Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Boné Édouard

Bóg, niepotrzebna hipoteza?


Tytuł oryginału. DIEU. Hypothèse inutile?
Wydanie w języku polskim zrealizowane za pośrednictwem
Agencji Literackiej Eulama
Wydawnictwo WAM 2004




Część III. OSIĄGNIĘCIA BIOTECHNOLOGII

 

Rozdział XI. Odpowiedzialna odwaga

Jeśli się dobrze zastanowimy, zestawianie tych dwóch terminów: „wiara” i „biologia”, nie jest pozbawione logiki. Wprawdzie biologia i wiara rozchodzą się w kierunku dwu odrębnych i autonomicznych horyzontów umysłowych, to jednak odnajdują się na powrót w jedności tego samego podmiotu, tej samej osoby ludzkiej, miejsca życia biologicznego i jednocześnie, być może, wiary chrześcijańskiej, tego samego badacza naukowego, noszącego w sobie podwójne pytanie: jak? i dlaczego? Ze względu na konieczność spójności wewnętrznej wizji, mamy prawo — a w przypadku wierzących należałoby nawet powiedzieć: obowiązek —nosić w sobie to podwójne pytanie: wiarę i biologię.

Sobór Watykański II umacnia nas w naszych odważnych poszukiwaniach i w rozszyfrowywaniu podstawowych praw biologii, kiedy mówi: „we wszystkich dyscyplinach wiedzy badanie metodyczne, jeśli tylko przebiega w sposób prawdziwie naukowy (...) nigdy w istocie nie będzie sprzeczne z wiarą, ponieważ sprawy świata i sprawy wiary pochodzą od tego samego Boga”(Gaudium et spes 36). Wierzący mają więc rację, gdy zestawiają ze sobą pojęcia wiary i biologii, gdy stawiają pytanie o ich kompatybilność, gdy pragną poruszać się bez trudności i ze swobodą w świecie rzeczywistości fizycznych i cielesnych, dochodzić z ich pomocą do lepszego rozumienia świata duchowego, który się w nich odzwierciedla, a tym samym do pogłębienia wiary.

Chodzi zresztą o coś zupełnie innego niż pewność intelektualna, komfort epistemologiczny czy porządek samej kontemplacji. W grę wchodzą tu bezpośrednio konkretne życie z jego zaangażowaniami, plany i wysiłki w nim podejmowane i realizowane. W świecie nauki i technologii wierzący żadną miarą nie powinien się czuć zagubiony i odsunięty na margines; ma on w nim pełne prawo obywatelstwa. W tym ostatnim rozdziale chcielibyśmy jeszcze powiedzieć o ścisłym obowiązku pracowania w tym świecie — nie koniuszkiem palców, w zażenowanym milczeniu, ale jako odważny i odpowiedzialny współpracownik.

 

Stwórca rzeczy widzialnych

„Wierzę w jednego Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych”. Dogmat ten Kościół ogłasza w 325 roku na Soborze Powszechnym w Nicei. Został on wpisany w pierwszy werset uroczystego wyznania wiary, które od tamtego czasu jest odmawiane w każdą niedzielę podczas celebracji eucharystycznej. Tę starą, nieco dziwną formułę należy poprawnie rozumieć; nie jest ona potwierdzeniem monoteizmu, który w oczach Kościoła byłby zagrożony przez jakieś inne, rywalizujące i konkurencyjne bóstwa: „Wierzę w jednego Boga...” Prawda jest zupełnie inna, gdzie indziej znajduje się puenta tego wyznania: „Wierzę, że ten sam Bóg, Ojciec wszechmogący, jest Początkiem rzeczy widzialnych i niewidzialnych, ziemi i nieba...” Wyznając od Soboru Nicejskiego ten podstawowy dogmat, wiara chrześcijańska głosi, że świat materii i świat życia są darem Boga, że zarówno ciało, jak i dusza są gestem Jego szczodrobliwości i narzędziem Jego łaski; że te widzialne, fizyczne rzeczywistości są przekaźnikami Jego tkliwej dobroci i mogą nam dopomóc we wznoszeniu się ku Niemu; że istnieje tylko jedna droga, która prowadzi do nieba, ta, którą ludzie przemierzają w swym ciele uczynionym z mułu ziemi, i że Ziemia, z całym swym bogactwem, doświadczeniem, pięknem i ciepłem oraz emanowanymi ze siebie energiami jest prawdziwym atelier raju.

