Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Ks. Józef Tischner

ROBESPIERRE I SIOSTRA FAUSTYNA

Z cyklu: "Ksiądz na manowcach"

Komunizm był jednym z przejawów pogaństwa, które nawiedziło Eu- ropę w następstwie kryzysu, jakiemu uległo chrześcijaństwo w wyniku Reformacji i sukcesów Oświecenia. Był to jednak przejaw szczególny - taki, który nosił wyciśnięte na sobie piętno podobieństwa do siły, którą przezwyciężył. Zauważmy, że dzieje europejskiego chrześcijaństwa i pogaństwa są dziejami przeplatających cię nawzajem rozkwitów i kryzysów jednej i drugiej strony. Po kryzysie chrześcijaństwa następuje odrodzenie pogaństwa i na odwrót. Ale odrodzone pogaństwo nie jest już powtórzeniem tego, co było, ponieważ przejmuje do swego wnętrza pewne wartości odziedziczone lub odebrane chrześcijaństwu. Podobnie z chrześcijaństwem.

Przyznajmy, że pojęcie chrześcijaństwa i pojęcie pogaństwa są ze sobą ściśle związane. Pierwsze określa drugie i jest przez drugie określane. Wiadomo, że nazwy "poganie" nie wymyślili ci, do których została ona odniesiona, że powstała ona w środowiskach żydowskich, następnie została przejęta przez chrześcijan i odniesiona do całego, wielce różnorodnego świata, który tym się przede wszystkim charakteryzował, że nie narodził się z ducha Biblii. Najbardziej decydujący dla określenia sensu "pogaństwa" okazał się jednak wpływ chrześcijaństwa z uwagi na jego wymiar apostolski. "Pogaństwem" był świat nie-żydowski i nie-chrześcijański, "dany do nawrócenia". Nie znaczy to jednak, by w wyodrębnionym w ten sposób świecie pogan nie można było znaleźć znamion wspólnych. Wspólnotę tę stanowiły przede wszystkim te treści, które musiały być bezustannie odrzucane, unieważniane i przezwyciężane przez zwiastunów Objawienia. Zarazem jednak treści te były przez samą ich negację na swój sposób - podsycane. Gdzie jest światło, musi być ciemność, gdzie jest apostoł, trzeba znaleźć poganina. Aby "przezwyciężyć", trzeba wpierw potwierdzić w istnieniu.

Komunizm w bodaj równym stopniu był przeciwnikiem chrześcijaństwa, co jego naśladowcą. A był naśladowcą świadomym, przekonanym, że nie tylko lepiej niż chrześcijanie rozumie nadzieje chrześcijańskie, ale że przede wszystkim potrafi je skuteczniej urzeczywistnić. Oprócz wszystkiego bowiem posiada lepszą wizję człowieka i ideału człowieczeństwa. Kto jest "prawdziwym człowiekiem"? "Prawdziwym człowiekiem" jest "rewolucjonista", "mistrz rewolucji". "Rewolucjonista" ma nie tylko właściwą wiedzę o prawach rozwoju społecznego, nie tylko potrafi "zrobić rewolucję", która jest "lokomotywą dziejów", ale posiada również odpowiedni "ogień w duszy" - "cnotę", która go wynosi nad innych, "wielką cnotę miłosierdzia". Miłosierdzie należało od wieków do wianuszka cnót zdobiących serce chrześcijanina, teraz zostaje przejęte przez poganina. Komunista - poganin i przeciwnik chrześcijaństwa - dąży do "zniesienia" chrześcijaństwa przez "udoskonalające naśladowanie" chrześcijańskich cnót, z cnotą miłosierdzia na czele.

Dziś, po wiekach możemy przedstawić sobie dwie symboliczne postacie miłosierdzia: Robespierre"a, który nie tylko praktykuje miłosierdzie, ale i pięknie o nim rozprawia, i stosunkowo mało znaną bł. Siostrę Faustynę Kowalską, która już w okresie międzywojennym stała się inicjatorką nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego, zyskującego coraz więcej zwolenników w dzisiejszej postrewolucyjnej Polsce. Miłosierdzie u Robespierre"a wyraża się terrorem bez granic. Miłosierdzie u Siostry Faustyny wyraża się przebaczeniem bez granic. Która z postaci dramatu naszej historii jest bliższa prawdy o miłosierdziu?

