Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Jarosław Flis

Stopa w drzwiach

Chęć totalnego zwycięstwa naraża na totalną porażkę: zwolennicy związków partnerskich powinni wyciągnąć z tego wniosek.

W Sejmie obserwowaliśmy przesilenie wokół postulowanych zmian w prawie rodzinnym: ustawa wprowadzająca instytucję o atrakcyjnie brzmiącej nazwie „związek partnerski” stała się przedmiotem konfrontacji, a jej zwolennicy ponieśli porażkę. Towarzysząca głosowaniu debata w żaden sposób nie zbliżyła stanowisk obu stron — wręcz przeciwnie.

Ponieważ rzecz dotyczy zmiany status quo, wydawałoby się, że ciężar dowodu spoczywa przede wszystkim na zwolennikach jego naruszenia. Tymczasem argumentacja, jaką można było przy tej okazji usłyszeć, przyniosła efekty odwrotne do zamierzonych — usztywniła stanowisko przeciwników. Trudno też uciec od wrażenia, że była pełna niekonsekwencji czy zgoła sprzeczności.

Wszyscy byli uprzedzeni

Z jednej strony pojawiały się w niej argumenty symboliczne, z drugiej — pragmatyczne. Wśród symbolicznych na pierwszy plan wybijał się społeczny status osób homoseksualnych i postrzeganie łączących ich relacji przez wspólnotę. Mówiło się o potrzebie wysłania wyraźnego sygnału w stronę większości społeczeństwa, dotyczącego poszanowania praw mniejszości. Oraz o zatwierdzeniu tego, co już jest praktyką społeczną, gdzie społeczny sens nadają nie abstrakcyjne prawa, lecz to, co robią ludzie.

Pragmatyka dominowała w rozmowie o znaczeniu proponowanej ustawy dla par heteroseksualnych: coraz wyraźniej widać zjawisko odchodzenia od obecnych form prawnych przez osoby tworzące rodziny pod wszystkimi innymi względami spełniające tradycyjne funkcje małżeństwa. Jednak obecna była tu także argumentacja na rzecz nowych form, które — jak można się domyślać — nie spełniają dotychczasowych wyobrażeń o rodzinnym związku dwóch osób. Równolegle słyszeliśmy, że trzeba włączyć pary homoseksualne do katalogu rodzinnych wzorów do naśladowania i że — jest to widoczne już w samej nazwie projektu — tradycyjna rodzina jest źródłem opresji czy braku partnerstwa, stąd powinna przekształcić się w nowe, luźniejsze wzory.

Żeby sprawa była jeszcze bardziej skomplikowana, jest jeden element, który łączy wszystkich opowiadających się za zmianą — jest nim co najmniej lekceważący stosunek do oponentów. Jako źródło ich oporu wskazuje się np. strach przed proboszczami, mówi się o potrzebie leczenia z poglądów czy też, jak premier Tusk, o „twardych ideologicznych uprzedzeniach”. Trudno to uznać za zachętę do merytorycznej dyskusji.

Jeżeli chodzi o wypowiedzi przeciwników nowych rozwiązań, do przekazu medialnego najsilniej przebijają się stwierdzenia najbardziej emocjonalne czy wręcz obraźliwe. Jak to zwykle: każda ze stron uważa, że użycie przez oponentów niegodziwych argumentów całkowicie usprawiedliwia używanie niegodziwych argumentów przeciw nim.

zwycięska flaga

Dodatkową barierą jest sprawa ewentualnego kompromisu. Owszem: część zwolenników zmiany wskazuje na jej ograniczony charakter (rezygnację z dążenia do wprowadzenia małżeństw homoseksualnych) jako na ustępstwo względem zwolenników status quo — ustępstwo, które jest próbą znalezienia wypadkowej pomiędzy sprzecznymi poglądami. Problem w tym, że takie kompromisy bywają traktowane jako zabieg taktyczny. Pojawiają się nawet całkiem otwarte stwierdzenia, że walka toczy się o coś, co w psychologii społecznej nazywa się metodą „stopy w drzwiach”. Chodzi o to, by obrońcy status quo zgodzili się na jakiekolwiek ustępstwo, a stanie się ona przyczółkiem do docelowych zmian, które idą dużo dalej.

Obawy przed tak rozumianym kompromisem potwierdzają wydarzenia we Francji, gdzie rozwiązania wprowadzone przed dziesięciu laty okazały się tylko wstępem do kolejnych, łamiących wcześniej wypracowany kompromis. Dziś te kroki odtwarzają ówczesną polaryzację i wyprowadzają na ulice wielotysięczne manifestacje.