Dlaczego było konieczne tak uroczyste ogłoszenie tej prawdy i uczynienie z niej centralnego dogmatu wiary? Ponieważ w grę wchodziło ocalenie ziemi i życia od grożącej im anatemy; trzeba było bronić chrześcijaństwo przed fałszywym tropem, na którym mogło się znaleźć. I to właśnie domaga się krótkiego wyjaśnienia.

W pierwszych wiekach swej historii Kościół nasz znalazł się w środowisku pogańskim, które głęboko przenikała filozofia wrogo ustosunkowana do materii, a tym samym i do życia. Już od połowy tysiąclecia hinduscy myśliciele widzialny wszechświat uważali za złudzenie. Filozofia grecka — jeśli nie w autentycznej myśli Platona, to przynajmniej u jego komentatorów — także rzuciła anatemę na materię: duszę uważano za substancję boską, ale jej nieszczęsny upadek w materię był grzechem, a zbawienie polegało na wydobyciu jej z tego ciała, w którym się na swe nieszczęście znalazła. Logicznie więc Plotyn — jak dowiadujemy się od Porfiriusza — „wstydził się, że ma ciało”. O tę samą rafę rozbijali się stoicy.

Nie należy się dziwić, że w tej atmosferze gnostycy, za jakich uważali się niektórzy chrześcijanie, szybko na swój sposób zinterpretowali dualistyczne sformułowania świętego Pawła, zniekształcając w ten sposób oryginalny sens przeciwstawienia „cielesne — duchowe”, występującego w jego Liście do Rzymian. Gnostycyzm podjął wkrótce gwałtowną ofensywę, zmierzającą do zbudowania teologii chrześcijańskiej, a więc i soteriologii, osadzonej na przesłance potępienia materii.

Tak więc w pierwszym potężnym starciu doktrynalnym naszego Kościoła, u samych początków jego dziejów, chodziło nie o potępienie negacji Boga, lecz o wyraźne odcięcie się od negacji świata. Jego pierwszym, dziś nieco zapomnianym zwycięstwem nie było wyznanie Pana nieba, lecz ocalenie rzeczywistości ziemi, czyli w ostatecznym rozrachunku o szacunek dla materii, o wartość ciała i życia. Zgoda na radykalne oddzielenie materii i ducha, rzucenie anatemy na materię, a tym samym na całość widzialnego świata i życia — naszego biologicznego i cielesnego życia — stanowiło śmiertelne niebezpieczeństwo i pokusę gigantycznego bluźnierstwa. Zasługą Soboru Nicejskiego było odważne zażegnanie tego niebezpieczeństwa.

 

Pierwsze błogosławieństwo

Należałoby tu przypomnieć to a priori błogosławieństwa udzielonego stworzonemu światu materii i życia. Ni mniej ni więcej, chodzi o to, że nasza wiara zaprasza nas do przeżywania świata i życia we Wszechświecie jako błogosławieństwa, jako królewskiego daru rzeczy pięknych i dobrych, mających stanowić źródło naszej radości. Takie jest wielkie przesłanie pierwszych stronic Księgi Rodzaju: „Niechaj ziemia wyda rośliny zielone: trawy dające nasiona, drzewa owocowe rodzące na ziemi według swego gatunku owoce, w których są nasiona! (...) Niechaj się zaroją wody od istot żywych, a ptactwo niechaj lata nad ziemią, pod sklepieniem nieba! (...) Niechaj ziemia wyda istoty żywe różnego rodzaju: bydło, zwierzęta i dzikie zwierzęta! I stało się tak. I widział Bóg, że były dobre. Szóstego dnia stworzył Bóg człowieka (...) mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną» (...). A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (1,11-31) . 