Miłosierdzie i rewolucja: Robespierre

Spróbujmy rozpatrzeć się głębiej w znaczeniu francuskiego słowa "miserable". "Les miserables" - to tytuł słynnej powieści Wiktora Hugo, znanej jako "Nędznicy". Ale polskie słowo "nędznicy" ma wyraźnie pejoratywne znaczenie: "nędznikiem" nazywamy z reguły człowieka podłego. Natomiast bohaterowie powieści Hugo są zaprzeczeniem podłości; "podli" są raczej "władcy" tego świata. Mimo to są "miserables", czyli "godni zmiłowania", a to ze względu na sytuację społeczną, w jakiej znalazła się ich dobroć. W języku rewolucji słowo "miserables" wskazuje na klasę społeczną, która żyje wprawdzie w nędzy, ale jest też wolna od największego grzechu epoki - grzechu prywatnego posiadania; jest "proletariatem", którego jedynym bogactwem jest potomstwo. "Les miserables" są z jednej strony przedmiotem pogardy ze strony klas posiadających, a z drugiej podziwu ze strony rewolucjonistów. Podziw jest częścią ich "litości", "współczucia", "miłosierdzia". Miłosierdzie i "miserable" wiążą się ze sobą, jak widzenie z barwą, słuch z dźwiękiem.

Miłosierdzie rewolucjonistów wyrasta z doświadczenia "les miserables". Pod wpływem doktryny Rousseau rewolucjoniści wierzą, że największym złem epoki jest prywatne posiadanie; "les miserables" byli ofiarami owego zła. Czym innym jednak jest być ofiarą, a czym innym sprawcą zła. Oni - "les miserables" - sprawcami nie byli. Z kolei rewolucjoniści wywodzili się w większości z arystokracji. Prywatne posiadanie było ich dziejowym losem. Byli napiętnowani grzechem pierworodnym posiadania. Aby wyzwolić się z tego grzechu, musieli umieć przenosić się w świat "les miserable", cierpieć cierpieniem tego świata i uczyć się nienawiści do zła, które się im wtedy ukazywało.

Czym zatem było "rewolucyjne miłosierdzie"?

Najpierw było sposobem na wyobrażeniową zmianę sytuacji społecznej, na przeniesienie siebie i postawienie w pośrodku ludzkiej biedy. Takie przeniesienie oznaczało poniżenie, które wywyższało. Porzucić wygodne życie, by ulżyć "wyklętym tej ziemi" - czyż to nie wywyższa? Oznaczało także uniewinnienie. Kto wchodził w ludzką biedę, ten oczyszczał siebie. Błogosławieni ubodzy... Jakże straszną winą jest zachłanność! Jak diabelskim wynalazkiem jest prywatne posiadanie! Z doświadczeniem niewinności idzie doświadczenie prawdy. "Les miserables", a także ci, którzy się z nimi solidaryzują, są nieomylni - "instynkt klasy robotniczej jest nieomylny" - ponieważ dopiero oni czują, jaki naprawdę jest nasz świat. Stąd płynie brak miłosierdzia dla tych, którzy miłosierdzia nie znają. Wyrazem braku miłosierdzia staje się przemoc rewolucyjna. Im głębiej wczuwamy się w biedę "ubogich", tym większym płomieniem pali się w nas ogień nienawiści do posiadaczy - jedynych, prawdziwych zbrodniarzy tego świata. Walka z nimi staje się "najświętszym obowiązkiem". Jest zadośćuczynieniem za grzech pierworodny niewłaściwego pochodzenia. Przede wszystkim jest jednak widomym aktem zdrady w stosunku do tych, którzy wcześniej zdradzili interes ludu. Kto popełnił zbrodnię przeciwko własnej klasie, ten nie ma już odwrotu. Musi zabijać tak długo, aż sam zostanie zabity.

Miłosierdzie zostało wplątane w "walkę klasową".

