Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Umieranie, czyli poród

Z ks. Markiem Dziewieckim, krajowym duszpasterzem powołań psychologiem i adiunktem Uniwersytetu Kard. St. Wyszyńskiego, rozmawia maturzystka — Magdalena Korzekwa



Zanim śmierć zdoła powiedzieć
człowiekowi o tym, że umarł,
Miłość zdąży go już przywitać
po wiecznej stronie życia.

- Na naszym kontynencie średnia długość życia człowieka wyraźnie się wydłuża, a jednocześnie wielu nastolatkom śmierć zagląda w oczy bardzo wcześnie. Coraz częściej słyszymy o tym, że ktoś z uczniów popełnił samobójstwo albo że odbiera sobie życie „na raty”, na przykład popadając w alkoholizm, narkomanię czy erotomanię...

To rzeczywiście wyjątkowo bolesna prawda o wielu współczesnych młodych ludziach, których my, dorośli, zbyt mało kochamy, a przez to zbyt słabo wspieramy w dorastaniu do miłości i radości życia. Kto nie żyje w sposób godny człowieka, ten zamienia życie doczesne w ciężar nie do udźwignięcia. Życie człowieka zaczyna się od poczęcia, ale radość życia zaczyna się od miłości. Kto z ludzi nie uczy się kochać, ten traci chęć życia. Coraz częściej spotykam się z młodymi ludźmi, których dotknęła najbardziej dramatyczna forma rozpaczy, jaką jest obojętność człowieka na swój własny los. Bóg stworzył nas z miłości i życie poza miłością jest tak samo niemożliwe, jak dla zwierząt nie jest możliwe życie bez tlenu czy pokarmu.

- Od sposobu interpretowania sensu śmierci, zależy sposób rozumienia sensu życia. Z tego względu warto wiedzieć, jakie mamy alternatywy w patrzeniu na śmierć...

Według ateistów śmierć człowieka to przejście z przypadkowo otrzymanego istnienia w nicość. To powrót do nieświadomej siebie, martwej materii. Ateiści wierzą w to, że człowiek, który potrafi myśleć i kochać, pochodzi od czegoś mniejszego niż on sam, a zatem od czegoś, co nie potrafi myśleć i kochać (materia, ewolucja, przypadek). W konsekwencji muszą też wierzyć w to, że zmierzają do czegoś mniejszego niż człowiek, czyli do ponownego zamienienia się w martwą materię. Z kolei buddyści wierzą w to, że jednostkowe istnienie poszczególnych ludzi jest bolesnym złudzeniem. Istnieje bowiem jedynie nieosobowa, bliżej nieokreślona kosmiczna całość bytu. Człowiek oświecony - na wzór Buddy - odkrywa, że sposobem wyzwolenia się z niepotrzebnego cierpienia, związanego z iluzorycznym przekonaniem o własnym istnieniu, jest nirwana, czyli osiągnięcie zupełnej obojętności na życie i na cierpienie, a raczej na iluzję, że ktoś żyje i że cierpi. Jeszcze inna jest interpretacja śmierci w dominującej obecnie w Europie kulturze, zwanej ponowoczesnością. W tej perspektywie z jednej strony coraz bardziej „poprawna” politycznie jest śmierć na żądanie (eutanazja, aborcja), a z drugiej strony pacjenci niektórych szpitali poddawani są aż tak uporczywej terapii, że zostają pozbawieni prawa do naturalnej śmierci. W ponowoczesności obserwujemy ucieczkę od prawdy o człowieku, a w konsekwencji ucieczkę od pytania o sens umierania człowieka.

- Niezależnie od różnic w interpretowaniu śmierci, wszyscy wiemy, że kiedyś przyjdzie nam umierać...

Może określmy najpierw podstawowe prawdy, które objawia nam Bóg w odniesieniu do życia człowieka. Z perspektywy chrześcijaństwa możemy przytoczyć przynajmniej cztery pewniki w tym względzie. Pewnik pierwszy to fakt, że kto z nas raz rozpoczął życie, ten żyć będzie na wieki. Nawet jeśli na tej ziemi żył zaledwie kilka godzin czy kilka tygodni we wnętrzu swojej mamy. Życie człowieka ma początek, ale nie ma końca. Właśnie dlatego — w przeciwieństwie do zwierząt - jesteśmy podobni do Boga! Pewnik drugi to fakt, że życie wieczne na tej ziemi byłoby nieszczęściem i ciężarem nie do udźwignięcia. Z naszej bowiem winy planeta, na której żyjemy, przestała być rajem, a stała się po części doliną ciemności i padołem łez. Pewnik trzeci to fakt, że śmierć doczesna jest porodem, narodzinami do wieczności. W opisie sądu ostatecznego Jezus upewnia nas o tym, że wszyscy będziemy żyli wiecznie! Także ludzie potępieni! (por. Mt 25, 31-46). Wreszcie pewnik czwarty to fakt, że każdy z nas - poprzez swój sposób życia na ziemi - rozstrzyga o tym, w jakiej formie będzie żył na wieki: w radości zbawionych, czyli tych, którzy kochają, czy też w wiecznym osamotnieniu egoisty, który nie kocha i nie przyjmuje miłości. Wieczny los człowieka nie jest zatem kwestią przypadku ani wynikiem predestynacji (przeznaczenia), lecz efektem postawy człowieka w życiu doczesnym. Bóg marzy o tym, by wszyscy żyli wiecznie w radości świętych!

- Użył Ksiądz przed chwilą zaskakującego stwierdzenia, że śmierć jest porodem. W jakim sensie jest to poród?