Trudno uciec od wrażenia, że nawet jeśli proponuje się kompromis, jest on tylko krokiem w kierunku wbicia zwycięskiej flagi na szańcach drugiej strony. Że nie jest próbą znalezienia rozwiązania, które byłoby akceptowalne — to znaczy równie bolesne — dla obydwu stron.

Małżeństwa bezceremonialne

Tymczasem, jeśli spojrzeć na chłodno, wszystkie zmiany w tej dziedzinie są niezwykle złożone i proponowany pakiet — nazwijmy to sobie „nową instytucją rodzinną” — wymaga rozłożenia na czworo, bo wątpliwości i sprzeczności jest tam jeszcze więcej niż w samej argumentacji.

Sprawa jest relatywnie prosta w przypadku związków homoseksualnych. Problem dotyczy tego, czy chodzi tutaj o zmianę konserwatywną — o włączenie takich związków do tradycyjnego rozumienia rodziny i troskę o ich trwałość, czy też o zmianę symboliczną, o zupełnie przeciwnym kierunku — pochwałę transgresji i swobody w kształtowaniu własnej seksualności, o przekreślenie dominujących dotąd tradycyjnych wyobrażeń o rodzinie. Ten dylemat, choć prosty, jest sam w sobie trudny do rozstrzygnięcia czy kompromisu. Jedno rozwiązanie nie może być wszak zmianą w dwóch przeciwnych kierunkach jednocześnie.

Poziom komplikacji wzrasta w przypadku związków heteroseksualnych, czyli wszystkich tych, które mogłyby normalnie zawrzeć małżeństwo, a tego nie robią. W czym zmieniałaby ich sytuację nowa instytucja? Próbując się wczytać w różne argumentacje i obserwując przemiany obyczajowe, można tu wyróżnić przynajmniej pięć różnych sensów.

Stosunkowo najprostszym przypadkiem jest sytuacja „małżeństw bezceremonialnych”. Pozostają w nich po staremu oczekiwania i zobowiązania, tzn. wspólnota na całe życie ze wszystkimi konsekwencjami: posiadaniem potomstwa, poczuciem wzajemnej odpowiedzialności itd., ale nie jest to potwierdzane żadnymi formalnościami. W szczególności para nie ma potrzeby uczestnictwa w ceremoniale religijnym czy świeckim. To podejście przypomina znaną w Australii instytucję „małżeństwa de facto”, czyli sytuację, w której kobieta i mężczyzna, jeśli zadeklarują bądź wykażą, że żyją razem, uzyskują wszystkie uprawnienia i zobowiązania, które dotyczą małżeństw.

Krok dalej to przypadek „antymałżeństwa symbolicznego”. To sytuacja, w której dwie osoby, owszem: żyją razem i wypełniają wszystkie funkcje rodziny, ale małżeństwo jakoś źle im się kojarzy. Chcieliby mieć wszystkie uprawnienia i przywileje małżeństw, ale nie chcą, żeby się to nazywało małżeństwem.

Kolejny wariant to „małżeństwo łatwo rozwiązywalne”: w domyśle zawierane co prawda jako związek na całe życie, ale liczące się z faktem, że będzie inaczej, i chodzi tylko o to, żeby w razie rozpadu rodziny wszystkie formalności dało się rozwiązać możliwie szybko i bez biurokratycznej mordęgi.

Konkubinat to często „antymałżeństwo pragmatyczne”. Nie ma w nim wzajemnych oczekiwań i zobowiązań, natomiast dwie osoby — w domyśle tymczasowo — żyjąc razem, chciałyby pewnych technicznych ułatwień, takich jak np. informacja o swoim stanie zdrowia w przypadku choroby.

Wreszcie piąty przypadek to „małżeństwo niedopowiedziane” — związek, w którym strony różnią się co do swoich wyobrażeń o wspólnym życiu i nie są w stanie ich uzgodnić. Nowa formuła prawna jest nie tyle kompromisem, co pozwala pozostać — w domniemaniu — przy swojej wersji. Dla strony, która jest bardziej zainteresowana trwałością związku i skłonna do zobowiązań, jest to pewna forma trwałości, ale osoba, która do zobowiązań skłonna nie jest, może wierzyć, że to związek luźniejszy od małżeństwa.