Na rolę miłosierdzia - "współczucia" - w kształtowaniu duszy rewolucjonisty zwraca uwagę Hannah Arendt, gdy pisze o ścisłym związku trzech pojęć rewolucyjnego języka: "le miserable", "le malhereux" (nieszczęśliwy) i "le peuple"(lud). "Słowem kluczowym dla zrozumienia Rewolucji Francuskiej jest słowo »le peuple«. Jego znaczenie zostało określone przez ludzi, którzy odegrali eksponowaną rolę w widowisku cierpień ludu, aczkolwiek sami tych cierpień nie doznawali. Nazwa »lud« oznaczała nie tylko obywateli, czyli tych, którzy nie uczestniczą bezpośrednio w rządzeniu, lecz odnosiła się również do ludzi niskiego stanu. Sama definicja tej nazwy zrodziła się ze współczucia, a słowo »le peuple« stało się synonimem nieszczęścia i złego losu - »le peuple, les malheureux m"applaudissent« [lud, nieszczęśliwi, oklaskują mnie], mawiał Robespierre; »le peuple toujours malhereux« [lud zawsze nieszczęśliwy], powtarzał Sieyes, jedna z najmniej sentymentalnych i najtrzeźwiejszych postaci Rewolucji. Dlatego też osobista legitymacja tych, którzy reprezentowali lud i byli przekonani, że wszelka prawowita władza musi się odeń wywodzić, mogła się opierać wyłącznie na »ce zele compatissant« (współczującej gorliwości), czyli na »tym naglącym impulsie, który popycha nas ku ludziom słabym« (»les hommes faibles«); krótko mówiąc: na zdolności do współcierpienia wspólnie z »ogromną rzeszą biednych« (Robespierre). Zdolności tej towarzyszyła próba podniesienia współczucia do rangi najważniejszego uczucia politycznego i najwyższej cnoty politycznej" ("O rewolucji", Kraków 1991, s.74-75).

Istotny - zdaniem Hannah Arendt - jest jeszcze jeden moment świadomości "rewolucyjnego miłosierdzia": przekonanie, że rewolucja jest rodzajem "wyższego przeznaczenia", od którego uciec nie można. Czy to my robimy rewolucję, czy rewolucja robi nas? "Rzecz jednak w tym, że ci, którzy przez cały wiek dziewiętnasty i pokaźną część wieku dwudziestego podążali śladem Rewolucji Francuskiej, byli we własnych oczach nie tylko jej spadkobiercami, lecz również uczestnikami procesu dziejowego i historycznej konieczności. Skutek tego wszystkiego był równie oczywisty, co paradoksalny: główną kategorią myśli politycznej i rewolucyjnej stała się, zamiast wolności, konieczność" (s. 52-53).

Terror staje się "koniecznością dziejową". Im głębsza litość, tym bardziej bezwzględny terror. Kto płacze nad głodującym dzieckiem, ten nie może przechodzić obojętnie obok widoku sytych. Arendt pisze: "Wkrótce okazało się, że litość, uważana za źródło cnoty, bywa okrutniejsza od samego okrucieństwa. »Par pitie, par amour pour l"humanite, soyez inhumains!« [przez litość, przez miłość do ludzkości, bądźcie nieludzcy] - słowa te, wyjęte na chybił trafił z petycji jednego z oddziałów Komuny Paryskiej do Konwentu Narodowego, nie są ani przypadkowe, ani szczególnie radykalne, lecz stanowią autentyczny język litości. Ich konsekwencją była brutalna - aczkolwiek precyzyjna i bardzo powszechna - racjonalizacja okrucieństwa litości: »Tak właśnie zręczny i niosący pomoc chirurg, swym okrutnym i dobroczynnym nożem odcina zgangrenowaną kończynę, by uratować ciało chorego«". W przypisie do cytatu pochodzącego z dokumentu 57. paryskich sekcji czytamy: "...im bardziej mówca krwiożerczy, tym pewniejsze jest, że będzie podkreślał swoje »miękkie serce«, »ces tendres affections de l"ame«" (s. 89 i 294).

