Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Jan Grosfeld

Znak krzyża

W dzisiejszym świecie czymś jeszcze ważniejszym od zewnętrznego znaku jest świadectwo wiary

Gdy podczas jednej ze swych pielgrzymek do Polski Jan Paweł II oznajmił, że naszemu krajowi potrzebna jest nowa ewangelizacja, wielu polskich katolików było zdumionych. Jak to, Polska, gdzie kościoły są pełne, procent ochrzczonych ogromny, Kościół hierachiczny zasłużony dla narodu i posiadający niekwestionowany autorytet, ma być ewangelizowana?

Ewangelizacja dotyczy przecież pogan. My zaś byliśmy przez stulecia świadectwem wiary dla innych narodów, świadectwem wierności Stolicy Apostolskiej dla innych Kościołów, świadectwem cierpienia, które nas często dotykało. Przekonanie o prawdziwej katolickości Polaków było głęboko zakorzenione w nas samych, a także i na Zachodzie. Tymczasem wydarzenia lat 90. przekonanie to mocno podkopały, a nawet w dużym stopniu przekreśliły. Raz jeszcze okazało się, że Jan Paweł II ma faktyczną asystencję Ducha Świętego, który tak często daje mu głęboką intuicję dotyczącą sytuacji duchowej dzisiejszego świata, Europy i jego rodzinnego kraju.

Od razu chcę powiedzieć, że wszystkie negatywne zjawiska i procesy, którymi wielu jest zgorszonych, uważam za pożyteczne, choć często trudne do zniesienia. Ujawniają one bowiem naszą realną, a nie wyimaginowaną czy wymarzoną sytuację, są krokiem ku prawdzie. Stwarzając szansę na szczere uznanie się za grzeszników, którzy zapierają się Chrystusa - w wymiarze indywidualnym i społecznym - o co woła przed końcem drugiego tysiąclecia chrześcijaństwa Papież, wydarzenia te mogą być ważnym etapem w historii zbawienia Kościoła lokalnego i powszechnego.

O jakie fakty mi chodzi? Jest jasne, że wiele grzechów społecznych w Polsce dokonuje się w ogromnej skali. Dotyczy to zarówno przestępstw pospolitych, jak i nagminnego łamania nauczania społecznego Kościoła w życiu prywatnym i publicznym. Nie jest moim zamiarem piętnowanie tutaj tych negatywnych zjawisk, które niewątpliwie niszczą polskie społeczeństwo na wszystkich poziomach. Trzeba je ujawniać. Ważniejsza jednak od potępiania jest odpowiedź na wołanie Jana Pawła II o nową ewangelizację. Podobnie wołał apostoł Paweł do ochrzczonych Galatów: "O, nierozumni Galaci! Któż was urzekł, was, przed których oczami nakreślono obraz Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego?... Czyż jesteście aż tak nierozumni, że zacząwszy duchem, chcecie teraz kończyć ciałem? Czyż tak wielkich rzeczy doznaliście na próżno?"

Wezwanie Papieża oznacza, że jesteśmy nowymi poganami, my - ludzie ochrzczeni. Że potrzebujemy Dobrej Nowiny głoszonej w sposób klarowny, mocny i całkowicie zgodny z orędziem Chrystusa. Historia ostatniej dekady pokazuje bowiem, że pośród zawirowań XIX i XX wieku gdzieś zagubił się nam sens Ewangelii Jezusa Chrystusa.

Dowodem na to jest fragmentaryczne akceptowanie nauczania Kościoła, które przykrawa się do indywidualnych czy grupowych potrzeb i zamiarów. W Polsce wiele ugrupowań społecznych i politycznych odwołuje się do tego nauczania, także do Ewangelii - np. w kwestiach ekonomicznych - ale ich programy, a tym bardziej postawy społeczne ewangelicznemu orędziu jaskrawo przeczą. Tym samym wyrządza się niepowetowaną szkodę ludziom zagubionym i cierpiącym, którzy takie "ochrzczone" polityczno-społeczne orędzia traktują jako chrześcijańskie. Na zjawisko to wskazują badania socjologiczne, które mówią, że deklarowana wiara i przekonania nie idą w parze z przyjmowaniem konkretnych wskazań Kościoła powszechnego czy lokalnego. Nasila się proces dechrystianizacji w polskim społeczeństwie, zanika w nim świadomość samej istoty paschalnej tajemnicy Jezusa Chrystusa, która ma moc przemieniania całego życia człowieka.

Są sytuacje, w których z całą ostrością ujawnia się brak głębokiego zrozumienia i zakorzenienia chrześcijańskiego orędzia. Jedną z nich jest konflikt o krzyże w Oświęcimiu. Sierpniowy sondaż ogólnopolski wskazał, że ponad połowa respondentów miała opinię inną niż zdanie biskupów w sprawie przeniesienia nowo stawianych krzyży na żwirowisku. Myślę, że to ważny znak wzywający do poważnego przejęcia się przez cały Kościół w Polsce papieskim wezwaniem do nowej ewangelizacji.