Judeochrześcijańska koncepcja stworzenia mówi coś więcej jeszcze: stworzenie ma charakter świecki; wyszło z rąk Boga, ale nie jest Bogiem. W religiach klasycznej starożytności drzewa i rzeki, gwiazdy i obłoki były mieszkaniem bogów; Wulkan, Eol, Demeter i Gaja należały do pogańskiego panteonu. Przywracając ziemi jej świecki charakter, czyniąc z niej dar Boga dla ludzi i miejsce ich zamieszkania, odmawiając stworzonemu światu sakralności, uważając ziemię za ogród przeznaczony pod uprawę, za obszar, który ludzie mieli uprawiać jako swą własność, ażeby tu żyć i osiągać szczęście, wiara chrześcijańska dokonała radykalnego przeobrażenia wizji natury i świata. Zawiera się w tym implicite także rozwój nauki i technologii. Bo jeśli rzeczy widzialne, które wyszły z rąk Boga, nie są mieszkaniem bogów, lecz zostały powierzone człowiekowi, znaczy to, że nie są sakralne i nietykalne, nie chroni ich też żaden tajemniczy zakaz. Zostały nam dane po to, żebyśmy je stopniowo coraz lepiej poznawali, doskonalili i katalogowali oraz oddawali je w służbę ludzkiej rodziny i wielkiego zamysłu stwórczego, w obrębie którego pełnimy rolę współtwórców.

Ósmy rozdział Listu do Rzymian otwiera tę perspektywę ufnego entuzjazmu: „Stworzenie z upragnieniem oczekuje (...) w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych. (...) całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia” (8,19-22). Tak więc stojąc wobec rzeczywistości widzialnych i rozwijającej się na ich terenie nauki i technologii, wierzący może nie tylko czuć się wolny, ale powinien także słyszeć idące od nich wezwanie: zaproszony do posługiwania się tymi rzeczami — nie kapryśnego i lekkomyślnego oczywiście, lecz w duchu służby i współpracy — wkracza na ich teren jako odważny i odpowiedzialny współpracownik.

 

Odwaga odpowiedzialna

Niektórzy odnoszą niekiedy wrażenie, że Kościół ma w tej materii tylko zakazy, zawsze mówi „nie”, a przynajmniej caveat (ostrożnie!). Otóż przed takim caveat i „nie”, powinniśmy w pierwszym rzędzie słyszeć „tak” Boga, słowa pokrzepienia i błogosławieństwa; są to pierwsze Jego słowa skierowane do ludzkiej pary i do „rzeczy widzialnych”: „Bóg widział, że wszystko było dobre, bardzo dobre...”. Jak wspomnieliśmy, pierwsza wielka walka stoczona przez Kościół wynikła z jego szacunku do materialnych stworzeń. Badania, nauka, doszukiwanie się logiczności — to idąca przez wieki najbardziej autentyczna żywa tradycja, której nowe sformułowanie dają w naszych czasach Sobór Watykański II i encyklika Fides et ratio papieża Jana Pawła II.

Zdrowa odwaga nie może być nieodpowiedzialna. Zatem domaga się ona mądrości. Ale mądrość nie może się pokrywać z lękliwą małodusznością. W omawianej tu przez nas bioetyce można bez trudności wskazać parę konkretnych okoliczności, w których taka dyspozycja znalazła odbicie lub też jest gorąco oczekiwana.

 

Kreatywność etyczna

W rzeczy samej nieodzowna jest etyczna kreatywność. Wszelkie dostępne nam kryteria, punkty orientacyjne, wytyczne, wskazówki pastoralne i ich uważna recepcja w Kościele, także doświadczenie ludzi dobrej woli, nigdy nie będą w stanie dać wystarczających, definitywnych i pełnych odpowiedzi na ciągle nowe, natarczywe pytania, pojawiające się z konieczności zawsze w odmiennym kontekście. Konieczna tu jest nieprzerwana kreatywność etyczna, która ma towarzyszyć stałemu rozwojowi nauki i techniki. W jeszcze większym stopniu niż którykolwiek inny rozdział etyki, bioetyka nigdy nie jest rozdziałem zamkniętym; jest to raczej stały wysiłek refleksji, zawsze otwarty na ciągle zmieniający się kwestionariusz dotyczący rozwoju wiedzy i ludzkiej pomysłowości. Ponieważ moralność zobowiązuje do inwencji w realizowaniu odpowiedzialności, nigdy nie jest ona smutnym sztywnym zbiorem zakazów, a tym bardziej wypróbowanym zbiorem wspaniałych „recept”, opracowanych raz na zawsze i zwalniających z dalszych poszukiwań. Przeciwnie, jest ona najszlachetniejszym aktem wolności, niecierpliwie poszukującej dobra.

