roku – w Dzień Życia Konsekrowanego. Dokładnie pamiętam miejsce, czas i to dotknięcie serca. Była godzina 18.15. Idąc na Mszę do katedry, spotkałam znajomych sercanów, którzy zaproponowali mi wspólne pójście po owej Eucharystii na spotkanie dla osób konsekrowanych. Trochę się wzbraniałam, bo przecież nie rozpoczęłam jeszcze oficjalnej formacji, ale polski sercanin, słysząc moją odpowiedź, zaśmiał się: „Na pewno nikt nie będzie cię o nic pytał, a jakby co, to powiesz, że jesteś dziewicą konsekrowaną”. I w tym momencie w moim sercu pojawiło się jakieś ciepło i pokój, choć zupełnie obce było mi wtedy sformułowanie „dziewictwo konsekrowane”. Nastąpił dość niezwykły i szybki zwrot akcji: po powrocie do Polski miały miejsce rozmowy ze spowiednikiem, siostrami, kilka dni skupienia na przemyślenie i przemodlenie, rozmowa z kapłanem odpowiedzialnym za formację dziewic konsekrowanych i miałam już pewność co do „mojego miejsca” w Kościele.

Moje powołanie łączę z wykształceniem. Będąc teologiem, historykiem Kościoła i dziennikarką, piszę książki i artykuły oraz tworzę modlitewniki, dzięki którym czytelnicy mogą pogłębiać swoją duchowość, poznawać miejsca związane ze świętymi i objawieniami. Działam też w Biurze Prasowym Księży Sercanów.

Dziewictwo ze względu na Królestwo Niebieskie jest konkretną odpowiedzią na Bożą miłość. Ofiarowaniem siebie Bogu, aby być wsparciem dla osób postawionych na naszej drodze. Dziewice konsekrowane w sposób szczególny zobowiązują się do dzieł miłosierdzia, poświęcają się pokucie, apostolstwu i gorliwej modlitwie. Szczególnym zadaniem jest świadectwo życia – niejednokrotnie ciche świadczenie swoją postawą w środowisku, w którym żyjemy: nie zmieniając niczego pod względem zawodowym czy społecznym. Każda z nas pozostaje w miejscu i czasie, w którym zastało ją powołanie. Same musimy się utrzymać i zadbać o pracę, a naszymi obowiązkami wynikającymi z bycia osobami konsekrowanymi są: poranna jutrznia, wieczorne nieszpory, codzienna Msza święta i adoracja oraz troska o rozwój duchowy. Nie posiadamy habitów, a naszym znakiem „rozpoznawczym” jest obrączka i fakt, że konsekracja ma charakter publiczny.

Dziewictwo konsekrowane jest jedną z możliwych form życia – obok sióstr zakonnych habitowych lub bezhabitowych żyjących w zgromadzeniach zakonnych, kapłaństwa diecezjalnego i zakonnego, życia pustelniczego czy form przynależności do instytutów życia konsekrowanego.

Powołanie rodzi się we wspólnocie. Hstorie stypendystów Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia”

Źródło: Fundacja „Dzieło Nowego Tysiąclecia”

« 1 »