Znak krzyża jest czymś centralnym dla chrześcijaństwa, o wiele bardziej znaczącym niż gwiazda Dawida dla Żydów. Z tego też powodu Żydom łatwiej zrezygnować z gwiazdy aniżeli chrześcijanom z krzyża. Konflikt o krzyż i krzyże jest szczególnie korzystną okazją, by podjąć wśród polskich katolików szeroką, ale i głęboką formację uświadamiającą, czym jest w istocie krzyż Jezusa. Dlatego wielką radością było dla mnie oświadczenie arcybiskupa Muszyńskiego w sprawie istoty krzyża i niebezpieczeństwa jej pseudoreligijnego wypaczania.

Czym jest krzyż? Otóż nie jest on znakiem cierpienia i śmierci, lecz wprost przeciwnie: zwycięstwa nad nimi, jakiego umierając w ten właśnie sposób dokonał Jezus, człowiek i syn Boga żywego. A więc, podobnie jak wcześniejsze dzieje Izraela, wydarzenie to jest przejawem miłości Boga do ludzi. Miłości, która ma wymiar krzyża, która nie może inaczej objawić się na ziemi jak właśnie w ten sposób. Istota chrześcijaństwa na tym polega: Bóg ciągle prowadząc historię zbawienia człowieka dokonuje coraz większych dzieł objawiających Jego miłość, które swą kulminację osiągnęły w przejściu Jezusa ze śmierci do życia. I wcale nie chodzi o jakiś cud zmartwychwstania, bo różni czarnoksiężnicy w innych religiach mogą pochwalić się przywracaniem umarłych do życia (także sam Jezus tego dokonywał, o czym świadczą opisy zawarte w Ewangeliach), lecz o fakt, że Jezus będąc Bogiem czyni swą Paschę ratunkiem dla wszystkich ludzi. Ratunkiem przed czym? Przed śmiercią, przed beznadziejnością, przed faktem, że życie się kończy i obraca w proch. Podobnie jak w proch obracają się nasze ludzkie nadzieje na szczęście doczesne, którego nie mogą dać ziemskie satysfakcje: powodzenie, pieniądze, kariera, prestiż, polityka, ludzka miłość, psychoterapia, sprawowanie takiego czy innego kultu, również religijnego.

Dobra nowina, którą Jezus przynosi każdemu nieszczęśliwemu, rozczarowanemu, cierpiącemu bez sensu, nie widzącego celu życia, brzmi: śmierć została zwyciężona, grzech człowieka, który niósł śmierć, nie był przeszkodą dla kochającego Boga, by definitywnie wyzwalać nas od śmierci ciała i ducha, wchodząc w najgłębsze sfery naszej egzystencji. To wyzwolenie jest możliwe tylko na jednej drodze, która nie omija krzyża, a więc tych wydarzeń, które nas niszczą. Właśnie w tych tzw. "złych", niesprawiedliwych dla nas wydarzeniach "krzyżowych" - jeśli przed nimi nie uciekamy, lecz wchodzimy w nie z nadzieją, że Bóg nas uratuje - ujawnia się Jego moc i miłość. Jezus nie uciekł przed cierpieniem, przed prześladowaniami, przed krzyżem, bo ufał Ojcu. Nie oszukujmy się, Jezus jako człowiek nie był masochistą i nie znajdował upodobania w cierpieniu. Mówił "Ojcze, oddal ode mnie ten kielich, ale niech Twoja wola, nie moja się dzieje". Chrześcijanin to nie jest ktoś, kto cierpi dla samego cierpienia, albo z powodu nakazu Kościoła, lecz dlatego, że widząc, iż Bóg faktycznie działa na jego korzyść, doświadcza radości zmartwychwstania. I widzi, że jest jakaś wola Boża dotycząca jego własnego życia.

Jezus zajął ostatnie miejsce, przeznaczone dla najgorszego przestępcy, pozbawionego wszelkich praw, nagród i podstawowej sprawiedliwości. Wiedział, że obietnica Boga dla Niego, dla Izraela i całej ludzkości nie może inaczej się zrealizować. Nikt z nas nie ma tej mocy, by zajmować ostatnie miejsce, które okazuje się najlepszym dla każdego człowieka.