Poczynając od płaszczyzny zasad, nie będzie rzeczą zbyteczną przypomnieć, że inspirująca się Nowym Testamentem tradycja chrześcijańska zna dwie podstawowe drogi otwarte dla chrześcijanina, z pomocą których może kierować swym działaniem moralnym zgodnie z wolą Bożą32: św. Jan przypomina o namaszczeniu, jakie otrzymał wierzący, i które w nim pozostaje: namaszczenie to nie kłamie, ono go oświeca, tak że nie potrzebuje już pouczeń33. Tę funkcję „wewnętrznego nauczyciela” oświecającego w głębi duszy obszernie komentowali i objaśniali Augustyn i Klemens Aleksandryjski, a w późniejszych czasach Tomasz z Akwinu, który mówi o „nowym prawie Ewangelii” jako o zamieszkiwaniu Ducha Świętego w sercu wierzącego. Ale Nowy Testament mówi także wyraźnie, zwłaszcza w Ewangelii świętego Mateusza i listach świętego Pawła, o funkcji Magisterium zewnętrznego, niezbędnego dla społeczności kościelnej, które się dokonuje przez pośrednictwo struktur władzy w Kościele. Każda z tych dróg ma swoją specyfikę, ale w działaniu pełnią one wobec siebie zasadniczo rolę komplementarną.

Magisterium to nie utożsamia się z Tradycją; jego zadaniem jest kierowanie jej stałym dynamizmem. W związku z tym Sobór Watykański II akcentuje pozytywny wkład Ludu Bożego w pełnienie tej funkcji nauczycielskiej: „Święty Lud Boży uczestniczy także w prorockiej funkcji Chrystusa (...). Ogół wierzących (...) nie może zbłądzić w wierze”34. Spełnia on znaczącą rolę pozytywną w służbie całego Ciała Kościoła i samego Magisterium, co wyraźnie stwierdził Paweł VI w październiku 1976 roku, z okazji VI Kongresu, poświęconego teologii Vaticanum II: „Magisterium wie, że bez pomocy teologii niewątpliwie mogłoby zachowywać wiarę i jej nauczać, ale trudno byłoby mu osiągnąć ten stopień pełni i głębi, jakiego wymaga należyte pełnienie jego zadań”35.

Zatem do służenia wierze i moralności są powołani nie tylko teologowie, lecz także całość Ludu Bożego, a nawet niewierzący. „Przez wierność sumieniu chrześcijanie łączą się z innymi ludźmi w celu poszukiwania prawdy i rozwiązywania w prawdzie tak wielu problemów moralnych, które powstają zarówno w życiu jednostek, jak i we wspólnym życiu społecznym”36. Sobór wyraźnie uznaje swoisty wkład ludzi laikatu i ludzi prowadzących zawodową działalność świecką: „Jest już sprawą odpowiedniego ukształtowania się sumienia, aby prawo Boskie było wpisane w życie państwa ziemskiego. Od kapłanów zaś świeccy powinni oczekiwać światła i mocy duchowej. Niech jednak nie sądzą oni, że ich pasterze są zawsze dostatecznie kompetentni, aby w każdej rodzącej się kwestii, a zwłaszcza poważnej, mogli mieć gotowe konkretne rozwiązanie, albo że do tego właśnie zostali posłani. Niech raczej sami, oświeceni chrześcijańską mądrością, biorąc pod uwagę doktrynę Nauczycielskiego Urzędu Kościoła, podejmują się wykonania właściwych sobie zadań”37.

