Halsowanie między łaską a wolnością

Między ludzką naturą a łaską Bożą istnieje związek niełatwy do wyjaśnienia: jak pogodzić ludzką wolność z Bożą wszechmocą i wszechwiedzą?

Halsowanie między łaską a wolnością

Nie tylko alkoholicy, ale i wszyscy „chorujący” na jakiekolwiek uzależnienie, ulegają tak zwanemu „myśleniu magicznemu” czy inaczej „myśleniu życzeniowemu”; albo, żeby było bardziej pobożnie, powiedzmy: wyrażają „pobożne życzenia”. Które oczywiście mają więcej wspólnego z szaleństwem niż z pobożnością — bo czyż nie jest „zaklętym kręgiem” powtarzać w kółko te same zachowania w niechrześcijańskiej nadziei (matce wiadomo kogo), że w końcu dadzą one inny rezultat niż do tej pory?

Otóż zdaje się, że podobną prawidłowość widać wśród ciekawskich wierzących, którzy próbowali w ciągu dziejów rozwikłać zagadkę relacji pomiędzy łaską Bożą a ludzką naturą. Jakby tajemnice Boże w ogóle dało się rozwiązywać, a nie jedynie zabezpieczać przed zasupłaniem ich w nieortodoksyjne węzły. Jak współuzależniona żona wyglądająca z okna swojego uzależnionego małżonka, tak możemy „z góry”, z perspektywy czasu, zaobserwować trasę tego „pijanego” halsowania zdezorientowanego rozumu od jednej latarni do drugiej: od Boga do człowieka; od łaski Bożej do ludzkiej wolności współdziałania z tą łaską; od Augustyna do Pelagiusza, od Lutra do wszelkiej maści semipelagianistów (zwanych wdzięcznie „pozostałościami pelagianizmu”).

Biskup Hippony zawoła: „Nasze serce nie jest w naszej mocy”, zresztą podobnie jak wcześniej Apostoł Narodów: „Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, [co wiedzie ku] tej śmierci?” (Rz 7,24), a w przyszłości sięgający do nich obu i również bazujący na osobistym przeżyciu egzystencjalnym ojciec Reformacji, bardziej „augustynski od Augustyna” i „Pawłowy od Pawła”. Ale krzykiem nie rozsupłuje się „węzła żeglarskiego” tajemnicy, lecz go ucina. A każde doświadczenie religijne należy kompatybilować z innymi, jeśli chce się na jego bazie budować teologię. Podobnie powołujący się na Pismo Święte musi uwzględnić je w całości; jak to trafnie ujął Gisbert Greshake: „Jednak Paweł nie stanowi całego Nowego Testamentu”.

Trzeba powiedzieć, że już u Augustyna łaska Boża i ludzka wolność konkurują ze sobą, a gdy zostają położone na wadze — szala przechyla się w stronę łaski. Sprzeciwi się temu Pelagiusz, patrząc jakby „od drugiej strony”: według niego człowiek stworzony na obraz Boży zachowuje wolność nawet po grzechu. Oczywiście nie taki Pelagiusz straszny, jak go malują grubo ciosani ortodoksi (notabene nie jest trudno ciosać kołki na głowie komuś post factum czy raczej post mortem, znając późniejsze wypowiedzi Kościoła) — również on widział w tej zdolności owoc łaski Bożej. Kto wie, czy za jego poglądami nie kryło się po prostu inne doświadczenie duchowe?

Oboje zresztą byli w błędzie, a nawet w obłędzie — z góry skazanej na niepowodzenie próbie określenia tajemniczej relacji między Bogiem a człowiekiem. A po nich również inni porywający się z motyką rozumu na słońce tajemnicy, ulegali temu samemu „bujaniu w chmurach”, które tym bardziej okazywało się niepobożnym wishful thinking, im mniej interpretator historii zbawienia zdawał sobie sprawę z więzi pomiędzy czasem a wiecznością; właśnie z perspektywy odwiecznego planu Bożego, jak z okna, tragikomiczny wydawać się musi krok teologii uwięzionej w butelce czasu. Jakby człowiek w ogóle mógł wychylić choć kieliszek czasu poza łaską Boga. Rzecz jasna, w czasie musi nastąpić „moment”, w którym wieczna Boża łaska zostaje przyjęta przez człowieka, jednak nie byłoby to możliwe bez uprzedniej łaski.