Ludzie liczą zwykle lata życia nie od początku swego istnienia, czyli od poczęcia, lecz od urodzin. Dzieje się tak chyba głównie dlatego, że po prostu łatwiej jest ustalić datę narodzin niż dzień naszego poczęcia, od którego zaczął się okres rozwoju prenatalnego. Poród to przejście z łona matki do łona świata. To pierwsze doświadczenie śmierci. W procesie przejścia na łono świata noworodek przeżywa potężny ból, szok termiczny (poczucie dotkliwego zimna) oraz duszność, gdyż musi nagle uczyć się oddychania płucami. Koniec życia doczesnego to przejście z łona tego świata do świata nieporównywalnie większego i aż tak niezwykłego, że życie w nim będzie nas fascynowało i zaskakiwało przez całą wieczność. Śmierć jest w dużym stopniu analogiczna do porodu, gdyż człowiek umierający też odczuwa zwykle ból, jest mu zimno i ma trudności z oddychaniem. Poród i umieranie to zatem dwa aspekty tego samego procesu, czyli przechodzenia od życia w świecie mniejszym do życia w świecie większym. Na pierwsze kilka miesięcy istnienia wystarczy nam przestrzeń, jaką oddaje nam do dyspozycji mamusia w swoim własnym wnętrzu. Aby przedłużyć nasze życie po porodzie o około sto razy (średnio z dziewięciu do dziewięciuset miesięcy), potrzebujemy świata miliardy razy większego niż wnętrze naszej mamy. W tej sytuacji z perspektywy doczesności nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie tego, ile kolejnych miliardów razy trzeba będzie powiększyć przestrzeń naszego życia po to, by wystarczyła nam ona na wieki! Tym bardziej, że tym razem będzie to chyba powiększenie naszego świata bardziej w głąb i w miłość niż w szerz czy w dal! Warto uświadomić sobie fakt, że każdy człowiek zmienia świat, w którym żyje aż trzy, a nie jedynie dwa razy! Najpierw żyjemy we wnętrzu naszej mamy, następnie przechodzimy do życia w tym wielkim świecie widzialnym i w końcu czeka nas przejście „na trzecią stronę istnienia”, czyli wejście w taki świat, który będzie nas fascynował przez całą wieczność.

- Perspektywa tego trzeciego świata jest w wizji Księdza tak frapująca, że poczułam teraz tęsknotę za tym światem. W takim razie proponuję zabawę w proroka! Czy według Księdza da się choćby w przybliżeniu określić, kiedy nastąpi koniec świata doczesnego?

Mnie fascynuje życie tu i teraz, a nie prorokowanie na temat końca świata. Nie ma dla mnie zupełnie znaczenia to, kiedy ten świat doczesny zakończy swoje istnienie. Jak już wspomniałem wcześniej, wieczny los każdego z nas zależy od sposobu życia tu i teraz, a nie od zastanawiania się nad przyszłością. Właśnie dlatego Jezus tak stanowczo ucinał wszelkie rozmowy na temat końca świata, liczby zbawionych czy sposobu życia w niebie. On przyszedł na ziemię po to, by nauczyć nas sztuki w doczesności i by upewnić nas o tym, że jedyną drogą do nieba jest ziemia!

Przy okazji Twojego pytania, warto określić znaczenie słowa „prorok”. Otóż w rozumieniu biblijnym być prorokiem to znaczy być kimś, kto mądrze patrzy w głąb teraźniejszości, a nie kimś, kto zajmuje się odgadywaniem przyszłości. Prorok nie interesuje się czymś tak mało ważnym dla losu człowieka, jak na przykład wyniki losowania totolotka w najbliższą niedzielę. Interesuje się natomiast czymś najważniejszym w całym wszechświecie, a mianowicie sposobem życia ludzi tu i teraz! Prorokiem jest każdy, kto rozumie, iż jedyną drogą do dobrej przyszłości jest dobra teraźniejszość. Kto patrzy w głąb teraźniejszości, ten potrafi zrozumieć i w znacznym stopniu przewidzieć skutki naszych obecnych zachowań, które wpływają na naszą przyszłość. Wielu ludzi zastanawia się nad tym, czy doczeka końca świata. Tymczasem pewne jest to, że każdy z nas doczeka końca swojego świata na tej ziemi, to znaczy końca własnego życia doczesnego. Pewne jest również to, że zanim przeżyjemy własną śmierć, przyjdzie nam zmierzyć się z bolesnym doświadczeniem odejścia tych, których kochamy i bez których trudno jest nam wyobrazić sobie nasze dalsze istnienie.

- Czy mogę spytać o to, co przeżywa Ksiądz wtedy, gdy znajduje się blisko człowieka, który umiera? Czego doświadcza Ksiądz w obliczu kogoś, kto — posługując się Księdza językiem — rodzi się do życia po trzeciej stronie istnienia?

To pytanie dotyczy przeżyć tak silnych, jak wielka jest tajemnica człowieka i jak niezwykłe jest ludzkie życie w zestawieniu z życiem zwierząt. Nie jestem w stanie opowiedzieć o wszystkim, co wtedy przeżywam. Nie chcę też sugerować naszym Czytelnikom tego, co w takiej sytuacji powinno się przeżywać, gdyż chodzi tu o wyjątkowe doświadczenie, które każdy z nas przeżywa w sposób niepowtarzalny. Towarzyszenie komuś w umieraniu, czyli w narodzinach do wieczności, w każdym przypadku przynosi nieco inne przemyślenia i przeżycia. Tu nie ma miejsca na rutynę czy na jakiś schematyczny sposób zachowań.

W obliczu śmierci kogoś, z kim wiążą mnie silne więzi bliskości i miłości, najwięcej o moich przeżyciach i refleksjach opowiadam Bogu, samemu sobie i najbliższym przyjaciołom. W mojej świadomości pojawiają się wtedy bardzo różne myśli i doświadczenia. Zdecydowanie jednak dominuje zdumienie nad tajemnicą życia, a także zachwyt w obliczu godności umierającego człowieka oraz w obliczu powagi jego mierzenia się z końcem własnego życia doczesnego. Jestem wtedy obok kogoś, kto robi sobie ostatni rachunek sumienia, kto zaczyna zaglądać Bogu prosto w oczy i kto ostatecznie rozstrzyga o swoim sposobie istnienia w wieczności. Im bardziej intensywnie żyje człowiek oraz im mocniej kocha, tym bardziej zdumiewa się darem życia, jaki każdy z nas otrzymał od Boga na zawsze. To zdumienie jest największe wtedy, gdy ci, którzy odchodzą, umieli żyć w sposób godny godności człowieka. Przykładem są choćby niezwykle bogate refleksje i niezwykle silne przeżycia, jakie nam towarzyszyły w dniach, w których Jan Paweł II przechodził na trzecią stronę istnienia. Dla większości z nas jego umieranie stało się rodzajem najważniejszych rekolekcji...

