Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Elżbieta Ciesielska

Otworzyć skarbiec

Spór o teologię na uniwersytecie

Do postawionych we wcześniejszych numerach "TP" (25, 26 i 28/98) pytań "gdzie studiować teologię?" oraz "jak ją uprawiać?", dorzuciłabym inne, z pozoru banalne: kto ma ją studiować? I jeszcze, mając na uwadze wymiar praktyczny: po co w ogóle studiować teologię, skoro perspektywa znalezienia w Polsce pracy przez teologa świeckiego pozostaje zerowa?

Uznając, że teologia jest żywą refleksją nad wiarą, nad spotkaniem człowieka z Bogiem, chciałabym w tym procesie upomnieć się jeszcze dosadniej niż Karol Tarnowski o aspekt naukowości. Tarnowski pisząc o aparacie pojęciowym teologii, o jej narzędziach poznawczych i metodologii określa taką teologię mianem "naukowej". Czy to inna, jakaś nowa teologia? Dlaczego dokonujemy rozróżnień na teologię serca, wiary i teologię naukową? Stawiając nacisk na przeżycie, na świadectwo wiary, zaangażowanie w działalność w Kościele, odsuwa się na plan dalszy wymóg naukowości. Nie idzie mi tu o ustalanie jakiejś hierarchii, ale o uwypuklenie faktu, że teologia jest nauką, a nie tylko osobistą refleksją. Może studenci na wykładach o Trójcy Świętej są znudzeni, bo teologii trynitarnej brakuje odpowiedniego do naszych czasów i możliwości percepcyjnych aparatu pojęć? Może teologia trynitarna przemawia językiem archaicznym, bo na skutek zaniedbań myślenia interdyscyplinarnego nie wypracowała języka umożliwiającego dzisiaj przekazanie Tajemnicy? Teologia potrzebuje nie tylko serca i wiary, potrzebuje także rozumu i wiedzy. Bytując wyłącznie w pierwszym środowisku wynaturza się w różne -izmy, bytując w drugim, podcina swe korzenie.

Karol Tarnowski zastrzega, że w teologii "nie chodzi jedynie o to, żeby chrześcijanin uzyskiwał nieco lepsze rozumienie tego, w co wierzy (...) Chodzi także o to, by świadczył o swojej wierze". I znów: świadczyć o swojej wierze ma każdy chrześcijanin. Sama istota wiary zakłada przecież dzielenie się nią. Dlaczego o studiowaniu teologii na świeckich uczelniach nie można mówić bezinteresownie, bez tylu ale? Skąd ta ekonomia dawania i zysku? Dlaczego nie dać tym, którzy chcą, okazji lepszego rozumienia wiary, lepszego rozumienia chrześcijaństwa? W naszej rzeczywistości edukacja religijna kończy się na szkole średniej; w momencie, gdy młody człowiek dopiero rozpoczyna życie na własny rachunek. Jaki dyskurs religijny, jaką pożywkę wiary oferuje mu Kościół? Działalność w jakiejś grupie lub organizacji przykościelnej, parafialnej; gazetę lub książkę; od czasu do czasu homilię naszpikowaną naukową terminologią na wzór wykładu teologicznego. To niezbyt wiele zważywszy, że działalność praktyczna nie rozwiązuje problemów intelektualnych ani nie systematyzuje wiedzy, a prowadzenie monologu prasowo-kaznodziejskiego stanowi tylko dorywczą i wybiórczą pomoc. Piotr Sikora z pewnym oburzeniem odnosi się do zrównania teologii z religioznawstwem zastrzegając, że są to dziedziny bardzo od siebie odległe. Zastanawiam się, czy to aż taki mezalians, jeśli teologię mieliby uprawiać lub jej się uczyć ci, których zakres wiedzy jest znikomy, a zastana wiara - wiarą w pana Boga z siwą brodą, lub ci, o których upomina się Jarosław Makowski: wątpiący, agnostycy? Może niejednemu z nas potrzeba właśnie tych pięciu lat studiów po to tylko, by wierzyć i tę wiarę pielęgnować tak po prostu?

Do roku 1989 większość wydziałów teologicznych (działających np. przy seminariach duchownych) przyjmowała świeckich w swe mury. Liczyły się wówczas nie tylko metryki chrztu. Studiowanie w tym miejscu traktowane było jako zaszczyt, ale i jako swoisty akt protestu wobec zakłamania ówczesnego reżimu. Studia te oferowały wolność myśli i twórczej pracy, studiujących łączyła pewna wspólnota poglądów. Jakoś nikt nie oponował, że taka sytuacja nie sprzyja sensu stricto duchowemu rozwojowi i religijnym badaniom. Tak samo i dziś: skoro teologii potrzebują różne dyscypliny naukowe (o zagrożeniach spowodowanych jej nieobecnością pisał ks. Tomasz Węcławski), potrzebują jej ludzie (tyle się pisze i mówi o zagubieniu człowieka we współczesnym chaosie), to winna ona być właśnie tam, gdzie jej brak powoduje zło.

Mam jeszcze inne wątpliwości. Dotyczą one perspektyw zawodowych i statusu społecznego świeckich teologów. W Polsce działa kilka wydziałów teologicznych, które udzielają absolwentom tytułu magistra. Przypuśćmy, że jest ich rocznie kilkuset. I co dalej? Bardzo niewielu kontynuuje pracę naukową. Większość zapewne dokształca się i pracuje w innym fachu. Lub... uczy religii. Kiedy ktoś dowiaduje się, że studiowałam teologię, pyta: to pewnie uczysz religii? Jest to jedyna funkcja łączona z teologią świeckich. Kilka razy spotkałam się ze strony księży wręcz z wyrzutem: jak można skończyć studia teologiczne i nie uczyć religii? No właśnie. Czy Kościół potrzebuje świeckich teologów wyłącznie po to, by katechizowali? A jeśli nie, to po co Kościołowi świeccy teologowie? Czy Kościół im ufa i jest gotowy obdarzyć ich wolnością twórczą, o której tak pięknie pisał Karol Tarnowski?

Biegunowość debaty dotyczącej nauczania teologii na uniwersytecie zawiera się, trywializując, między powiedzeniem "nie rzucać pereł przed wieprze" i przypowieścią o kobiecie kananejskiej, która prosiła Jezusa: "lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołu ich panów". Yves Congar mówił: "Teologia jest nauką, w której rozum chrześcijański upewniony i oświecony światłem wiary stara się myślą pojąć to, w co wierzy, czyli w tajemnice objawione z ich konsekwencjami". Dlatego opowiadam się za przywróceniem tej nauce powszechnej dostępności; za otwarciem tego skarbca wszystkim używającym rozumu, wszystkim spragnionym Prawdy.

Autorka jest absolwentką Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu (1990) oraz Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (filologia polska). Pracuje jako nauczycielka.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: teologia chrześcijanin nauka agnostyk religioznawstwo świecki teolog edukacja religijna