Niech raczej sami podejmują się wykonania właściwych sobie zadań. Ten wkład różnych dyscyplin, składających się na dyskusje bioetyczne, nie pozostaje pustym słowem. Znajduje on wyraz w niezliczonych forach, powoływanych w tym celu na szczeblu państwowym i międzynarodowym z inicjatywy rządów, uniwersytetów, ugrupowań konfesyjnych lub prywatnych stowarzyszeń. Ich konkretnym owocem są instrukcje, kodeksy, dyrektywy, konwencje, prawodawstwa czy rozmaite projekty ustaw. Czy zawsze odpowiadają one w pełni postulatowi wzmiankowanej wyżej odpowiedzialnej odwagi? Dokładna analiza przekroczyłaby ramy tego rozdziału, a rezultat byłby z pewnością niekiedy negatywny. Ale sam postulat nie traci tym samym swej mocy i radością napawa fakt, że jest on realizowany przez wiele instancji. Można by tu przytoczyć wzorcowy przykład francuskiego Komitetu Narodowego Etyki nauk o życiu i zdrowiu oraz bardzo wyważone na ogół stanowisko, jakie potrafił zajmować; na uwagę zasługuje również otwarte, a zarazem rozważnie działające z jego inspiracji ciało prawodawcze, którego członkowie potrafili nawet przewidzieć niezbędne zmiany, które by uwzględniły doświadczenia następnych pięciu lat. Można by też przypomnieć okresowe „moratoria”, jakie sama społeczność naukowców potrafi sobie wyznaczać; takie moratorium nie zamierza zamykać danego dossier, jego intencją jest tylko zawieszenie badań czy praktyki w oczekiwaniu dalszych, uzupełniających informacji. Jako przykład może tu służyć głośne, uzgodnione w USA, moratorium na rekombinację DNA, zdjęte trzy lata później na konferencji w Asilomar. Dzisiaj odpowiedzialna rozwaga zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Ameryce, nakazywałaby uchwalenie analogicznego moratorium w sprawie klonowania i ksenotransplantacji. Odpowiedzialna odwaga: nie należałoby też zapominać o wydawanych niemal wszędzie normach w krajach wysoko rozwiniętej technologii, dotyczących różnych stadiów wyznaczanych w przeprowadzaniu eksperymentów biomedycznych, oraz o stopniowo realizowanych programach prób klinicznych, wymagających nie tylko zgody dorosłych, ale i jednoczesnego podejmowania odpowiednich roztropnych kroków.

Taką odpowiedzialną odwagę z radością odnotowujemy również w niektórych aktach oficjalnego Magisterium Kościoła. Jako wzorcowe można by tu przytoczyć dwa teksty: pierwszy, dotyczący uśmierzania bólu, zawdzięczamy papieżowi Piusowi XII38. Od momentu pojawienia się tego dokumentu w analgezji dokonały się głębokie przeobrażenia. Ale orientacyjne zasady określone w 1957 roku okazują się ciągle aktualne. Niezwykle przenikliwe, nawołujące do poszanowania godności człowieka, ale zaskakująco otwarte w kwestii stosowania narkotyków, nawet gdyby miały pociągnąć za sobą nie zamierzone bezpośrednio skrócenie życia. Inny przykład takiej odpowiedzialnej odwagi dotyczy badań prowadzonych na terenie inżynierii genetycznej: Jan Paweł II39 w swoich dwu wypowiedziach poświęconych temu problemowi gorąco zachęca do prowadzenia badań biologicznych i do ich technologicznych zastosowań. Jak pisze, zabiegi terapeutyczne są zgodne z logiką chrześcijańskiej tradycji etycznej i zasługują na pochwałę, pod warunkiem szanowania osobowego dobra człowieka, wystrzegania się mentalności redukcyjnej i respektowania w całości zasad etyki.