- Czy to znaczy, że powinniśmy znosić śmierć naszych bliskich z przysłowiowym „stoickim” spokojem i jedynie zachwycać się tajemnicą ludzkiego życia? Czy lęk w obliczu umierania albo bunt wobec Stwórcy jest wtedy znakiem utraty wiary?

Przeciwnie, ból, lęk a nawet emocjonalny bunt jest wtedy potwierdzeniem naszej wiary! Jeśli w godzinie wyjątkowego bólu buntuję się przeciw Bogu, to nie tylko uznaję, że On istnieje, ale też traktuję Go jako mojego największego przyjaciela, któremu mogę wykrzyczeć i wypłakać największy nawet ból, żałobę, tęsknotę. „Stoicki” spokój byłby czymś dziwnym nie tylko w obliczu bólu rozstania z kimś, kto umiera, ale też w obliczu zachwytu i wzruszenia w obliczu niezwykłości ludzkiego życia. Cierpienie w obliczu śmierci kochanej osoby jest nieuniknione. Upewnia nas o tym sam Jezus, który serdecznie zapłakał przy grobie Łazarza chociaż wiedział, że go za chwilę wskrzesi. Ale wiedział też o tym, jak wiele bólu przeżyły już siostry zmarłego i jak bardzo cierpieli jego przyjaciele. To właśnie „stoicki” spokój byłby postawą sprzeczną z chrześcijaństwem. W obliczu śmierci na krzyżu Jezus wykrzyczał emocjonalny bunt wobec Boga: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (por. Mt 27, 47.). W obliczu umierania kochanej osoby chrześcijanin ma prawo do niepokoju i bólu, a nawet do emocjonalnego buntu. Dojrzałość polega natomiast na tym, by stopniowo od buntu w emocjach przechodzić do zaufania w postawach. Również w tym aspekcie wzorem jest Chrystus, który zawierza siebie Bogu całkowicie: „Ojcze, w Twoje ręce oddaję ducha mojego”(por. Łk 23, 46).

Warto zauważyć różnicę między żałobą, jaką przeżywa człowiek związany z Bogiem, a żałobą, jaką przeżywa ateista, czyli ktoś, kto wierzy, że życie człowieka to sprawa przypadku i że śmierć fizyczna to definitywny koniec istnienia. Otóż ateista wspomina zmarłych jako tych, którzy - w jego przekonaniu - już nie istnieją i z którymi już nigdy się nie spotka. Tymczasem chrześcijanin tęskni do żywej osoby, która wyprzedziła go w narodzinach na trzecią stronę istnienia. My tęsknimy za tymi, którzy nie żyją już w doczesności, ale którzy nadal istnieją, kochają i za nami tęsknią! Kochać to pragnąć, by kochana przez nas osoba żyła zawsze i by na zawsze z nami pozostała. Największym cierpieniem dla kogoś, kto kocha, jest rozstanie z ukochaną osobą. Właśnie dlatego zdecydowanie najmocniej przeżywamy śmierć mamy, taty, małżonka, dziecka, brata, siostry i przyjaciela. Przyjaciel to przecież też nasz bliski krewny. To krewny z wyboru, z pokrewieństwa wartości, ideałów i marzeń.

Najbardziej niedojrzałym sposobem radzenia sobie z żałobą w obliczu śmierci kogoś bliskiego jest udawanie, że nic się nie stało, albo próba ucieczki w leki uspakajające czy substancje psychotropowe (alkohol, narkotyk). Nie można pokonać smutku i żałoby, nie mierząc się z bólem, nie przeżywając intensywnego cierpienia, związanego z doczesną utratą kochanej osoby. Typowe konsekwencje niedojrzale przeżywanej żałoby to: depresja, poczucie winy, chaos i dezorientacja, ucieczka w samotność albo lęk w obliczu samotności, niezdecydowanie, poczucie bezradności, bezsenność, niepokojące reakcje cielesne i problemy zdrowotne, natrętne myśli i nastroje samobójcze.

- Czy kobiety i mężczyźni przeżywają w podobny sposób żałobę po utracie kogoś z bliskich?

Przedstawiciele obu płci przeżywają zwykle podobny ból w obliczu śmierci kochanej osoby. Jednak kobiety łatwiej uzewnętrzniają swoje bolesne przeżycia. Chętniej też o nich mówią i łatwiej przyznają sobie prawo do szukania pomocy u innych ludzi w obliczu żałoby i cierpienia. Tymczasem większość mężczyzn próbuje radzić sobie z bólem w samotności i unika komunikowania swoich przeżyć. W konsekwencji kobiety mają podstawy do tego, by sądzić, że mężczyźni nie przeżywają intensywnego cierpienia w obliczu żałoby. Sądzą też, że mężczyźni są w stanie udzielić im nieograniczonego niemal wsparcia, gdyż sami wyglądają na spokojnych i opanowanych. Tymczasem w obliczu odejścia kogoś ukochanego ból dojrzałego mężczyzn jest niezwykle intensywny, chociaż nieraz skrzętnie skrywany. Czasem ból ten jest tak wielki, że mężczyzna przypłaca to własną śmiercią. Najczęściej tego typu sytuacja ma miejsce w obliczu śmierci żony, z którą zmarłego łączyła głęboka i radosna miłość. W obliczu żałoby pomocy i wsparcia potrzebują zatem zarówno kobiety, jak i mężczyźni.

- Czy w XXI wieku potrzebne są nam jeszcze jakieś rytuały i obrzędy żałobne?

