W imię Chrystusa, nie wolno nam odmawiać

Matka Matylda Getter mówiła, że nie wolno odmawiać nikomu, kto prosi o pomoc. Dzięki niej i jej zgromadzeniu w czasie II wojny światowej ocalało co najmniej 750 dzieci żydowskich

„Ktokolwiek przychodzi na nasze podwórko i prosi o pomoc, w imię Chrystusa nie wolno nam odmawiać” - mówiła matka Matylda Getter. I tak otworzyła drzwi domów zgromadzenia, do którego należała, dla dzieci, żołnierzy i uciekinierów z getta. Świadoma, że grozi za to kara śmierci.

O siostrze Matyldzie Getter ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi dowiedziałam się z niedawno wydanej przez wydawnictwo Esprit książki „Uratować tysiąc światów” autorstwa Aliny Petrowej — Wasilewicz. Nazywana przez wszystkich Matusią, w czasie II wojny światowej z ponad 120 siostrami ratowała żydowskie dzieci i dorosłych. Na okładce książki znalazły się słowa: „Wszystkie osoby, które prosiły siostrę o ratunek, ocalały. Wszyscy, którzy się zaangażowali w dzieło ratowania, doczekali końca wojny”. Jednak przedstawia ona nie tylko życie Matusi, ale również dość burzliwą historię powstania zgromadzenia, w której niemały udział miała matka Matylda.

Ufność w Opatrzność

Matka przełożona prowincji warszawskiej Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek założonego przez abpa Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, czyli siostra Matylda Getter (1870 — 1968), przez całe życie kierowała się radą swojego spowiednika, który powiedział jej: „Pójdziesz do Rodziny Maryi, bo trzeba teraz ratować biedne dzieci i służyć krajowi”. W czasie zaborów stało się to dla niej inspiracją do wstąpienia do zakonu i mottem jej późniejszej działalności. W okresie międzywojennym s. Matylda z poświęceniem angażowała się w działalność oświatowo-wychowawczą. Zakładała nowe placówki edukacyjne i opiekuńcze dla dzieci, m.in. była przełożoną Ogniska Rodziny Maryi w Warszawie. Dzieci, które trafiały do placówek Rodziny Maryi, wychowywano w oparciu o wartości jakimi były wiara, patriotyzm i praca, uczyły się m.in. zamiłowania do porządku, prawdomówności i ducha ofiary. Matusia, prowadząc Ognisko Maryi i będąc przełożoną prowincji zgromadzenia, miała nieograniczoną ufność w Opatrzność Bożą. Zawsze stawiała czoła kolejnym przeciwnościom i nie traciła nadziei.

Już pośmiertnie w 2018 roku została odznaczona Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski i Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata za ratowanie Żydów w czasie okupacji przez Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holokaustu Jad Waszem w Jerozolimie. Prosili o to ci, których uratowała. „Nie zapomnę do końca życia tego momentu. Matka Getter była w tym małym ogródku na Hożej, zbliżyłam się do niej, powiedziałam, że nie mam gdzie się podziać, że jestem Żydówką, a więc wyjęta spod prawa. Na co matka mi odpowiedziała i tu przytaczam jej słowa: »Dziecko moje, ktokolwiek przychodzi na nasze podwórko i prosi o pomoc, w imię Chrystusa, nie wolno nam odmówić«” - wspominała Lila Goldschmidt.

Uciekinierzy u klasztornej furty

Z kroniki Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi wiadomo, że 1 września 1939 roku dzieci mieszkające na stałe w ich domu przy ul. Hożej w Warszewie były jeszcze na letnisku, więc Matusia (wtedy od trzech lat przełożona prowincji Niepokalanej) przyjęła do niego uciekinierów pukających do klasztornej furty. „90 dzieci i 20 sióstr z Kostowca, ok. 100 dzieci z Ciechocinka, dzieci i personel ze świeckiego zakładu na Grochowie, siostry i dzieci z ul. Chełmskiej — w sumie ok. 300 osób. Matusia dzieliła się wyżywieniem i wodą, wodę otrzymywała z sąsiedniej fabryki. Siostry chodziły po wodę wieczorem, gdy nie było kolejek i ścisku przy studni. A kiedy w fabryce zabrakło wody, trzeba było chodzić po nią, pod kulami, do szpitala przy ul. Oczki” - zapisała siostra w kronice.

Jak pisze Alina Petrowa — Wasilewicz, dom był przepełniony, ale panował w nim porządek i spokój. To Matusia doglądała wszystkiego, zorganizowała doraźną pomoc sanitarną, w czasie nalotów czuwała nad ratowaniem domu i „wszystkim dodawała męstwa swoimi słowami i zachowaniem”. Matka Matylda potrafiła też tak rozmawiać z siostrami i innymi ludźmi, że zgadzali się pomagać i współdziałać. Ona nie narzucała tego nikomu.