Natura nasza skłania się bowiem do czego innego: wszystko, lecz nie ostatnie miejsce. Ale Dobra Nowina polega także, czy przede wszystkim na tym, że Jezus zmartwychwstały otrzymał od swego Ojca moc udzielania swego Ducha każdemu, kto o niego poprosi. Jego Duch przeprowadza przez wszystkie dzisiejsze pustynie, ciemne doliny, przepaści naszej egzystencji. Zwłaszcza tam, gdzie wiadomo, że nie ma żadnego ratunku - jak w przypadku Żydów na pustyni, którzy doskonale wiedzieli, że w tych warunkach przetrwać nie można, bo wśród piasków nie ma żadnego jedzenia ani picia.

Wbrew głęboko zakorzenionemu, niejako naturalnemu przekonaniu, krzyż nie jest skierowany przeciwko nikomu. On tylko pokazuje, jaki charakter ma miłość Boga do człowieka. Bóg ofiarowuje się, jakby rezygnuje z własnej potęgi, samoogranicza, krzyżuje samego siebie. Czyni tak, aby człowiek mógł podobnie iść ku Niemu, czyli jedyną drogą, która spełnia najgłębsze ludzkie pragnienia: żyć pełnią, niczego się nie lękać, kochać bez żadnych ograniczeń i żyć wiecznie.

Skoro człowiek sam z siebie nie jest w stanie ofiarować siebie, swego "ja" i nieustannie musi być górą, materialnie, psychicznie i duchowo (także religijnie), skoro ma w swej skażonej, samobroniącej się naturze zaszczepioną wrogość do wszelkich nieprzyjaciół, krótko mówiąc: skoro człowiek jest przeciwko innym ludziom, którzy są Bożymi stworzeniami, to jest zarazem przeciwko Bogu. A jeśli tak, to Bóg sam postanowił być do końca za człowiekiem, co realizuje się definitywnie w śmierci, zmartwychwstaniu i nieustannej obecności żywego Jezusa.

Chrześcijanin to ktoś, kto doświadczywszy konkretnie miłosierdzia Boga nad własnymi grzechami, uznając się za zniewolonego przez grzech, ciągle biegnie do zmartwychwstałego Jezusa po ratunek. I chwali Boga za faktyczne dzieła, jakich dokonuje On w jego życiu. Nie musi już własnym przemysłem się ratować, lecz wie, że jedyna droga jest w upokorzeniu, nawróceniu i przebaczaniu. Jak czytamy w niedawnym oświadczeniu Rady Stałej Konferencji Episkopatu Polski: "Krzyż, który dla nas chrześcijan jest najwyższym znakiem miłości i ofiary, nigdy nie może służyć jako narzędzie walki przeciwko komukolwiek. Właśnie na krzyżu Chrystus zburzył mur wrogości dzielący ludzi i pojednał wszystkich z Bogiem. Zobowiązuje to nas do pytania: Czy jesteśmy czytelnym znakiem pojednania i pokoju? Czy do naszych zachowań nie można odnieść słów Listu do Hebrajczyków: »Krzyżują...w sobie Syna Bożego i wystawiają Go na pośmiewisko« (Hbr 6,6)?".

Jezus nie broni się przed wrogością, która Go niszczy, lecz modli się za swoich nieprzyjaciół. Znosi wszystko, nie wykorzystuje swych nieograniczonych możliwości do czegokolwiek innego, jak tylko do realizacji najważniejszego planu Ojca. Zostawia w ten sposób ślady, które Jego uczniowie wciąż muszą odkrywać, by iść za Nim. Krzyż Jezusa nie jest po to, by nim wymachiwać, krzyżować innych, piętnować, chełpić się nim. Pokazać człowiekowi sam krzyż, czyli sytuację, która po ludzku niszczy, oznacza przestraszyć go. Krzyż kojarzy się z karą za grzechy. I tak byłoby rzeczywiście, gdyby historia Jezusa skończyła się na krzyżu, bo w nim wszyscy bylibyśmy tylko osądzeni i koniec. Zobaczyć obietnicę i radość, chwałę Boga w krzyżu - wydaje się absurdem. Zamysł Boga jest krańcowo inny. Papież Leon Wielki pisał w kazaniu "O błogosławieństwach": "Szczęście oglądania Boga zostało obiecane ludziom czystego serca. Oczy bowiem przyzwyczajone do ciemności nie mogą patrzeć na blask prawdziwego światła. To, co dla dusz jasnych będzie szczęściem, dla zbrukanych stanowić będzie karę". Krzyż jest po to, bym do niego przylgnął duchowo. To jest prawdziwa obrona krzyża - dać swoje ciało, rozum, uczucia, nadzieje, oczekiwania na zniszczenie i... dostać o wiele więcej, także tych samych dóbr i życie wieczne na dodatek.

Niewątpliwie możemy odnaleźć się w słowach św. Pawła, który mówi, że krzyż jest dla ludzi zgorszeniem i głupstwem. Nie mam na myśli zewnętrznego znaku krzyża, lecz te wszystkie sytuacje, gdy zachowujemy się odwrotnie niż Jezus. Nie chcemy oddawać ani cząstki naszego życia za innych ludzi, zwłaszcza absurdalne wydaje się umieranie naszego "ja" za wrogów. W gruncie rzeczy Kazanie na górze jest dla ludzkiej natury czymś skandalicznym. Nikt nie chce oddać sukni, a co dopiero płaszcza, komuś nielubianemu, obcemu czy wrogiemu.

Kardynał Giacomo Biffi w książeczce "Piąta Ewangelia" dowcipnie komentuje fragment ewangelii św. Łukasza opisujący kuszenie Jezusa przez szatana na pustyni. Odpowiedź Jezusa na pokusę władzy wydaje się nierozsądna. "Dlaczegóż to ma wyrzekać się panowania nad królestwami świata, żeby potem z kolei zabiegać o ich zdobywanie i posyłać na cały świat apostołów i zakładać Kościół? Gdy raz zdobędzie pełnię władzy, wtedy chrystianizacja stanie się łatwiejsza". Tymczasem Jezus idzie wciąż drogą kenozy, nie opiera się złu, nie ulega pokusie bycia kimś, zapiera się samego siebie, gdyż tylko w najgłębszej pokorze można spotkać Boga. Tylko wtedy, gdy znienawidzę bożki, które żyją w moim wnętrzu i wciąż muszę je karmić, tylko wówczas On będzie to wnętrze oczyszczał, przygotowując stopniowo na swą własną siedzibę. Wtedy krzyż będzie się okazywał krzyżem chwalebnym, błogosławieństwem dla mojego życia, nie zaś przekleństwem, które za wszelką cenę trzeba omijać lub niweczyć.

To prawda, że krzyż jest dla chrześcijan także znakiem kulturowym, który bywa pomocą; są do niego są przywiązani. Wszelkie znaki religijne są dziś chronione przez prawa cywilizowanych narodów do wolnego wyznawania wiary. Krzyż stanowi element tożsamości religijnej, tradycji i historii także narodu polskiego. Jego obecność wiąże się z ważnymi wydarzeniami - smutnymi i radosnymi - w życiu Polaków. Absurdem i złem byłoby nam odbierać prawo do obecności krzyży. Jednakże w dzisiejszym świecie czymś jeszcze ważniejszym od zewnętrznego znaku jest świadectwo wiary. Świat potrzebuje nadziei bardzo konkretnej, realnej, będącej odpowiedzią na podstawowe ludzkie lęki, także te, którym żadna, choćby najwspanialsza cywilizacja i kultura same z siebie zaradzić nie mogą. Są to lęki płynące z podstawowych pytań: Po co żyję? Kim jestem? Dokąd zmierzam?

Odpowiedzi udziela wciąż Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba. Żydzi przed Jezusem mieli głęboką intuicję potwierdzoną wielowiekowym doświadczeniem, że Bóg nie chce śmierci człowieka, że śmierć nie jest definitywnym końcem ludzkiego życia. Często mówi o tym psalmista. Dlatego różnice i konflikty między chrześcijanami a Żydami, a także rozdźwięki i podziały wśród chrześcijan, winny ustępować wobec tego zasadniczego zapotrzebowania na nadzieję. Żydzi i chrześcijanie są odpowiedzialni za świat, za głoszenie słowem, a jeszcze bardziej własnym życiem, że jest Ktoś, kto naprawdę i najlepiej troszczy się o ludzki los. Gdy świadectwo jest skażone, gdy przywłaszczamy sobie wszechmoc Najwyższego, gdy uzurpujemy sobie prawo do wyrokowania i sądu, gdy wciąż szukamy i wskazujemy winnych, gdy porusza nas zasada "kto kogo", gdy jednym słowem nie pojmujemy sensu krzyża, wtedy zamazujemy obraz Boga jako miłującego Ojca, który nie ma względu na osoby, a życie każdego człowieka jest dlań najcenniejsze.

Wojna o krzyże w Oświęcimiu, szokująca na tym miejscu, gdzie przejawiła się najwyższa z dotąd znanych postaci zła, może stać się znakiem wzywającym do nawrócenia, do pojednania i przebaczenia; ośmielę się powiedzieć - znakiem dopuszczonym przez Boga, który troszczy się o swoje Imię. On chce, aby Imię to było głoszone na całej ziemi w sposób nie fałszujący Jego oblicza. Miejsce Zagłady nie może okazać się definitywnie negatywną odpowiedzią na pytanie o najwyższe Dobro. W przeciwnym razie Jezus umarłby na darmo i zamiast słowa nadziei i miłości Najwyższego słychać byłoby tylko pośmiertny chichot Hitlera.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: pojednanie nawrócenie nowa ewangelizacja krzyż świadectwo konflikt Żyd Oświęcim żwirowisko przebaczenie grzech społeczny dechrystianizacja
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W