Tego typu rytuały i obrzędy są coraz częściej traktowane jako zbędna tradycja, która powinna odejść w zapomnienie. Tymczasem dla przezwyciężenia bólu, związanego z żałobą po stracie kochanej osoby, niezwykle cenne są takie rytuały i obrzędy, jak: osobiste pożegnanie ze zmarłym, pogrzeb i jego staranne przygotowanie, spotkanie rodziny i przyjaciół po pogrzebie, okres oficjalnej żałoby, zachowanie pamiątek po zmarłym, przeżywanie w gronie rodzinnym kolejnych rocznic śmierci. Gdy ktoś z naszych bliskich umiera i zostaje pochowany bez naszego udziału, wtedy w dłuższej perspektywie cierpimy coraz bardziej, gdyż zaczynamy dotkliwie odczuwać fakt, że nie pożegnaliśmy się ze zmarłym.

- Czy da się wyróżnić jakieś typowe fazy w przeżywaniu żałoby?

Nikomu z nas nie jest łatwo zająć dojrzałą postawę wobec śmierci osoby, którą kochaliśmy i którą przecież nadal kochamy. W procesie dochodzenia do równowagi po śmierci kogoś bliskiego można zaobserwować kilka typowych faz. Faza pierwsza to zwykle bunt, niepokój i poczucie bezradności. Faza druga to przyjęcie do wiadomości faktu utraty kogoś bliskiego, a także faktu, że odtąd przyjdzie nam radzić sobie z życiem bez tej osoby. Faza trzecia to świadome odcierpienie bólu, związanego ze stratą kogoś bliskiego. W tej fazie jest rzeczą zupełnie normalną to, często że powracają wspomnienia o zmarłym, że pojawiają się łzy w naszych oczach i że z bólu czy wzruszenia ściska się nam gardło aż tak mocno, że nie jesteśmy w stanie wydobyć z siebie ani słowa. Faza czwarta to uczenie się tego, w jaki sposób radzić sobie z życiem po stracie bliskiej osoby. Wreszcie faza piąta to upewnianie się o tym, że zmarła osoba nadal jest obecna w naszym życiu i że duchowa więź z nią staje się dla nas potężną siłą oraz umocnieniem w trudnych sytuacjach.

- W jaki sposób możemy pomóc tym osobom, które przeżywają ogromny ból, związany ze śmiercią ważnej dla nich osoby?

Najpierw trzeba empatycznie wczuwać się w słowa i zachowania cierpiącej osoby po to, by nie ulec pokusie naiwnego pocieszania czy pouczania człowieka w żałobie. Należy też wyjaśniać, że w pierwszej fazie żałoby niezwykle bolesne przeżycia, cierpienia i bezsenność to zupełnie normalne i zdrowe objawy. Ważnym elementem pomagania osobom w żałobie jest wyjaśnianie, że dla ludzi wierzących cierpienie związane ze śmiercią kogoś bliskiego nie jest przejawem niewiary czy utraty więzi z Bogiem, lecz sposobem dzielenia się własnym bólem z Największym Przyjacielem. W dojrzałym przeżywania żałoby pomocą są pogłębione więzi z Bogiem, a także z krewnymi i przyjaciółmi. Samo współczucie z naszej strony nie jest wystarczającym sposobem pomagania.

Pomagać osobom w żałobie to także przypominać im o dojrzałej hierarchii wartości, wśród których miłość, odpowiedzialność, wierność i wytrwałość stoją wyżej niż dobry nastrój czy chęć uwolnienia się od cierpienia. Droga miłości pozostaje drogą błogosławieństwa nawet wtedy, gdy jej pewne odcinki stają się drogą krzyżową. Ważnym zadaniem jest również pomaganie ludziom w żałobie, by stopniowo przechodzili od pytania: dlaczego tak się stało? - do pytania: jak żyć w nowej sytuacji i skąd teraz czerpać siłę?

Udzielanie mądrej pomocy komuś, kto przeżywa żałobę w obliczu śmierci kochanej osoby, jest możliwe tylko wtedy, gdy my sami potrafimy zająć dojrzałą postawę wobec życia i wobec umierania. Dla tych ludzi, dla których śmierć jest nieodwracalną i niezrozumiałą tragedią, odejście kogoś bliskiego jest podwójnym ciosem. Wiąże się z ostateczną — w ich przekonaniu - utratą kogoś ważnego, a jednocześnie przypomina im o tym, że również oni zostaną kiedyś unicestwieni przez śmierć. Tymczasem dla chrześcijanina śmierć jest bolesnym rozstaniem, ale nie jest tragedią. Śmierć jest dramatem dla tych ludzi, którzy umierają zanim nauczą się kochać. To jednak nie śmierć jest winna temu, iż dany człowiek nie nauczył się kochać w doczesności. Dla takiego człowieka śmierć zawsze przychodzi za wcześnie. Sposób przeżywania żałoby po śmierci ukochanej osobie mówi nam zawsze coś ważnego o nas samych oraz o naszym sposobie istnienia. Dojrzały chrześcijanin wie, że wiek rozwojowy trwa od poczęcia do naturalnej śmierci i że proces umierania to jeszcze jedna szansa na rozwój. Dla tych, którzy kochają, śmierć — zgodnie z wyrażeniem św. Franciszka — staje się siostrą i przyjaciółką, gdyż prowadzi ich do pełni życia! Właśnie dlatego jedynym dobrym sposobem przygotowania się do śmierci jest życie w miłości.

- Chyba nie wszyscy zgodzą się z Księdzem w tym względzie. Znam wielu chrześcijan, którzy sądzą, że najlepszym sposobem przygotowania się do śmierci nie jest miłość lecz uzyskanie odpustu po to, by uniknąć kar czyśćcowych. Brzmi to dosyć magicznie... Czy Chrystus mówił coś na temat odpustów?

Nie, Chrystus nic na ten temat nie mówił. Im bardziej personalistycznie rozumiemy więź człowieka z Bogiem oraz im lepiej rozumiemy ewangeliczne kryteria zbawienia, tym mniej skupiamy się na uzyskiwaniu odpustów, a tym bardziej skupiamy się na dorastaniu do świętości. Pojęcie odpustu pojawiło się w czasach, w których duchowni i świeccy nie mieli tak jasnej jak obecnie świadomości, że jedynym kryterium zbawienia jest miłość i że na sądzie ostatecznym Chrystus zapyta nas wyłącznie o to, czy nauczyliśmy się kochać!