Czy w nowej, rewolucyjnej przestrzeni miłosierdzia chrześcijaństwo znalazło swe mieszkanie? Wiemy, że najpierw nie znalazło. Rewolucja kieruje się przeciw chrześcijaństwu i przeciw Kościołowi. Ale tak było tylko na początku. Po jakimś czasie pojawiają się próby zadomowienia. Chrześcijańskie miłosierdzie usiłuje tak jakoś ustawić siebie, przekształcić, wykształcić, a może i - jak mówią niektórzy - "dojrzeć", by mogło wejść w struktury walki klas. Przystosowania takiego dokonuje u nas ideologia "katolików postępowych" ruchu Pax, natomiast w Ameryce Łacińskiej robi to teologia wyzwolenia. W powracający przypływ pogaństwa chce włączyć nowe, "zreformowane" chrześcijaństwo - chrześcijaństwo "wyzwolenia społecznego". Pozostawmy na boku ruch Pax, zwróćmy uwagę na teologię wyzwolenia.

Miłosierdzie w dobie walki klas

O tym, że latynoamerykańska teologia wyzwolenia stała pod wpływem marksizmu, wiemy wszyscy, ale aby zobaczyć, jak głęboki był to wpływ, trzeba sięgnąć do jej własnych tekstów. Sięgnijmy zatem do Leonardo Boffa, jednego z najbardziej znanych przedstawicieli tego nurtu. Oczywiście, teologia wyzwolenia miała wiele odmian, Boff nie dla wszystkich był autorytetem. Tak czy owak jednak, jego teksty są dobrym materiałem dla obserwacji wpływu marksizmu na teologię.

W artykule pt.: "Mistyka i polityka: kontemplacja w walce o wyzwolenie" Leonardo Boff pisze: "Jesteśmy przekonani, że Bóg na latynoamerykańskiej ziemi eksplodował w ostatnich latach jak jakiś wulkan. Wybrał sobie przy tym ubogich za sakrament swego udzielania się. Pozwala na to, by w głosie ubogich rozbrzmiewały wezwania do solidarności, tożsamości, sprawiedliwości i godności, i aby Kościół stał się posłuszny temu wezwaniu. Idzie o to, aby ze względu na skandal ubóstwa zaangażować się po stronie ubogich przeciwko ubóstwu, by w końcu wszyscy ludzie mogli doznać sprawiedliwości" ("Aus dem Tal der Tranen ins Gelobte Land", Patmos Verlag, 1982, 215-216).

Zatrzymajmy się chwilę. Boff mówi o "eksplozji Boga" na latynoamerykańskiej ziemi. Bóg stał się namacalny. Miejscem uobecnienia Boga są ubodzy. Ubóstwo jest przekleństwem świata, ale jest również jego nadzieją i błogosławieństwem. Dla marksizmu proletariat znał "prawdę o społecznym świecie kapitalizmu" i dlatego mógł być siłą przywódczą tego świata. Dla Boffa, który jest teologiem, "proletariat" jest "sakramentem" świata, ponieważ jest miejscem uobecniania się Boga na świecie. Jest "widzialnym znakiem niewidzialnej łaski wyzwolenia". Wiemy z katechizmu, że istnieje siedem sakramentów, wśród których najbardziej podstawowy jest sakrament Eucharystii. Sakramentem jest jednak również Kościół. "Siedem sakramentów to znaki i narzędzia, za pośrednictwem których Duch Święty rozlewa łaskę Chrystusa-Głowy, w Kościele, który jest Jego Ciałem. Kościół posiada więc i rozdziela łaskę niewidzialną, którą oznacza. Właśnie w tym analogicznym sensie jest nazwany »sakramentem«" (Katechizm, 774). U Leonardo Boffa "les miserables", nawet gdy nie są Kościołem, są "sakramentem". Kościół powinien "wsłuchiwać się" w ich głos, jak komunistyczna partia wsłuchuje się w głos proletariatu. Także Eucharystia nabiera pełnego sensu dopiero we wspólnocie z ubogimi. Niektórzy reformatorzy liturgii eucharystycznej z kręgu teologii wyzwolenia proponowali, by w odmawianym podczas sprawowania Eucharystii "Ojcze nasz", zastąpić abstrakcyjnie brzmiące słowa "ale nas zbaw ode złego" bardziej konkretnymi słowami: "ale nas wyzwól od wroga klasowego".