Plątanina racji

W jaki sposób te różne rozwiązania mogą być postrzegane z punktu widzenia wspólnoty? Łatwo sobie wyobrazić osoby, które część z tych rozwiązań akceptują, innym zaś są fundamentalnie przeciwne. Niektóre można zresztą wprowadzić bez tworzenia nowej instytucji, a niektóre wydają się wzajemnie sprzeczne — jeśli tylko przejdzie się od ogólnych haseł do konkretnych przepisów prawa.

Kwintesencją problemu jest tu pytanie o relacje nowej instytucji względem małżeństwa, jeśli traktować jej proponowaną nazwę dosłownie. Czy małżeństwo ma być „związkiem bardziej partnerskim”, czy „związkiem mniej partnerskim”?

To temat na poważną dyskusję. Jej znaczącym utrudnieniem jest przemieszanie ze sporem o społeczny status homoseksualizmu. Na wyższy poziom podnosi ją też sytuacja, w której nie wiadomo, co jest głównym zamiarem, a co tylko pomocniczym argumentem czy ubocznym skutkiem.

Z całej plątaniny racji najbardziej czytelne są dwa proste komunikaty: „niech wszystko się zmieni!” i „niech wszystko zostanie po staremu!”. Tu rzeczywiście pojawia się ideologiczne zaangażowanie — czy to w przełamanie tego, co postrzega się jako przeżytki i ideologiczne uprzedzenia, czy w obronę na wysuniętych pozycjach przed spodziewanym ideologicznym atakiem.

W efekcie w tak złożonej sprawie sejmowe rozstrzygnięcie jest brutalnie jednoznaczne. Atmosfera wokół niego nie zachęca do szukania wspólnego języka, bo groźby, rechoty, szantaże i lekceważenie nie ułatwiają rozmowy na chłodno. Racje są poplątane, ideowe wybory ostatecznie proste, natomiast gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami rysuje się sytuacja polityczna Platformy Obywatelskiej.

Z narodem przeciw elitom, z elitami przeciw narodowi

Z jednej strony widać, że większość klubu jest skłonna do dyskusji, dopuszczając najostrożniejszy projekt, zaś odrzucając te bardziej radykalne. Jakąś część stanowią zdecydowani zwolennicy zmiany, co wyraża się też w głosowaniu za projektami lewicy, otwarcie i celowo konfrontacyjnymi. Języczkiem u wagi pozostaje 46 posłów przeciwnych „związkom partnerskim”.

Tym, co się zmieniło, jest deklaracja samego premiera, który owszem, z ostrożnością, ale jednak określił się jako zwolennik jakichś zmian. Z drugiej strony, jego osobiste zaangażowanie nie zdołało przekonać jednej czwartej klubu nawet do rozpoczęcia dyskusji na poziomie komisji sejmowej, od czego wszak do uchwalenia jakiejkolwiek zmiany jest naprawdę daleko.

Może się okazać, że takie rozwiązanie jest dla PO całkiem korzystne. Partia rządząca znajduje się pomiędzy sprzecznymi oczekiwaniami. Z jednej strony za zmianą są wpływowi gracze, na których wsparcie może liczyć — przede wszystkim środowiska „Gazety Wyborczej”, ale także istotnej części liberalnych obyczajowo celebrytów. Trzeba jednak mieć świadomość, że w ogóle społeczeństwa przeciwnicy zmiany są w zdecydowanej większości. Nie można łatwo pogodzić oczekiwań szerokich rzesz wyborców i wpływowych elit. Wariant, w którym z jednej strony kierownictwo deklaruje wsparcie, ale z drugiej strony mała grupa blokuje samą inicjatywę, jest rozwiązaniem, przy którym nie gubi się tak wielu zwolenników partii, jak w każdym innym scenariuszu.

Jednak koncentracja na emocjonalnych argumentach grozi emocjonalnym konfliktem także w PO. To najpoważniejsze zagrożenie dla jej jedności i obu stron wewnętrznego sporu: w przypadku rozpadu Platformy i jej główny nurt, i konserwatyści mogą stracić naprawdę dużo. Konsekwentna formuła głosowania zgodnie z sumieniem i wyrażania wzajemnego szacunku może więc być pomocnym rozwiązaniem. Nie tylko w zachowaniu jedności i stabilności na scenie politycznej — także dla samej dyskusji, która będzie się jeszcze toczyć latami.            

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: sejm małżeństwo parlament debata premier Platforma Obywatelska związek partnerski
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W