Tradycyjna nauka Kościoła na temat odpustów ma solidny fundament teologiczny. Fundamentem tym jest fakt, że Kościół, w którym żyje i działa Chrystus, obejmuje wspólnotę żywych i umarłych, którzy mogą się wzajemnie wspierać. Wspólnota ludzi ochrzczonych korzysta z niewyczerpanego skarbca Bożej miłości, a także z dobrodziejstw związanych ze wstawiennictwem świętych. Kościół otrzymał od Jezusa wszelką władzę na ziemi i w niebie(!) w sprawach wiary i zbawienia. Właśnie dlatego Kościół, „jako szafarz owoców odkupienia, rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” (KKK 1471). Z punktu widzenia teologicznego odpusty są zatem możliwe. Problemy pojawiają się wtedy, gdy przechodzimy od teologicznych zasad do ich praktycznych aplikacji. Aplikacje te okazują się do tego stopnia problematyczne, że sprawa odpustów stała się jednym z głównych punktów spornych, które doprowadziły do rozłamu w Kościele w czasach Marcina Lutra. Głównym źródłem konfliktu były częste wtedy przypadki wiązania odpustów z pieniędzmi, zamiast z nawróceniem i z miłością. Tymczasem jeśli nie kocham, to nie będę w niebie, choćbym uzyskał wiele odpustów zupełnych! Nie dostanę się nawet do czyśćca, gdyż ten, kto nie kocha, sam siebie wyklucza ze społeczności zbawionych.

Współczesne sformułowania nauki Kościoła na temat odpustów coraz bardziej odchodzą od takich określeń, które można byłoby rozumieć w magiczny sposób. W KKK (1473) czytamy, że chrześcijanin „powinien starać się przez dzieła miłosierdzia i miłości, a także przez modlitwę i różne praktyki pokutne, uwolnić się całkowicie od «starego człowieka» i «przyoblec człowieka nowego»” (por. Ef 4, 24). Sformułowanie to wyraźnie podkreśla, że odpuszczenie grzechów i ich skutków dokonuje się najbardziej przez miłość. Akty modlitewne i inne praktyki pełnią tu jedynie rolę pomocniczą. Innymi słowy odpustu może dostąpić tylko ten, kto tu i teraz kocha. A jeśli kocha, to odpuszczenie grzechów i ich skutków nastąpi także wtedy, gdy nie odmówi określonych modlitw i nie podejmie praktyk formalnie wymaganych przy odpustach.

Z powyższych względów zdecydowanie bardziej wolę motywować siebie i innych ludzi do naśladowania Chrystusa niż do starania się o odpusty. Naśladowanie Chrystusa to jedyna pewna droga zbawienia. Najlepszym sposobem na uwolnienie się od grzechów i ich skutków jest nawrócenie. „Nawrócenie, które pochodzi z żarliwej miłości, może doprowadzić do całkowitego oczyszczenia grzesznika, tak że nie pozostaje już żadna kara do odpokutowania” (KKK 1472). Innymi słowy, jedynym niezawodnym sposobem uzyskania odpustu zupełnego jest świętość, ale wtedy żaden odpust nie jest już nam potrzebny, gdyż ten, kto bardzo kocha, idzie prosto do nieba.

Gdy mówimy o odpustach, to warto uświadomić sobie niepokojący fakt, że nie tylko w oficjalnym języku duszpasterskim, ale także w całkiem prywatnych rozmowach między nami — chrześcijanami — w dużym stopniu zagubiliśmy język Ewangelii, którego uczy nas Jezus. Wyobraźmy sobie, że któryś z księży w czasie homilii posługuje się normalnym, czyli ewangelicznym językiem i wyjaśnia: człowieku, jeśli chcesz uzyskać odpust zupełny, to musisz ogromnie i czule kochać twoich bliskich! Słysząc słowa wypowiedziane tak normalnym językiem, chyba większość słuchaczy byłaby mocno zaskoczona i zdziwiona. To przykre, że coraz częściej posługujemy się językiem technicznym, typowym dla studiów teologicznych, a odchodzimy od tego języka, którym posługiwał się Chrystus. Tymczasem prosty i konkretny język, którym posługiwał się Jezus, najmocniej porusza umysł i serce człowieka!

- W jednym z modlitewników wyczytałam, że grzech ciężki sprawia, iż człowiek traci nie tylko łaskę uświęcającą, ale też wszystkie zasługi za dobro, które dotąd czynił. To też brzmi niesprawiedliwie, bo przecież ktoś może być wspaniałym człowiekiem przez długi czas, a pod koniec życia popełnić ciężki grzech...

Od Redakcji: sensem takiego sformułowania jest, że grzech ciężki zrywa więź z Bogiem. Bez tej więzi nie mają znaczenia żadne zasługi. Inaczej mówiąc, nie można zostać zbawionym "za jakieś zasługi", bez rzeczywistej więzi z Bogiem, czyli trwania w łasce uświęcającej. Jednakże, gdy grzesznik nawraca się, uzyskując od Boga przebaczenie grzechu, to wraz z powrotem do stanu łaski odżywają także jego poprzednie zasługi, czyli dobro, które wcześniej uczynił.

Tego typu sytuacja nagłej zmiany postępowania na gorsze — możliwa oczywiście w teorii — wydaje mi się mało prawdopodobna, a w każdym razie rzadko spotykana w praktyce. Niezależnie od tego, Twoje pytanie dotyczy bardzo ważnego zagadnienia. Otóż tak, jak chrześcijaństwo nie stosuje odpowiedzialności zbiorowej w relacjach międzyludzkich, tak też nie stosuje odpowiedzialności zbiorowej w relacji człowieka do samego siebie i do własnych czynów. Słabość i grzech człowieka w danym momencie życia nie przekreśla jego wcześniejszych lat trwania w miłości. Przeciwnie, im bardziej szlachetne było dotychczasowe życie kogoś, kto ciężko zgrzeszył, tym większą ma on szansę na szybkie opamiętanie się i nawrócenie. Właśnie w zdecydowanie różnej przeszłości ma swoje źródło zupełnie odmienny los Piotra i Judasza, mimo że jeden i drugi doświadczył wielkiej słabości i dopuścił się ciężkiego grzechu. Podobnie było z Dawidem, który po straszliwym grzechu cudzołóstwa i po zleceniu morderstwa, potrafił się zupełnie przemienić. Nie inaczej było też z synem marnotrawnym, który pomimo swoich ciężkich grzechów nie zapomniał o tym, że u ojca było mu lepiej. Właśnie dlatego stał się synem powracającym i przekonał się o tym, że ojciec nie wypomina mu grzechów, lecz urządza mu święto radości.