W paragrafie zatytułowanym "Gorliwość o Boga w gorliwości o ubogich" czytamy: "Wiara chrześcijańska wychodzi z założenia, że Chrystus osiągnął w ubogich szczególną gęstość obecności sakramentalnej. Ubodzy posiadają nie tylko potrzeby, które należy zaspokoić. Posiadają również jedyne w swoim rodzaju i specjalne bogactwo. Są mianowicie umiłowanymi dziećmi Boga, są pierwszymi adresatami orędzia o Królestwie Bożym i nosicielami potencjału ewangelizacyjnego dla Kościoła i człowieka (Puebla 1147). Człowiek wierzący został wyposażony nie tylko w społeczno-analityczne wejrzenie w ubogich, które pozwala mu dostrzec ich cierpienia i przyczyny powstawania ubóstwa. Założywszy takie wejrzenie, patrzy on na klasę ubogich oczyma wiary i odkrywa w niej udręczone oblicze sługi Bożego. Spojrzenie to nie pozwala ze swej istoty »potraktować« ubogich tak, żeby ich »użyć« do spotkania z Panem. Nie, ono wie, że Chrystus utożsamia się z postaciami nędzy i pragnie być w nich przyjęty i obsłużony. Sytuacja nędzy dotyka naszego serca: »Byłem głodny i...« (Mt 25,35). Ale wtedy tylko można rzeczywiście odkryć obecność Pana w ubogich, gdy zobowiązuje ona do walki przeciwko ubóstwu... Temu ubóstwu, które upokarza człowieka i sprzeciwia się woli Boga, ponieważ jest produktem stosunków wyzysku i grzechu. Rzetelna wiara zakłada i domaga się zaangażowania w wyzwolenie: »...i daliście mi jeść« (Mt 25,35). Kto nie angażuje się w wyzwolenie, nie tylko nie kocha braci, ale i Boga (por. 1 J 3,17). Miłość urzeczywistnia się nie tylko »w słowie i języku, lecz w czynie i prawdzie« (1 J 3,18)" (s. 220-221).

Także tutaj dochodzi do głosu świadomość "konieczności historycznej". Nie pojmuje się jej jednak w kategoriach przyrodniczych, jak miało to często miejsce w komunizmie. Konieczność ma sens eschatologiczny: jest przejawem działania Boga, który objawia się i uobecnia w dziejach. Środkiem nurtu historii płynie strumień nieodpartej łaski. Porywa ze sobą ludzi. Ich wolność staje się tym bardziej wolnością, im bardziej jest "rozumieniem konieczności". Taką koniecznością jest Rewolucja. Rewolucji można uniknąć pod warunkiem, że burżuazja sama odda władzę. Ale tak się nie dzieje. Skoro rewolucja być musi, nie może być miłosierdzia dla tych, którzy miłosierdzia nie znają.

Dokonywane przez teologię wyzwolenia próby "wciśnięcia" chrześcijańskiej cnoty w sieć ideologii rewolucyjnej kończą się jednak śmiercią tej cnoty. Cóż to za miłosierdzie, skoro drugą jego stroną jest terror? Chrystus z karabinem nie jest Chrystusem z Ogrodu Oliwnego. Próby te nie zbliżają nas również do celu, jakim miało być "wyzwolenie". Teologia wyzwolenia dokonała - jak widzieliśmy - swoistej "sakralizacji" klasy ,,miserables". Ubodzy są "sakramentem świata", są miejscem objawienia "twarzy Boga", są wcieleniem prawdy o tym świecie. Jakiż jest owoc "sakralizacji"? Można rozumieć, a nawet być wyrozumiałym dla teologa, który nie zauważy ubogiego, jeśli nie przekona się wcześniej, że jest on "sakramentem" świata. Jak w przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie: lewita przechodzi obojętnie obok rannego, który nie jest dostatecznie "swój". Przenieśmy się jednak myślowo w sytuację ubogiego. Jeśli ja jako jeden z ,,miserables" jestem sakramentem świata, to jaki sens może mieć dla mnie "wyzwolenie"? Czy nie powinienem raczej dziękować Bogu za stan, w jakim się znalazłem? Mam przestać być "sakramentem"? Mam być "niczym"?

"Les miserables" powinni istnieć zawsze. Nie gaśmy "eksplozji Boga" wśród nas. Czy teolog nie utrwala tego, czemu rewolucjonista chciałaby położyć kres?

Powrót do źródeł: Siostra Faustyna

To, co powiedziałem, jest małym wycinkiem wielkiego problemu - problemu odbudowy autentyzmu chrześcijańskiego, zaplątanego w sieć nowożytnych odmian pogaństwa. Powrót do źródeł miłosierdzia, do jego autentyzmu, oznacza - oczywiście - wyzwolenie miłosierdzia ze struktury walki klas. (Nie zapominam również o innym zadaniu - o wyzwoleniu miłosierdzia z więzów resentymentu, o czym pisał Nietzsche, ale ta sprawa wymaga odrębnego opracowania.) Godne uwagi są na tej drodze dwa wydarzenia. Jednym jest encyklika Jana Pawła II "O Bożym Miłosierdziu" (1980 r.), innym jest rosnący głównie w komunistycznej i postkomunistycznej Polsce kult "Miłosierdzia Bożego", związany z postacią bł. Faustyny Kowalskiej. O tym, że nie należy lekceważyć encyklik papieskich, dobrze wiadomo. Nie należy jednak również lekceważyć "nabożeństw", które przyciągają tłumy wiernych. To nabożeństwo wydaje się w naszej sytuacji szczególnie znaczące.

Zwróćmy najpierw uwagę na tekst Jana Pawła II. Jak się okazuje, jednym z istotnych problemów Autora jest stosunek miłosierdzia do sprawiedliwości. Czy miłosierdzie nie narusza zasady sprawiedliwości? Ogólny punkt widzenia jest taki: zasada sprawiedliwości rządzi społecznym współżyciem ludzi, natomiast zasada miłosierdzia rządzi bezpośrednimi relacjami osobowymi. Błąd rewolucji polegałby zatem na tym, że zasady, które mogą mieć zastosowanie do bezpośrednich stosunków międzyludzkich, radykalizuje się i przenosi sna poziom współżycia społecznego. Ale i odwrotnie: zasada, która powinna rządzić życiem społecznym, rości sobie pretensję do zawładnięcia bezpośrednimi relacjami międzyosobowymi. Pewnym usprawiedliwieniem ideologii rewolucyjnej może być to, że nie jest łatwo przeprowadzić ścisłą granicę między obydwoma dziedzinami.

Refleksja nad miłosierdziem zaczyna się od refleksji nad postacią Chrystusa. Kościół - pisze Papież - strzeże "tajemnicy miłosierdzia Boga samego objawionej w Jezusie Chrystusie". Strzec, znaczy: rozumieć i uczyć rozumienia. Rozumienie miłosierdzia dokonuje się poprzez rozumienie nauki i czynu Chrystusa. Miłosierdzie "objawia się" w Chrystusie. Niezależnie od tego, jak bardzo emocjonalnie podchodzimy do postaci Chrystusa, akcent pada nie na emocję, lecz na prawdę, która się objawia. Jeśli miłosierdzie zawiera w sobie moment współczucia, a współczucie oznacza przeniesienie się w sytuację cierpiącego, to dla wierzących cierpiącym jest przede wszystkim Chrystus; obraz cierpień Chrystusa porządkuje wierzącemu obraz cierpień człowieka. Chrystus mówi: "Nie płaczcie nade mną, ale nad synami waszymi". Taki kierunek patrzenia dostarcza odpowiedzi na istotne pytanie: kto jest "miserable"? Jedno jest pewne: struktura klasowa nie odgrywa tu istotnej roli.