W październiku 1989 roku podczas sympozjum biskupów Europy, poświęconego nowym postawom wobec narodzin i śmierci, rozumianym jako wyzwanie do ewangelizacji, kardynał Martini zwrócił uwagę na palącą konieczność zajmowania wobec naszego współczesnego świata postawy nie systematycznie obwiniającej, lecz postawy nadziei: „Ta nadzieja może się umocnić, jeżeli wyzwanie rzucone Kościołom jest w sposób jasno ukazywane jako pozytywne zadanie nowej inkulturacji życia chrześcijańskiego w nowym społeczeństwie, charakteryzującym się wysokim stopniem nauki i techniki”. W tej kwestii ważną rolę do spełnienia mają ludzie świeccy: ażeby mogli ją zaakceptować z przekonaniem i inicjatywą — z odpowiedzialną odwagą — oraz pracować „na chwałę Bożą i dla pożytku ludzi”, potrzebują słów pokrzepienia i zachęty.

 

„Przeczuwać razem z Kościołem i dla niego”

Nie od rzeczy będzie przytoczyć tu kilka słów Piotra Teilharda de Chardin, tego kapłana naukowca, który całe swe życie poświęcił ukazywaniu „rezonansów” zachodzących między nauką i adoracją oraz — by powtórzyć jego własne słowo — czynieniu chrześcijaństwa „zaraźliwym”. „Badania naukowe z pozoru zawierają śmiałe poczynania, których w danym momencie nie da się pogodzić z wyartykułowanymi zasadami moralności i dogmatu. A przecież (moim zdaniem) jedynym sposobem uwiarygodnienia dogmatu i doktryny moralnej jest ukazanie ich powiązań z badaniami naukowymi (a nawet jako warunków tych badań)”40. „Badania naukowe są moralnie konieczne i z konieczności niemoralne” — często powtarzał Jean Bernard, pierwszy przewodniczący francuskiego Komitetu Narodowego Bioetyki. Wzruszające jest odkrycie tego zatroskania u Teilharda w jego korespondencji z teologiem, współbratem Henri de Lubac. Gdy z racji studiów i zrządzenia Opatrzności znalazł się pośród najaktywniejszych środowisk naukowych, Teilhard odkrywa tu szczególnie pomyślną okazję zastosowania reguły znalezionej w Ćwiczeniach świętego Ignacego: „czuć razem z Kościołem”. Nie przypadkiem w jego pismach czy w osobistej korespondencji często można znaleźć przejawy tej podstawowej troski: „Na tych stronicach mogę wyrazić tylko jedną swą nadzieję: że czuję razem z Kościołem —albo dokładniej: przeczuwam z Kościołem”41. Czuje razem z Kościołem tak wiernie, tak lojalnie i w duchu synowskim, że zaczyna „przeczuwać”, co może służyć jego dobru i dobru „chrześcijaństwa, istotnemu dla przetrwania człowieczeństwa”42.

Ten odważny myśliciel byłby szczęśliwy, gdyby w Rzymie powstała „komisja naukowa, która miałaby za zadanie sygnalizować naczelnym władzom punkty, co do których można mieć pewność, że ludzkość zajmie nazajutrz stanowisko, takie jak: 1) pewien eugenizm (optimum et non maximum) reprodukcji, połączony ze stopniowym odłączaniem płciowości od prokreacji; 2) absolutne prawo (oczywiście prawo do ustalenia co do jego „timing” i warunków) do sprawdzania wszystkiego aż do końca, nawet na terenie biologii człowieka; 3) przyjęcie, jako statystycznie bardziej prawdopodobnego, istnienia centrów myślenia w każdej galaktyce. Wszystko to będzie nas kiedyś dotyczyło bezpośrednio”43. Tekst ten został napisany w 1953 roku, dokładnie ćwierć wieku przed pierwszym zapłodnieniem in vitro i roszczeniami współczesnej biologii „do próbowania wszystkiego bez stawiania warunków”, ćwierć wieku przed pojawieniem się potrzeby i zagrożeń pewnego eugenizmu naukowego. Teilhard nalega na potrzebę odpowiedzialnej odwagi jako syn Kościoła, razem z którym gorąco pragnie „czuć i przeczuwać”.

 

 Spis treści...

opr. mg/mg



 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: medycyna choroba etyka sumienie Bóg stworzenie Stwórca bioetyka nauki godność osoby eugenika biotechnologia in vitro nauka a wiara przysięga Hipokratesa kodeks etyczny naukowy obraz świata światopogląd naukowy kreatywność etyczna