To, co wyczytałaś we wspomnianym przez Ciebie modlitewniku, wynika z błędnego rozumienia chrześcijaństwa i prowadzi do absurdalnych konsekwencji. Dla przykładu, pojawia się wtedy pytanie o to, kiedy grzesznik traci łaskę uświęcającą. Jeśli miałby ją stracić przed popełnieniem grzechu, to byłaby to oczywista niesprawiedliwość. Poniósłby bowiem karę zanim popełniłby zło. A jeśli traciłby łaskę uświęcającą dopiero po popełnieniu grzechu, to by znaczyło, że w czasie czynienia zła, człowiek ten nadal trwał w łasce Bożej. Na szczęście przed tego typu absurdalnymi pytaniami i sprzecznościami broni nas — jak zawsze! - spojrzenie w głąb. Otóż to, co nazywamy łaską, w istocie swej oznacza miłość Boga do człowieka. Łaska i miłość to synonimy. Bóg kocha każdego z nas i w każdej sytuacji. Ten, który jest miłością, kocha nas także wtedy, gdy jesteśmy jeszcze czy znowu grzesznikami. Wszyscy otrzymujemy łaskę bez miary, gdyż każdego z nas Bóg kocha nieodwołalnie, bezwarunkowo i właśnie bez miary. Nie wszyscy jednak współdziałamy z Bogiem. Nie wszyscy odpowiadamy miłością na Jego miłość. Nie różnimy się tym zatem tym, jak mocno jesteśmy kochani przez Boga, czyli jak bardzo jesteśmy obdarowani Jego łaską. Różnimy się natomiast sposobem odpowiedzi na Jego łaskę, czyli sposobem naszej odpowiedzi na Jego miłość.

Łaska jest przychylnością, darmową pomocą Boga, byśmy odpowiedzieli na Jego wezwanie: stali się dziećmi Bożymi, uczestnikami natury Bożej i życia wiecznego” (KKK 1996). Bóg nie tylko obdarzył nas istnieniem, ale w swej niezwykłej wyobraźni miłości czyni wszystko, byśmy dorastali do świętości. Najbardziej upewnia nas o tym poprzez to, co zrobił dla nas Chrystus. Bóg nieustannie interweniuje po to, by swoją obecnością, prawdą i miłością każdego z nas mobilizować, fascynować i porywać ku świętości. Jednak to działanie Boga nie jest magicznie, czyli nie działa w nas automatycznie. Jezus wielokrotnie powtarzał swoim słuchaczom: jeśli chcesz! „Wolna inicjatywa Boga domaga się wolnej odpowiedzi człowieka, gdyż Bóg stworzył człowieka na swój obraz, udzielając mu - wraz z wolnością — zdolności poznania Go i miłowania” (KKK 2002). Bóg nigdy nie przestanie nas kochać, a to oznacza, że nigdy nie stracimy Jego łaski. Trzeba się natomiast strzec tego, by Jego łaska nie okazała się w nas daremna.

- Czy wtedy, gdy w procesie umierania staniemy w obliczu Boga, nie zostaniemy zaszokowani jakąś bolesną prawdą o nas samych? Czy w obliczu Tego, który jest Prawdą, ktokolwiek z nas ma szansę na zbawienie?

Ależ oczywiście, że mamy taką szansę! Upewnia nas o tym osobiście Chrystus w opisie Sądu Ostatecznego. Bóg nie zmiażdży nas wtedy jakąś przerażającą i zupełnie zaskakującą nas prawdą o naszych słabościach czy grzechach, z których nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy. Bóg będzie nas bowiem sądził według stanu naszego sumienia, a także według stopnia świadomości i wolności, z jaką czyniliśmy dobro lub zło. Będzie nas też sądził według stopnia rozwoju tych naszych talentów, z których zdajemy sobie sprawę. Innymi słowy Bóg zapyta mnie o to, co uczyniłem w doczesności ze skarbem mego życia. Wobec nikogo z nas nie zastosuje natomiast żadnych nieludzkich czy nadludzkich kryteriów wtedy, gdy razem z Nim będziemy oceniać nasze życie doczesne.

- Kiedy zacznie się dla nas życie wieczne: w procesie umierania czy też dopiero przy końcu świata?

Oczywiście, że już w procesie umierania. Nie przypadkowo na początku naszej rozmowy stwierdziłem, że śmierć doczesna jest porodem do wieczności, a nie „hibernacją” zmarłego w oczekiwaniu na koniec świata. Nie grozi nam to, byśmy po śmierci musieli przebywać w jakiejś „poczekalni”. W procesie umierania nie tylko rozstrzyga się nasz los wieczny, ale też od razu stajemy się uczestnikami tej formy życia wiecznego, jaka jest konsekwencją naszego sposobu postępowania w doczesności. Upewnia nas o tym historia Maryi i wszystkich świętych. Inaczej świętych obcowanie stałoby się możliwe dopiero po sądzie ostatecznym.

Kościół odróżnia sąd szczegółowy od sądu ostatecznego. Wprawdzie „Nowy Testament mówi o sądzie przede wszystkim w perspektywie ostatecznego spotkania z Chrystusem w Jego drugim przyjściu, ale także wielokrotnie potwierdza, że zaraz po śmierci każdego człowieka nastąpi zapłata stosownie do jego czynów i wiary” (KKK, 1021). Jednoznacznie świadczy o tym choćby przypowieść o ubogim Łazarzu (por. Łk 16, 22) czy słowa Chrystusa skierowane do nawracającego się łotra: „Zaprawdę powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju” (Łk 23, 43).