W 20 sierocińcach

To był dopiero początek okupacji niemieckiej. Z dokumentów zgromadzenia nie dowiemy się, kiedy przełożona generalna Ludwika Lisówna i przełożona warszawskiej prowincji Matylda Getter porozumiały się, jak będzie wyglądać współpraca w ratowaniu ludzi zagrożonych śmiercią. Dla nich oczywiste było, że trzeba pomagać Żydom, tak samo, jak trzeba było zaopiekować się sierotami, starcami, wypędzonymi i więźniami politycznymi. Wiedziały też, że w razie dekonspiracji płaci się za to życiem albo w najlepszym przypadku wywózką do obozu koncentracyjnego.

W tym czasie m. Matylda „zarządzała 40 domami, w tym 20 sierocińcami, z których wiele, tak jak Kostowiec, leżało na uboczu, w otoczeniu parków, na dużych działkach z sadami, warzywnikami, szopami, budynkami gospodarczymi przeznaczonymi dla domowego inwentarza, z zakamarkami w piwnicach i warsztatach, wreszcie z klauzurą, do której dostęp miały wyłącznie zakonnice, a także z infirmeriami, w których leczyli się chorzy i które Niemcy skrzętnie omijali, gdyż panicznie bali się chorób zakaźnych. Ponadto każdy usytuowany poza miastem dom zgromadzenia produkował własną żywność — warzywa i ziemniaki, jajka, mleko, kaszę, których nigdy nie starczało dla wciąż powiększającej się gromady dzieci i młodzieży, ale które choć częściowo zaspakajały ich potrzeby. I co najważniejsze, Matusia miała sztab niezwykle ofiarnych, zdyscyplinowanych sióstr, twardych, zaprawionych w zmaganiach z przeciwnościami, samodzielnych i pomysłowych, przywykłych do wyrzeczeń i ascezy, głęboko wierzących. Były to wierne i lojalne współpracownice, na które mogła liczyć i którym mogła bezgranicznie ufać. To z nimi koordynowała swoje działania, wiedząc, że jeśli tylko powierzy im żydowskie dziecko lub osobę dorosłą, może być spokojna o los uciekiniera” - pisze autorka „Uratować tysiąc światów”.

Uznanie moich wartości

Nie wiadomo kiedy do domu zgromadzenia trafiło pierwsze żydowskie dziecko albo osoba dorosła. Nie wiadomo też ile ich dokładnie było. Na pewno co najmniej 750 dzieci. Pomagając im siostry korzystały nie tylko z fałszywych metryk chrztu. Gdy dziecko miało łatwo rozpoznawalne semickie rysy rozjaśniały włosy, bandażowały głowy. W czasie rewizji domów kazały kłaść się do łóżek w infirmerii. Uczyły dzieci modlitw, piosenek i wierszyków, które miały pomóc przekonać otoczenie, że są one Polakami.

Matka Matylda wprowadziła zasadę, że „chrzczono małe dzieci, które nie miały opiekunów, a metryka chrztu miała być ich ochronną tarczą. Dzieci starsze, w wieku od ośmiu do dziesięciu lat, chrzczono tylko po uzyskaniu zgody rodziców lub opiekunów”. Jeżeli ktoś z dorosłych chciał przyjąć chrzest, po przygotowaniu otrzymywał ten sakrament. Obowiązywała zasada szacunku dla korzeni narodowych i wyznania każdej osoby. Potwierdza to Mary Goldschmidt, którą siostry zaopiekowały się od 1943 roku. „Co mi powiesz, dziecko? — zapytała mnie Matusia Getter. Opowiedziałam jej, że policja jest na moich śladach, że nie mogę wrócić do swojego mieszkania, że jestem żydówką (...). Tego dnia już zostałam na Hożej. (...) Któregoś dnia Matusia Getter ofiarowała mi maleńki medalion, mówiąc: „Ja wiem, że ty w to nie wierzysz, to nic nie szkodzi, bo ja w to wierzę, trzymaj go przy sobie”. Mam go jeszcze do dzisiaj. (...) S. Janina Osierdzie  (właśc. Osińska), która się mną specjalnie zajmowała, też nigdy nie starała się zmieniać mojej wiary. Dostałam od niej książeczkę do nabożeństwa ze słowami: „Naucz się tych modlitw, to ci się może przydać”. Wiedziałam, że dyrektywy pochodzą od Matusi Getter (...). Znajomość religii katolickiej mogła czasem pomóc przy ukrywaniu się pod fałszywymi papierami. (...) Modlitewnik towarzyszył mi często, ale świadomość szacunku dla mojej własnej religii, który czułam u Matusi, jej respekt dla mojej przynależności, uznanie moich wartości było dla mnie największą podporą” - wspominała w 1984 roku w Paryżu.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama