Godzina honoru

Podobno Herod Antypas wściekł się – żołdak z garnizonu stacjonującego w Kafarnaum szeptał plotkę do ucha sprzedawcy warzyw, niespokojnie zerkając przez ramię na lewo i na prawo, jakby podsłuchiwany. Najbardziej zaufany zausznik z królewskiego salonu, przez posłańca miał wysłać satrapie krótki list o swojej rezygnacji z urzędu. Mówi się, że nagromadzone bogactwa rozdał żebrakom, a stroje, spinki i kosztowne buty, które podarował mu władca, kazał odnieść tragarzom w koszach do pałacu Herodów w Jerozolimie. Gdy Antypasowi odczytano pismo tego szaleńca, król wył jak zwierzę, tupał, krzyczał, wygonił grajków oraz kobiety lekkich obyczajów z komnaty i tłukł porcelanowe wazy o kamienne ściany. Potem do samej północy nic nie jadł, a nawet nie pił. Powiadają, że królewski urzędnik został chrześcijaninem (por. J 4, 53). Trzeba by dopytać uczonych w Piśmie, co to dokładnie za sekta. Wiadomo jedynie, że zarządza ich mózgami ten sam Jezus z Nazaretu, który otwarcie Antypasa nazywał lisem. A to był najzdolniejszym z królewskich urzędników. Herod niejeden raz rozkazywał mu podtruwać tego i owego, niewygodnego, dosypując proszku do kielicha z winem podczas uczty – a ten sypał. Jak trzeba było szpiegować – to szpiegował, a jak przekupić – to korumpował w mgnieniu oka. Był najlepszy z całego salonu tak, że Antypas zamyślał mianować go ambasadorem na dworze cezara w Rzymie. Ale w jedną godzinę, złamany bólem po śmierci syna, urzędnik królewski na stos rzucił taką karierę. Podobno widują go teraz, jak w synagodze z Kafarnaum śpiewa psalmy. Przebywa w towarzystwie drugiego z nawiedzonych – Lewiego, który wcześniej jeszcze i z tego samego powodu zostawił intratny stołek na komorze celnej. Nikt nie wróży długiego życia temu cieśli z Nazaretu. Za dużo gada, posiada magiczny wpływ na ludzi, więc Antypas w końcu chwyci Go za gardło. Dziwne i niepojęte jest w tym wszystkim to, że chrześcijanie wybierają raczej ostatnie miejsce niż pierwsze, miłość a nie karierę, skromność nad luksusy, ciche, rodzinne życie, a nie splendory pałaców. I mówią, że są w tym najszczęśliwsi.

Żydzi, choć o podobnych przywilejach milczy Stary Testament, powszechnie wyobrażali sobie, że obfitość i długie życie oznacza Bożą przychylność dla wierzącego człowieka. Przeciwnie zaś, choroba, bieda lub przedwczesna śmierć to znak, że Pan odwrócił od kogoś oblicze (por. Iz 65, 20). Z biegiem stuleci utrwaliło się nie wiadomo jak i skąd przekonanie, że sam Mesjasz, gdy nareszcie przyjdzie, zainauguruje wiek obfitości na ziemi. Jednak prawdziwy Chrystus – Jezus z Nazaretu, przełożył myślenie wierzących na wartości. Miarą sensu istnienia od tej pory będzie budowanie żywych więzi, sumienie, ideał heroizmu, odwaga, dom, rodzina z dziećmi, uczciwa praca bez względu na nagrody, a nie kariera za wszelką cenę. Kiedy przed laty marszałek Sejmu, motywując swoją decyzję czystym aktem etycznym, zrezygnował z wysokiego stołka w parlamencie, aby radykalnie stanąć po stronie prawa nienarodzonych dzieci do życia, wylewano na niego strumienie pomyj – także ze strony katolików i duchownych Kościoła. Pukano się bez końca w czoło, dyskutując nad tym że to nie było praktyczne, że marszałek nie zna się na polityce, że teraz na nic nie będzie miał już wpływu. A jednak historię tworzą mężowie Boży i mężowie stanu, a nie polityczni klakierzy.

Chrześcijanie to ludzie honoru. Nikt za żadne pieniądze ani awans nie kupi ich na służbę kacykom.

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama

reklama