- W takim razie pojawia się pytanie o to, co z nas czy też co w nas zmartwychwstanie. Może zmartwychwstanie jedynie wymiar duchowy człowieka?

Z pewnością zmartwychwstanie człowiek. Cały człowiek! W procesie umierania narodzimy się do wieczności z całym bogactwem naszego człowieczeństwa, a zatem zarówno z tym, co w nas duchowe, jak i z tym, co w nas cielesne. Zmartwychwstanie człowieka nie będzie jednak przywróceniem sytuacji sprzed śmierci doczesnej. Tym właśnie zmartwychwstanie różni się od wskrzeszenia! Zmartwychwstanie oznacza, że Bóg obdaruje nas nową fazą istnienia, a także nową relacją między naszą cielesnością a duchowością. Po zmartwychwstaniu nie będzie już w nas walki między człowiekiem ciała a człowiekiem ducha. Nie oznacza to, że duch pokona ciało, ale że będzie to zwycięstwo człowieka nad samym sobą! Zmartwychwstanie ludzi zbawionych oznacza doskonałą harmonię wszystkich wymiarów w człowieku. Zmartwychwstanie to pełne włączenie ciała w tajemnicę osoby. To nie tylko uduchowienie ciała, ale to także ucieleśnienie ducha (por. Rz 8, 23; Łk 20, 36).

Na razie jednak żyjemy w warunkach ziemskich. Na razie oczekujemy zbawienia i zmartwychwstania. Na razie „ciało pożąda przeciwko duchowi, a duch przeciw ciału” (Ga 5,17). Na razie panowanie nad ciałem wymaga stanowczej czujności, wewnętrznej dyscypliny, stawiania sobie twardych wymagań, kierowania się dojrzałą hierarchią wartości. Z powodu zranienia ciała i ducha na skutek konsekwencji grzechu pierworodnego, życie człowieka na ziemi okazuje się bolesną nieraz walką (por. Job 7, 1) a czasem marnością nad marnościami (por. Koh 1, 2). Jednocześnie jednak już tu, na tej ziemi, ludzkie ciało w Chrystusie stało się narzędziem widzialnej miłości i odkupienia: „Przeto przychodząc na świat, mówi: ofiary ani daru nie chciałeś, ale utworzyłeś mi ciało” (Hbr 10, 5). To właśnie za pośrednictwem ludzkiej cielesności Syn Boży objawia nam odkupieńczą miłość i kocha nas do końca. Aż do ofiary z własnego życia. Aż do fizycznej śmierci na krzyżu. Przy zmartwychwstaniu przemiana najbardziej widoczna dotyczyć będzie naszych ciał, ale tylko dlatego, że w warunkach ziemskich cielesność człowieka jest widzialna i że dzięki temu możemy łatwiej obserwować przemiany w naszej cielesności niż w sferze intelektualnej, moralnej czy duchowej.

- Kilka lat temu sformułowano na nowo przykazania kościelne. Czy Kościół ma prawo decydować o tym, jakie zachowanie jest grzechem, a jakie nie, jeśli nic na ten temat nie mówi Ewangelia? Czy na końcu doczesności Syn Boży będzie nas sądził także z przykazań kościelnych?

Nie, nie będzie nas sądził z przykazań kościelnych. Wspomniałem już wcześniej o tym, że na progu wieczności Syn Boży zapyta nas wyłącznie o miłość. I to tylko o miłość wobec bliźniego, gdyż człowiek, który dojrzale kocha innych ludzi, z pewnością kocha też Boga i samego siebie. Skąd zatem przykazania kościelne? Otóż są one programem minimum dla wszystkich ochrzczonych. Istnienie tych przykazań jest jakąś porażką duszpasterską. Porażką jest bowiem fakt, że komuś z chrześcijan trzeba przypominać, że chociaż raz w roku powinien spowiadać się i przyjmować Komunię Świętą. Im bardziej księża, rodzice i katecheci będą fascynować współczesnych młodych ludzi więzią z Bogiem, który nas rozumie i kocha, tym mniej będą nam potrzebne przykazania kościelne i tym bardziej wystarczą nam te normy moralne, które są zawarte w Ewangelii. Gdy szwankuje jakość wychowania, wtedy mamy tendencję do tego, by tworzyć dodatkowe nakazy i zakazy. Dojrzały chrześcijanin nie potrzebuje tego, by mu przypominać o niedzielnej Eucharystii, regularnej spowiedzi świętej, o częstej komunii, o jałmużnie dla biednych i na potrzeby wspólnoty wierzących, czy o godnym zachowaniu w Wielkim Poście.

 - W czasie Eucharystii oraz różnych nabożeństw często modlimy się o to, by Bóg obdarzył naszych zmarłych życiem wiecznym. To chyba nie jest precyzyjnie sformułowana intencja modlitwy?

Oczywiście, że tego typu wezwanie modlitewne jest mylące. Sugeruje bowiem, że nie wszystkich zmarłych Bóg obdarzy życiem wiecznym. Tymczasem każdy z ludzi będzie istniał na wieki! Bóg nigdy i nikomu nie cofnie ani daru życia, ani daru wolności. Nie ma więc sensu prosić na modlitwie o życie wieczne dla naszych zmarłych, gdyż akurat ten dar wszyscy mamy zapewniony! Ma natomiast sens modlić się o tę formę życia wiecznego, którą określamy mianem życia w niebie, w społeczności zbawionych. Przykładem prawidłowo sformułowanej modlitwy może być takie wezwanie: Módlmy się w intencji zmarłych z naszych rodzin, aby Bóg przebaczył im grzechy i włączył ich do społeczności ludzi zbawionych.