Nie znaczy to jednak, by ból niesprawiedliwości społecznej nie został uwzględniony. Ubóstwo także przynależy do ,,miserable". Papież pisze: "A to wszystko rozgrywa się na rozległym tle tego gigantycznego wyrzutu, którym dla ludzi i społeczeństw zasobnych, sytych, żyjących w dostatku, hołdujących konsumpcji i użyciu, musi być fakt, że w tej samej rodzinie ludzkiej nie brak takich jednostek, takich grup społecznych, które głodują. Nie brak małych dzieci, które umierają z głodu na oczach swoich matek. Nie brak w różnych częściach świata, w różnych systemach społeczno-ekonomicznych, całych obszarów nędzy, upośledzenia, niedorozwoju". Autor dodaje znamienne słowa: "Najwidoczniej istnieje jakaś głęboka wada, albo raczej cały zespół wad, cały mechanizm wadliwy, u podstaw współczesnej ekonomii, u podstaw całej cywilizacji materialnej, który nie pozwala rodzinie ludzkiej oderwać się niejako od sytuacji tak radykalnie niesprawiedliwych" (11). Z takiego widoku nie rodzi się jednak pokusa zastosowania krwawej przemocy w stosunku do "wyzyskiwaczy". Miłosierdzie dla jednych nie może dać się ponieść spirali okrucieństwa. Wynikiem przemocy nie jest pomniejszenie, lecz pomnożenie liczby "miserables".

Odpowiedź została ubrana w refleksję nad przypowieścią o Synu marnotrawnym. Naprawdę "miserable" jest każdy, kto marnotrawi dary Ojca. Darem podstawowym jest dla człowieka samo jego człowieczeństwo. Marnowanie człowieczeństwa - "to dopiero bólów ból". Na czym ono polega? Papież używa słów: dobro, prawda, godność. Człowieczeństwo jest dobrem. Człowiek otrzymuje je jako dar. Dar ten może pomnożyć i może zmarnować. Syn marnotrawny marnuje ów dar. Widzi to ojciec i boleje. Nic jednak nie może poradzić, bo syn jest wolny. W jakimś jednak momencie syn odkrywa błąd. Nawraca się. Wraca do ojca. Właściwym aktem miłosierdzia staje się przebaczenie i przyjęcie do domu syna. Miłosierdzie patrzy, widzi, boleje i czeka, by osiągnąć swój szczyt w przebaczeniu. Czytamy: "...relacja miłosierdzia opiera się na wspólnym przeżyciu tego dobra, jakim jest człowiek, na wspólnym doświadczeniu tej godności, jaka jest mu właściwa. To wspólne doświadczenie sprawia, że syn marnotrawny zaczyna widzieć siebie i swoje czyny w całej prawdzie (takie widzenie w prawdzie jest autentyczną pokorą); dla ojca zaś właśnie z tego powodu staje od się dobrem szczególnym: tak bardzo widzi to dobro, które się dokonało na skutek ukrytego promieniowania prawdy i miłości, że jak gdyby zapomina o całym złu, którego przedtem dopuścił się syn" (6).

Można powiedzieć: istnieją dwa klucze do aktu miłosierdzia. Jeden ma w ręku ojciec, a drugi syn. Ojciec jest otwarty na powrót. Otwarcie to już jest miłosierdziem, jak gotowość do wybaczenia już jest wybaczeniem. Od syna zależy jednak nawrócenie. Nawrócenie zawiera moment "oczyszczenia". Syn musi się nawrócić i powrócić. On sam musi siebie "oczyścić". Musi uznać wobec samego siebie swój błąd. Nikt za niego tego nie zrobi. Jeśli jednak już zrobi, wykroczy poza pole sprawiedliwości i wkroczy na pole miłosierdzia. Syn oddaje ojcu to, co marnował. Papież podkreśla: miłosierdzie jest wzajemnością. Ojciec potwierdza synostwo i otrzymuje potwierdzenie ojcostwa.