Odbijamy od kolejnych latarni. Pierwsza: jeśli człowiek jest zniewolony grzechem, nie może mieć wyboru w przyjęciu czy odrzuceniu łaski; dopiero łaska stwarza w nim taką wolność. Ale czy to oznacza (druga latarnia), że łaska „gwałci” wolę ludzką? Oczywiście nie, więc może nie taki człowiek zniewolony, jak go Augustyn czy Luter karykaturują (płyniemy ku trzeciej latarni)? Owszem jednak piekielnie szkaradny, choć nie oznacza to, że nie może w sposób wolny współpracować z łaską (czwarta latarniana przystań). Od bezwolności człowieka (nie do przyjęcia) do partnerstwa pomiędzy Stwórcą i stworzeniem (do odrzucenia). I od pytania o to, dlaczego nie wszystkich Bóg zbawia, skoro Jego łaska posiada absolutną inicjatywę, w czym kryje się notabene „zła nowina” o predestynacji, do kwestii „pracoholizmu” człowieka zapracowującego sobie „własnymi rękami”, nawet jeśli z pomocą łaski, na zbawienie.

A potem powiały nowe wiatry, i zaczęto się zastanawiać nad stosunkiem łaski do natury człowieka. I znów — halsowanie pod wiatr, od jednej tendencji do drugiej. Próbowano łaskę tak złączyć z naturą ludzką (bo czy można być człowiekiem bez łaski?), że stała się ona w końcu „łaską niełaskawą”, bo „łaską naturalną”, koniecznym „elementem” w człowieku. Wtedy jednak ani Bóg nie był już wolny (mus łaski), ani człowiek (nie musi mówić fiat na łaskę), a zepsucie ludzi, którzy nie chcieli być służebnikami łaski — pozostawało bez wyjaśnienia. W takim razie — zwrot: rozdzielenie łaski i natury, jakby łaskę dało się nadbudować (drugie piętro) na bazie istniejącej bez niej natury; zabezpieczało takie rozwiązanie co prawda wolność i Boga, i człowieka, ale — ale ten ostatni okazywał się na tyle autonomiczny, że mógłby sobie (bez Boga) mieszkać na parterze.

Jeśli rozróżnianie łaski i natury jest objawem zdrowego myślenia, to z kolei ich rozdzielanie jest „operacją chirurgiczną”, która udaje się, tyle że „pacjent” umiera. W jedności natury i łaski mamy bowiem do czynienia z tajemnicą analogiczną do zjednoczenia natur Boskiej i ludzkiej w Chrystusie; w pewnym sensie jest to „tajemnica do potęgi”, bo jeśli Misterium Wcielonego przekracza możliwość zrozumienia, tym bardziej to, co stanowi „echo” fiat Boga stającego się człowiekiem. Jak Chalcedon każe Chrystusa „wyznawać w dwóch naturach, bez zmieszania, bez zmiany, bez rozdzielania i rozłączania”, tak podobnie trzeba by człowieka widzieć w naturze i łasce, „bez zmieszania i bez rozdzielania”. Natura została stworzona z łaski i jako taka jest otwarta na łaskę, bez której nie jest „sobą”; z kolei łaska w naturze upatruje „szansę” do tego, by się mogła okazać łaską, do którego to właśnie celu stworzyła naturę. I kolejny paradoks: by natura przyjęła łaskę, musi być wolna, a wolna nie może być bez łaski.

Nic dziwnego, że rozkołysany rozum, jak pijany statek żegluje od jednej skrajności do drugiej, a czasem rozbija się nawet o rafy heterodoksji. Jeśli jednak zamierza dotrzeć do portu, musi kierować swój wzrok ku „Gwieździe Morza”. Pytał retorycznie Benedykt XVI: „Któż bardziej niż Maryja mógłby być gwiazdą nadziei dla nas — Ona, która przez swoje «tak» otwarła Bogu samemu drzwi naszego świata”. Skoro na relacje natura-łaska należy patrzeć z perspektywy teandryczności Boga-człowieka, nie dziwi, że właśnie w Tej, która stała się Matką Boga, tajemnica ta musi znajdować swój najpełniejszy wyraz. Stella Maris, jedyna trzeźwa, bo pijana pełnią łaski, ta która dzięki współpracy z Bogiem zacumowała już w wieczności, w swojej zdrowej trosce wygląda z okna ku wszystkim halsującym. Właśnie w Niej daje się uchwycić — choć nie rozwiązać przecież — tajemnicza relacja między łaską Bożą a ludzką wolnością.

Nawet jeśli (a może właśnie dlatego że) w życiu Niewiasty owa jedność dokonała się w sposób arcyparadoksalny. Jedno fiat Niepokalanie Poczętej Matki Bożej wyrywa rozum z obłędu. Jeśli tylko rozum ten, zgodnie z pierwszym krokiem Anonimowych Alkoholików, przyzna że jest bezsilny i przestał już kierować sobą.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama