Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Barbara A. Krawcowicz

Niewiara szuka rozumienia

Spór o teologię na uniwersytecie

Z uwagą śledzę toczącą się na łamach "Tygodnika" debatę poświęconą problemowi obecności teologii na świeckich uniwersytetach. We wszystkich opublikowanych w tym cyklu tekstach, zwykle marginalnie - wyjątkiem jest tu artykuł Jarosława Makowskiego ("TP" 28/98) - pojawia się kwestia otwarcia fakultetów teologicznych dla osób niewierzących, czy może szerzej: nie mogących wylegitymować się stosownym poświadczeniem chrześcijańskiego zaangażowania.

Problem ten swego czasu żywo mnie zajmował. Dwa lata temu, powodowana nie tylko czczą ciekawością, zasięgałam w sekretariatach wszystkich chyba uczelni i wydziałów teologicznych w Polsce informacji dotyczących tego, jakie dokumenty należy składać, ubiegając się o przyjęcie w poczet studentów danej uczelni (wydziału). Wszędzie, niezmiennie uprzejmie i stanowczo zarazem, mówiono m.in. o dokumencie, który można byłoby nazwać "świadectwem moralności i chrześcijańskiego zaangażowania", wystawionym przez duszpasterza odpowiedniej parafii. Warunek ten skutecznie wykluczał mnie z grona potencjalnych kandydatów. Ilekroć w rozmowie przyznawałam, iż jako osoba znajdująca się poza widzialnymi granicami Kościoła stosownego zaświadczenia zdobyć nie mogę, słyszałam w słuchawce telefonu pytanie, zdradzające szczere zdumienie mego rozmówcy: "To po co chce pani studiować teologię?" Chcąc uniknąć zamęczenia, przypadkowych przecież, interlokutorów opowieściami o moich filozoficznych zainteresowaniach i egzystencjalnych rozterkach mających podłoże religijne, odpowiadałam po prostu, iż ta dziedzina wiedzy wyjątkowo mnie interesuje. Odpowiedź ta nigdy jednak nie spotkała się ze zrozumieniem. Wciąż powracało pytanie: po co osobie niewierzącej studiowanie teologii?

Zniecierpliwiona schematycznością przeprowadzanych rozmów napisałam list z pytaniem o to, dlaczego ludziom takim jak ja odmawia się dostępu do teologicznych studiów, a nawet szerzej - wstępu na katolickie uczelnie. List ów, dzięki uprzejmości redakcji "Znaku", dotarł do rąk najbardziej odpowiednich, a mianowicie do pełniącego podówczas funkcję prodziekana Wydziału Teologicznego warszawskiej ATK ks. prof. Michała Czajkowskiego. Ksiądz profesor poinformował mnie, że mogę podejść do wstępnych egzaminów bez przedstawienia wspomnianego zaświadczenia. W sumie więc wszystko skończyło się dobrze (przynajmniej z mojego punktu widzenia). Jednak trzymając w ręku list od księdza prodziekana nie mogłam powstrzymać się od zadania następującego pytania: ile osób szczerze pragnących studiować teologię i znajdujących się w podobnej sytuacji zniechęciło się po pierwszym telefonie lub po przeczytaniu zasad rekrutacji?

Sedno całej kwestii stanowią, jak myślę, odpowiedzi na dwa pytania. Pierwsze z nich już padło: po co tym ludziom teologia? Odpowiadać na nie mogę oczywiście jedynie we własnym imieniu, motywacje są tutaj prawdopodobnie dość zróżnicowane. Otóż wydawało mi się najzwyczajniej w świecie, że studia teologiczne mogą mi w pewien sposób pomóc - niekoniecznie w tym sensie, iż miałyby umożliwić mi jednoznaczne umiejscowienie własnej osoby po którejś stronie, sformułowanie jasnej autodefinicji. Nie pragnę takiego samookreślenia, dość wysoko cenię sobie bowiem swój status osoby, jeśli można to tak określić, oscylującej pomiędzy dwoma członami alternatywy wierzący - niewierzący. Myśl o rozpoczęciu studiów teologicznych była u mnie związana przede wszystkim ze specyfiką moich zainteresowań filozoficznych. Tym bowiem, co w filozofii najbardziej mnie zajmuje jest, posłużę się tu określeniem księdza Tischnera, problematyka "skrzyżowania dróg" filozofii człowieka i filozofii Boga. Czy chęć zapoznania się z dorobkiem myśli teologicznej nie jest w takiej sytuacji zupełnie naturalna? I czy dziwić może fakt, iż swoje z nią spotkanie chciałam odbyć w towarzystwie i z pomocą osoby kompetentnej, której rady pozwoliłyby mi na lepszą orientację w nieprzebranym bogactwie teologicznych dzieł?

Jarosław Makowski swą argumentację na rzecz otwarcia wydziałów teologicznych dla agnostyków wsparł faktem z życia osobistego - dla niego studia te stały się drogą do wiary. Nie wiem, czy w moim przypadku stałoby się podobnie. Być może nie. Być może z punktu widzenia misji ewangelizacyjnej, jeśli rozumieć ją wąsko, tj. jako doprowadzenie jak największej ilości osób do nawrócenia, moje spotkanie z teologią skończyłoby się fiaskiem. Ale czy byłoby to równoznaczne z uznaniem tej próby za fiasko pod każdym względem?

W tym miejscu postawić należy pytanie drugie: na ile sensownym jest studiowanie teologii przez agnostyka? Odpowiadać na nie powinni, jak myślę, przede wszystkim sami teologowie. Oni przecież wiedzą najlepiej, czym teologia jest, jakiego przygotowania - tak merytorycznego, jak i duchowego - wymaga jej studiowanie. Piotr Sikora odpowiada cytując św. Jana Ewangelistę: "Każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga" (1J 4,7b-8) i dodaje: "nie zna, choćby znał na pamięć całą Biblię i wszystkie książki teologiczne" ("TP" 25/98). Miłość Boga jako warunek konieczny teologicznych studiów - nie jest to bez wątpienia stwierdzenie pozbawione słuszności. Rozważyć jednak należy w tym miejscu fakt, czy posiadamy jakiś jeden, jedynie słuszny i obowiązujący wzorzec tejże miłości? Jak ją weryfikować? Jarosław Makowski wspomniał w swym tekście osobę Simone Weil - czy nie jest absurdalne to, że przy obowiązujących kryteriach weryfikacji kandydatów na studentów katolickich uczelni miałaby ona poważne trudności z dostaniem się na takową? Fakt ten daje do myślenia.

Ksiądz Węcławski pisze tak: "wszystko, o czym w teologii mowa, wszystko, co w jej ramach wyrażamy i określamy, możemy naprawdę zrozumieć jedynie w ścisłym i wewnętrznym związku z Bogiem…" ("TP" 25/98). Nie mam zamiaru polemizować z tym stwierdzeniem, chciałabym jedynie wiedzieć, co znaczą sformułowania: "ścisły i wewnętrzny związek z Bogiem" i "naprawdę zrozumieć". Jakie zrozumienie jest w przypadku twierdzeń teologicznych zrozumieniem prawdziwym i czy żadne inne nie ma najmniejszej nawet wartości? Być może jedyna poprawna odpowiedź na to pytanie brzmi następująco: rozumienie jest tylko jedno; po prostu albo się coś rozumie, albo nie. Moje filozoficzne studia każą mi być nieufną w stosunku do takiego stwierdzenia. Bardzo chętnie zapoznałabym się jednak z argumentami przemawiającymi na rzecz słuszności tej tezy.

Bardzo możliwe, że różnica między teologią a filozofią polega między innymi na tym, iż w przypadku tej drugiej nie trzeba, w celu zrozumienia jakiejś doktryny, być jej zwolennikiem. Ale nawet jeśli rzeczywiście tak właśnie jest, nie przesądza to negatywnie, w moim przekonaniu, kwestii sensowności podejmowania teologicznych studiów przez osoby znajdujące się na religijnym rozdrożu. Czy wielkim sukcesem w ich przypadku nie byłoby samo poszerzenie myślowych horyzontów, dostrzeżenie nowych, fascynujących perspektyw, bezpośrednie zetknięcie z odmiennym sposobem myślenia, postrzegania świata i jego spraw?

Z różnych względów nie przystąpiłam do egzaminów wstępnych na Wydział Teologiczny ATK. Nie mogę więc na podstawie własnego doświadczenia powiedzieć, jak to jest, gdy agnostyk przekracza bramy katolickiej uczelni i słucha wykładów o Trójcy Świętej. Nic jednak straconego - być może zacznę kiedyś teologię studiować. Wydaje mi się bowiem, iż niewiara także ma prawo poszukiwać zrozumienia. Nawet jeśli go nie znajdzie - cóż z tego? Liczy się przecież "droga prowadząca ku szczytom".



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: teologia filozofia uniwersytet wydział świadectwo moralności Tischner Węcławski agnostyk
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W