Często popełniamy też inne błędy w naszych sposobach formułowania próśb do Boga. Typowy przykład to prośba o to, by Bóg błogosławił jubilatom czy solenizantom, w intencji których się modlimy. Tymczasem Bóg kocha wszystkich ludzi nad życie, czyli wszystkim błogosławi ponad miarę! W sposobach formułowania modlitw nie chodzi jedynie o poprawność formalną. Chodzi tu także o aspekt wychowawczy. Otóż prawidłowo sformułowane modlitwy przypominają nam o tym, że potrzebna jest nasza współpraca z Bogiem i że chrześcijaństwo nie ma nic wspólnego z magią. Dla przykładu modlitwę w intencji osób, które przeżywają rocznicę ślubu, możemy prawidłowo sformułować tak: Módlmy się o to, by jubilaci owocnie współpracowali z Bogiem, który im błogosławi. Słysząc tego typu sformułowanie modlitwy, osoby, za które się modlimy, mają świadomość zadań, jakie stoją przed nimi po wyjściu z kościoła.

- Czy to Bóg decyduje o momencie śmierci człowieka? Czy wybiera dla każdego z nas najbardziej dogodną chwilę w tym względzie?

Taka możliwość oczywiście istnieje, gdyż Bóg troszczy się o nasz los w każdej fazie naszego istnienia. Stwórca pragnie, aby doczesność wszystkich ludzi była długa i szczęśliwa. W swojej fantazji miłości czyni wszystko, by każdy z nas przeżywał narodziny do wieczności po długim i świętym życiu, pojednany z Nim, z bliźnimi i z samym sobą, otoczony ludźmi, którzy najbardziej go kochają i których on najbardziej kocha. Z drugiej strony Bóg z całą powagą respektuje naszą wolność i nasze decyzje. Niestety są tacy ludzie, którzy krzyżują dobre plany Boga. Właśnie dlatego są i tacy, którzy umierają w najmniej chyba dla nich korzystnej chwili, na przykład w trakcie popełniania jakiegoś przestępstwa albo sami odbierają sobie życie. Tylko wtedy, gdy słuchamy Boga we wszystkim, możemy mieć nadzieję, że nasze przechodzenie do wieczności będzie pogodne i że nasze rozstanie z doczesnością będziemy przeżywali w obecności tych, którzy nas kochają.

- Jeśli Bóg kocha wszystkich ludzi i to w sposób nieodwołalny, bezwarunkowy, to w takim razie jaka jest Jego postawa wobec tych, którzy skazują siebie na piekło wiecznego egoizmu i osamotnienia?

Otóż najpierw warto zauważyć, iż z całą pewnością istnieje ryzyko wiecznego potępienia, gdyż — powtórzmy to raz jeszcze! — Bóg dał nam prawdziwą wolność i naprawdę tę naszą wolność respektuje. Nie wiemy natomiast, czy ktoś rzeczywiście skazał lub skaże siebie na piekło. Kościół ogłasza jedynie fakt, że niektórzy ludzie umarli w heroicznej świętości i że z pewnością żyją w radości nieba. Natomiast Kościół nigdy nie ogłosi, że jakaś osoba jest z pewnością w piekle.

Jeśli jednak rzeczywiście ktoś wykluczy samego siebie ze społeczności zbawionych, to wtedy Bóg i tak nie przestanie go kochać. I nigdy nie przestanie cierpieć z powodu człowieka, który cierpi na wieki. Wiemy ponad wszelką wątpliwość, że niektórzy ludzie — ze swojej lub bez swojej winy — mają piekło na ziemi. Nie wiemy natomiast, co dzieje się z nimi w procesie umierania. Każdy z grzeszników, który nawraca się choćby u schyłku życia doczesnego, ratuje nie tylko własny los, ale też ratuje samego Boga przed wiecznym cierpieniem!

- O czym warto mówić tym ludziom, którzy znajdują się w obliczu śmierci?

Najlepsze, co możemy wtedy uczynić, to upewniać tych ludzi o tym, że ich nieodwołalnie kochamy i że Bóg kocha ich jeszcze bardziej! Najbliżej umierających są ci, którzy kochają i którzy nie boją się ciszy. Dużo więcej na temat śmierci warto natomiast mówić tym, którzy zaczynają dopiero start w dorosłe życie. Wyjaśniajmy nastolatkom i ludziom w sile wieku, że najlepszym przygotowaniem na spotkanie ze śmiercią doczesną jest szlachetne postępowanie tu i teraz. Najpewniejszym sposobem na dobrą śmierć jest dobre życie!

- Opublikował już Ksiądz sporo książek z sentencjami. Czy mógłby Ksiądz na koniec naszej rozmowy podzielić się z Czytelnikami swoimi nowymi myślami na temat umierania. To chyba będzie najlepsza inspiracja dla każdego z nas, by zamyślić się nad sensem życia i umierania...

Ostatnio towarzyszę w ciężkiej chorobie komuś z moich najbliższych i dlatego tych nowych myśli nazbierało się sporo. Podzielę się niektórymi z nich. Niezwykłość ludzkiego życia najbardziej zdumiewa i zachwyca w obliczu śmierci... Najbardziej upewniam się o życiu wiecznym wtedy, gdy towarzyszę w umieraniu tym, których kocham serdecznie... Przy porodzie do doczesności akuszerem jest obca osoba, a przy porodzie do wieczności akuszerem jest Bóg — największy przyjaciel człowieka... Po wiecznej stronie istnienia człowiek będzie kontynuował taki sposób życia, na jaki zdecydował się w doczesności... Im bardziej intensywnie przeżywa ktoś własne istnienie, tym bardziej zdumiewa się przechodzeniem do nowej fazy życia tych, którzy umierają... Początkiem nieba na ziemi jest modlitwa... Najlepszą lekcją życia jest towarzyszenie w umieraniu tym, którzy umieli żyć... Najbliżej nieba jest dziecko, kiedy się rodzi i święty, kiedy umiera... Przyjaciel upewnia mnie o tym, że życie wieczne ma sens, gdyż przyjaciółmi można się cieszyć bez końca... Śmierć jest bezradna wobec tych, którzy kochają, gdyż miłość jest śmiercią śmierci...

- Dziękuję za rozmowę.


opr. mg/mg



 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć zmartwychwstanie życie umieranie życie wieczne doczesność wieczność odpust umierać tamten świat odpusty żałoba przygotowanie na śmierć przygotowanie do śmierci chęć życia