Prowadzone przez Autora subtelne opisy relacji międzyosobowych mają w naszym postrewolucyjnym świecie istotne znaczenie. Chodzi o sprawę wybaczenia i oczyszczenia komunistów z winy uczestnictwa w rewolucji. Sprawa ma aspekty społeczne - dotyczy na przykład możliwości udziału byłych komunistów w życiu politycznym demokratycznego państwa - i aspekty indywidualne, choćby taki jak bojkot towarzyski "rewolucjonisty". Rysuje się jasna sytuacja: trzeba być gotowym do wybaczenia, ale wybaczenie nie jest jeszcze uniewinnieniem czyli oczyszczeniem, bo to zależy od tego, kto zawinił. Miłosierdzie otwiera się dwoma kluczami: tego, kto jest miłosierny, i tego, kto potrzebuje miłosierdzia. Gdyby było inaczej, nie byłoby wzajemności, lecz nowa nierówność.

Co wnosi do sprawy miłosierdzia nabożeństwo, które zapoczątkowała mistyka Siostry Faustyny? Zwróćmy uwagę na szczegół - na modlitwę do Miłosierdzia Bożego, którą wyniosła z jednej ze swoich wizji. "Na drugi dzień rano, kiedy weszłam do naszej kaplicy, usłyszałam te słowa wewnętrznie: ...»Modlitwa ta jest na uśmierzenie gniewu mojego...«". Są w tej modlitwie sformułowania wstrząsające. Modlący się, mówi do Boga - Ojca: "Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego". Co to znaczy? Znaczy to, że człowiek wkracza w wewnętrzne życie Trójcy Świętej, by podsunąć przed oczy Boga widok ukrzyżowanego Syna. Mówi: "Patrz na Syna". Patrząc na Syna, "dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie...". Dlaczego nad nami? Dlatego, bo cierpiał za nas. Popatrz, Boże, na nas poprzez Niego.

Trzeba mieć odwagę mistyka, by uczyć ludzi takiej modlitwy.

Siostra Faustyna nie zgodziłaby się jednak z twierdzeniem o odwadze. Jest bowiem głęboko przekonana, że Bóg chce być miłosierny. Powraca do tematu kilkakrotnie. Notuje: "...w każdej duszy dokonywam dzieła miłosierdzia, a im większy grzesznik, tym ma większe prawa do miłosierdzia mojego. Nad każdym dziełem rąk moich jest utwierdzone miłosierdzie moje. Kto ufa miłosierdziu mojemu, nie zginie, bo wszystkie sprawy jego moimi są, a nieprzyjaciele rozbiją się u stóp podnóżka mojego". Szczęściem Boga jest wybaczanie i obdarowywanie. Natomiast wielkim błędem człowieka jest to, że marnuje dane mu do rozporządzenia ogromy bogactw miłosierdzia Bożego. Nie ma więc problemu odwagi, ponieważ chodzi o otwarcie drzwi, które niczego bardziej nie pragną, jak tego właśnie, by ktoś je otwarł. Ale z marnowaniem bogactw miłosierdzia złożonych w Bogu i w człowieku jest problem...

Post scriptum. Siostra Faustyna Kowalska, ogłoszona błogosławioną przez Jana Pawła II (1993), spoczywa w Krakowie w Łagiewnikach, gdzie powstaje też ośrodek kultu Bożego Miłosierdzia. Ma to być - a w pewnym stopniu już jest - ośrodek szczególny. Idzie nie tylko o podtrzymywanie i rozwijanie nabożeństwa do Jezusa Miłosiernego, co należy do zwyczajnych zadań tego rodzaju ośrodków, ale również o rozwijanie pogłębionej, w tym także naukowej refleksji nad stosowną duchowością i związaną z nią mistyką. Polskiej religijności brakuje tego wymiaru. Szczególna wrażliwość na wartości miłosierdzia jest znakiem naszego czasu. Wyznanie "Jezu ufam tobie" niesie w sobie ciężar wspomnienia po wieku bezsensownych rewolucji, ale także nadzieję na bogactwa przyszłego czasu. Już dziś możemy powiedzieć, że "wydarzenie Łagiewnik" ma dla dziejów naszej duchowości religijnej znaczenie istotne.

Ks. Józef Tischner

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: komunizm Rousseau miłosierdzie pogaństwo mistyk rewolucja francuska oświecenie reformacja terror Robespierre s. Faustyna Kowalska miserable Nędznicy Wiktor Hugo współczucie walka klasowa Hannah Arendt Leonardo Boff proletariat